31 lipiec | Natural Born Runners “K10 Run”

Ten tego i owego, ekhem, yhym, mam przyjemność zaprosić Państwa na drugą edycję korespondencyjnego biegu na 10 kilometrów, który odbędzie się 22 sierpnia 2010 roku na stadionach całego świata! OK, oficjalne przywitanie mamy za sobą, czas na konkrety. Większość z Was pewnie pamięta zeszłoroczny bieg - w tym roku chciałbym wyjść poza PK4 z tą ideą, stąd kilka słów wyjaśnienia dla kolegów biegaczy niewtajemniczonych w idee biegania korespondencyjnego.
KIEDY BIEGAMY?
Założenia są cholernie proste - chodzi o wspólną, choć przeprowadzaną na odległość, zabawę w bieganie. Zbieramy się tego samego dnia (start 00:01 w niedzielę, koniec o 24:00 tego samego dnia) o jakiejkolwiek pasującej nam porze i idziemy biegać. Ja w tym roku będę ponownie biegał na stadionie w Międzyzdrojach, Ty natomiast możesz zrobić to gdziekolwiek - w Krakowie, Warszawie, Suwałkach czy w Szklarskiej Porębie. To bez znaczenia. Liczy się bowiem sam dystans - 10 kilometrów.
GDZIE BIEGAMY?
Tu przechodzimy do tej mniej przyjemnej części, do biegania na stadionie… Powiało grozą i… nudą! Wiem, ja też nie lubię biegać na stadionie, ale w końcu raz w roku można się poświęcić, prawda? Przecież to tylko 25 okrążeń (rok temu ktoś wpadł na ciekawy pomysł w jaki sposób odliczać kolejne kółka - przyznać muszę, że dość nieszablonowy, mianowicie “wystarczy” zabrać ze sobą 25 kamyczków i co okrążenie pozbywać się jednego. Tak, to całkiem nieszablonowe podejście do pomiaru dystansu!), kilkadziesiąt minut i po bólu. Biegamy na stadionie, żeby móc później porównać swoje czasy - choć w K10 nie chodzi o rywalizację. A o tej już za chwilkę…
RYWALIZACJA I UCZCIWOŚĆ
Kilka słów o rywalizacji i uczciwości. Jest rzeczą jasną, że nikt Was nie skontroluje i jeśli będziecie chcieli “podkręcić” swój czas, to gryzło będzie Was później tylko Wasze sumienie, mi nic do tego - w końcu chodzi o zabawę (są ludzie, którzy oszukują na maratonach skracając sobie trasę, może to ich bawi, może sprawia przyjemność, nie wiem, nigdy nie próbowałem…, ale coś mi mówi, że zamiast satysfakcji z pokonania dystansu w ten sposób, miałbym potężnego kaca moralnego). Nie ma nagród dla najlepszych (będą za to nagrody losowane wśród uczestników biegu!), chodzi o przeprowadzenie fajnej akcji. Coś w myśl “cała Polska biega” - K10 rzeczywiście ma szansę stać się rzeczywistą realizacją tej idei!
Wiemy kiedy biegamy, wiemy gdzie biegamy, wiemy, że nie oszukujemy samych siebie, wiemy, że będą nagrody. OK, a co z zapisami? Lista startowa będzie, ale służyć będzie raczej mierzeniu zainteresowania akcją, aniżeli rzeczywistym dopuszczeniem kogokolwiek do biegu w K10. Wpisujcie się w komentarzach - zostawcie swoje dane (imię i nazwisko, albo samą ksywkę + miejsce, w którym pobiegniecie K10). Ostatnio było nas ok. 20 osób, mam nadzieje, że teraz podwoimy tę liczbę!
LISTA STARTOWA:
1. Grzegorz Łuczko - Międzyzdroje
2. Paweł Pakuła - Warszawa
3. Marcin Borman - Magiczny Las
4. Jan Kaseja - Salzkammergut, Austria
5. Bogdan Rycerski - Iłowa
6. Wojtek Bobrowski - Poznań
7. Tomek Radomiński - Polska
8. Krzychu Drożdżyński - Łódź
9. Krzysiek Wasilewski - Gdańsk
10. Tomasz Kucharski - Police
11. Przemysław Popek - Łomianki
12. Olek Tittenbrun, Salzkammergut, Austria
13. Tomasz Mlost, Wadowice
14. Marcin Pawłowski, Złotoryja
15. Michał Krupiński - ?
16. Magdalena Grabarczyk, Złotoryja
17. Piotr Zagórski - Szczecin
18. Krzysztof Prociak - Szczecin
19. Agnieszka Szor - Gdynia
20. Bart - Poznań
21. Bartek Jachymek - Warszawa
22. Sebastian Nagło - Kraków
NAGRODY
Kilka miesięcy temu dostałem od Pawła Pakuły krzywik do pomiaru odległości na mapie (Silva) jako ewentualną nagrodę w konkursie, który będę przeprowadzał, w ostatnim czasie nie było żadnych konkursów na PK4, więc i fant kurzył się u mnie w szafce. Niedługo ktoś go jednak przygarnie - wylosuję ją pośród uczestników K10.
Aktualizacja!
Jest dobra wiadomość! Do puli nagród dokładamy koszulkę biegową ufundowaną przez sklep ERGO! Gdyby ktoś nie był w temacie, to śpieszę donieść, że właścicielami ERGO są Maciej i Janek Kasejowie, czytelnicy PK4 i stali bywalcy imprez biegowo-rajdowych
. No i kolejna dobra wiadomość, Hubert Puka, organizator Rajdu Dolnego Sanu dorzuca do puli kubek termiczny! Mamy więc już trzy nagrody
.
Do zobaczenia za 3 tygodnie na K10 (oczywiście nie oznacza to, że nie będzie wpisów na PK4, oczywiście, że będą)!
PS. Przebiegłem wczoraj po raz pierwszy od dawna ponad 10 kilometrów (noc, czołówka na głowie, magia! Bieganie w takich okolicznościach to zupełny inny wymiar rzeczywistości!) - to daje mi małą nadzieję, że może uda mi się poprawić wynik z tamtego roku (42:22), bo życiówki z Maniackiej Dziesiątki - 41:15, to chyba nie poprawię… (piszę co innego niż myślę - w głowie “a co tam! I tak spróbuję poprawić tę życiówkę!” - no zobaczymy Kuerti, zobaczymy…).
Popularity: 32% [?]
23 lipiec | Zmiany

Od jakiegoś już czasu ogarnął mnie marazm twórczy, oczywiście mam tę swoją kartkę z pomysłami na teksty, ale gdy siadam do pisania, to w głowie mam kompletną pustkę. Od miesiąca nigdzie nie wystartowałem, trenuję nieregularnie, od przypadku do przypadku. OK, z tą nieregularnością to może nieco przesadzam, bo raz w tygodniu udaje mi się wybrać na rower i zrobić jakieś 40 kilometrów, a oprócz tego ze 3-4 razy wyjdę pobiegać. Co prawda są to bardzo krótkie sesje - od 30 do 50 minut - ale zawsze coś. Biegam tak jak mam ochotę, wolniej, szybciej - czasem nawet nie zabieram zegarka ze sobą! Nie wspominając o Forerunnerze, który od kilku tygodni leży w szufladzie i czeka na lepsze czasy.
Generalnie zmierzam do tego, że wypadłem trochę z rajdowego rytmu. Nie jestem na bieżąco z tym, co dzieje się w na kolejnych zawodach, nie śledzę wyników, nie biorę udziały w dyskusjach, krótko mówiąc - jestem poza tym wszystkim. No i dobrze mi z tym - potrzebowałem takiej przerwy na zajęcie się innymi sprawami. Ostatnim elementem, który wiąże mnie z rajdami jest ten blog… Tak, to zabrzmiało groźnie, ale bez obaw, nie zamykam PK4. Zbyt wiele pracy włożyłem w rozwój mojego 3 letniego internetowego dzieciaczka, żeby teraz tak łatwo powiedzieć pas. Z drugiej strony czuję, że ta konwencja, którą przyjąłem dla PK4 zaczyna mnie uwierać - czuję przymus pisania. A to na dłuższą metę do niczego dobrego nie prowadzi.
Przymus wynika z konwencji bloga tematycznego - regularnego pisania artykułów o określonej tematyce. Problem w tym, że obecnie nie jestem w stanie zajmować się tą tematyką, w takim stopniu, w jakim chciałbym. Nie chcę robić niczego na siłę, zawsze szukałem przyjemności w tym co robiłem. Oczywiście przyjemność sama w sobie nigdy nie była celem - zresztą, sami wiecie jak pokrętnymi drogami dochodzimy do tej rajdowej przyjemności. Niewątpliwie radość na mecie po pokonaniu 100 kilometrów, albo ukończeniu kilkudniowego rajdu przygodowego jest fantastycznym uczuciem, to wyjątkowy stan, ale zanim poczujemy się tak błogo często przychodzi nam wiele przecierpieć.
Paradoksalnie jednak to cierpienie w trakcie również musiało sprawiać nam JAKĄŚ przyjemność, inaczej przecież nie bralibyśmy się za rajdowanie. Pisałem kiedyś o tym jak trening staje się przymusem - startowanie w zawodach, czy pisanie bloga może stać się tym samym. OK, ale o co mi tak naprawdę chodzi, nie zamykam PK4, ale… no właśnie, co? Zmieniam konwencję.
Przyznam, że ma to dość mocny związek z moimi planami zawodowymi - od dłuższego już czasu pracuję nad połączeniem biegowego hobby z zarabianiem kasy. Połączenie idealne, prawda? No właśnie, skoro jest taka szansa, to dlaczego nie spróbować? Myślałem o tym już od kilku lat, teraz wreszcie chcę spróbować. Na razie bez szczegółów, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem to już we wrześniu będzie wiadomo dokładnie o co chodzi - tymczasem potrzymam Was trochę w niepewności. Choć chyba nietrudno będzie domyśleć się co chodzi mi po głowie. Generalnie projekt choć komercyjny, to utrzymany będzie w podobnej konwencji do tego w jaki sposób prowadziłem PK4 - czyli zawsze szczerze i bez kreowania się na nie wiadomo kogo.
OK, ale co z tą konwencją? Chciałbym pisać mniej formalnie - no dobrze, ja nigdy nie piszę formalnie, ale chodzi mi o zakres tematów. Nie chciałbym pisać tylko artykułów tematycznych, które koniecznie muszą coś przekazywać, doradzać itp. Brakuje mi takiej luźnej formy, pisania bez ciśnienia, że to, co publikuje musi mieć wielką wartość dla czytelników, czasem po prostu chciałbym popisać o głupotach - mniej lub bardziej związanych z rajdowaniem. Zastanawiam się jeszcze jak to wszystko rozwiązać od strony technicznej - na pewno przy projekcie komercyjnym funkcjonował będzie blog firmowy i wygodniej będzie mi zmienić konwencję PK4, poszerzyć nieco tematykę, niż prowadzić dwa oddzielne blogi.
A tak a propos moich przyszłych startów, chciałbym wystartować w półmaratonie szczecińskim na koniec sierpnia i… spróbować poprawić życiówkę! Musiałbym pobiec więc szybciej niż godzina i 33 minuty, które nabiegałem parę miesięcy temu podczas półmaratonu poznańskiego. Co znaczy tyle, że muszę ostro wziąć się do roboty! Mam miesiąc z hakiem… Jakieś zakłady? Pobiję życiówkę?
.
PS. Już za miesiąc druga edycja K10! Życiówki z Maniackiej Dziesiątki (41:15) pewno nie poprawię, ale o te 42 minuty z hakiem z zeszłego startu na K10 powalczę! Bądźcie gotowi!
.
Popularity: 28% [?]
14 lipiec | Czym charakteryzuje się dobry maratończyk?

Mam taką listę pomysłów na blogowe teksty, do której zerkam co jakiś czas. Zwykle jednak jest tak, że piszę pod wpływem bieżących wydarzeń, ale teraz, gdy od ostatniego startu na Grassorze minęło już nieco czasu, a planów startowych na najbliższą przyszłość póki co nie mam, muszę przeprosić się z moją magiczną listą i wybrać coś z jej zakamarków. Tak! Ta lista ma swoje zakamarki, które już dawno pokrył kurz. Niektóre pomysły “leżakują” już od dłuższego czasu, może będzie z nimi tak samo jak z winem? Im dłużej tam poleżą, tym staną się bardziej wartościowe? To miałoby sens, gdyby nie fakt, że ja SAM muszę napisać taki tekst, on sam się niestety nie napisze… Do dzieła więc!
“Czym charakteryzuje się dobry maratończyk?”. To zdanie (pomysł z listy) przykuło moją uwagę, bo coś na ten temat wiem - w takim sensie, że wiem, czego mi brakuję, aby stać się dobrym maratończykiem. Oczywiście na myśli mam rajdową odmianę maratończyka, czyli ultrasa, który startuje w setkach i biegach górskich takich jak Bieg Rzeźnika (ponad miesiąc temu, gdy wbiegaliśmy na metę w Ustrzykach Górnych zajmując wspólnie z Marcinem 12 miejsce, ten wynik nie wydawał mi się szczególnie imponujący, ale im więcej czasu mija od tego biegu, tym jestem bardziej dumny z siebie - realnie patrząc na moje możliwości, to 12 miejsce na ponad 150 ekip, to naprawdę był dobry wynik, jestem strasznie zadowolony z tego rezultatu. To tak w ramach doceniania swoich wyników, a nie koncentrowania się na porażkach).
Dobrze, ale co to znaczy “dobry” maratończyk? Wpisałem ten przymiotnik nieco z rozpędu, bo tak naprawdę nie chodziło mi o “dobrego” zawodnika, a o kogoś wybitnego w tym, co robi, takiego “killera”, “cyborga”. Poniżej zestaw cech i umiejętności, które powinien posiadać taki zawodnik - ta lista, to oczywiście moje subiektywne zdanie, jeśli uważacie, że o czymś zapomniałem, to śmiało wpisujcie w komentarzach swoje propozycje.
1. CEL. Dobry maratończyk ma jasno określony cel i do niego dąży. Cóż, to nigdy nie było moją mocną stroną. Nie zawsze potrafiłem przygotować się dobrze pod konkretne zawody, że o zmierzaniu do długoterminowego celu nie wspomnę… Nic się w tym elemencie nie zmieniło - niestety. A przecież to właśnie powinien być punkt wyjścia, po co trenować, skoro nie wiadomo czemu trening ma służyć? Owszem, można utrzymywać jako taką dyspozycję, ale bez ambitnego celu trudno będzie nam wznieść się na wyżyny naszych możliwości, wykrzesać z siebie pokłady niezwykle potrzebnej motywacji i determinacji.
2. DETERMINACJA. Nie przypadkiem na tej liście tak wiele miejsca poświęce predyspozycjom psychicznym - myślę, że kwestia fizycznych możliwości jest sprawą drugorzędną (przynajmniej jeśli mówimy o zabawie amatorskiej, bo powiedzmy sobie szczerze, nie każdy z nas pobiegnie maraton w 2:20, nawet jeśli bardzo będzie chciał. To przykre, ale prawdziwe - myślę jednak, że ultra, zwłaszcza te w odmianie orienterskiej, daje więcej szans, nam przeciętniakom). A więc determinacja, bez niej łatwo zatrzymać się gdzieś po drodze i zacząć rozmieniać się na drobne. Dla mnie determinacja jest nieco upartym parciem wciąż przed siebie, nawet jeśli zewnętrzne okoliczności nam nie sprzyjają. A do czego dąży? Do tego CELU, który sobie wcześniej ustalił - oczywiście w tym przypadku jest to poprzeczka zawieszona na możliwie najwyższej wysokości.
3. MOTYWACJA. Powiązana z celem. Ambitny cel motywuje, o ile nie jest nadambitny. Wtedy zamiast motywacji pojawia się zniechęcenie, obawa - czy nam się uda? Czy damy radę? Bez motywacji ciężko czasem ruszyć z domu, gdy pogoda nie taka, gdy dużo pracy, gdy… Oczywiście nigdy trening nie będzie zupełną przyjemnością, patrz punkt 2 i 4, ale przecież to nie może być też ciągła orka i zmuszanie się do czegoś, co nie sprawia nam frajdy! W moim przypadku najbardziej motywująco działa na mnie poprzeczka - cel, zawieszona na nieco wyższej wysokości niż moje aktualne możliwości. Nie czuję się wtedy przytłoczony wyzwaniem, ale właśnie bardzo zmotywowany, w końcu cel jest tak blisko…
4. CIERPLIWOŚĆ. Porażki i cierpliwość to moje ulubione tematy na PK4
. O tej drugiej pisałem już dwukrotnie. Teraz więc tylko pokrótce opiszę swoje ostatnie doświadczenia. Po Adventure Trophy długo nie mogłem się pozbierać - nawet nie tyle przez zmęczenie postartowe, ale ogólnie trafił mi się trudny moment w życiu pozarajdowym, no i trening nie szedł mi w ogóle. W perspektywie miałem start na Rzeźniku, który najchętniej bym odwołał, ale wpisowe opłacone, partner umówiony, no, co tu dużu pisać, na wycof było już za późno. Trenowałem więc na siłę - przydała się determinacja, ale przyjemności w tym nie było. Jednocześnie wiedziałem, że takie momenty to chleb powszedni osób trenujących, nie zawsze trening układa się tak fajnie, nie zawsze jest pełno sił i nogi same niosą. Czasem to prawdziwa droga przez mękę. Trzeba albo mieć cierpliwość, albo wypracować ją sobie, a trening doskonale się do tego nadaje. Te wszystkie wzloty i upadki, te momenty mocy i bezsilności. Tak, to uczy cierpliwości! Minął Rzeźnik, minął Grassor, wyczekałem swoje i wreszcie trening na nowo sprawia mi frajdę. Inna rzecz, że nie mam czasu i trenuję mało, ale jeśli już wychodzę na trening, to jest przyjemnie. Przetrwałem ten trudny okres, on zawsze przechodzi, trzeba być po prostu bardzo cierpliwym.
5. UMIEJĘTNOŚĆ RADZENIA SOBIE Z NIEPOWODZENIAMI. Rozumiem to dwojako. Z jednej strony to dla mnie nie załamywanie się porażkami, bo dlaczego załamywać się czymś, co jest nieodłącznym elementem drogi, którą wybraliśmy (zresztą, innej drogi nie ma, na każdej spotkamy Panią Porażkę i Pana Niepowodzenie)? Zawsze starałem się patrzeć na porażki jako coś naturalnego, coś co pomoże lepiej zrozumieć mnie samego. Na początku przygody z setkami byłem trochę zły, że nie udało mi się ukończyć swojego pierwszego Harpagana, trzy kolejne setki ukończyłem ale co z tego skoro nie miałem 100% skuteczności. A to tak ładnie by wyglądało… No właśnie, może i ładnie by się to prezentowało, ale później stwierdziłem, że “czyste konto” jest bez znaczenia. Przecież tak naprawdę liczą się tylko najbliższe zawody, albo te, do których chcę się przygotować. Tego co było już nie ma. Zostaje doświadczenie, a to buduje się i na sukcesach i na porażkach. Może nawet bardziej na tych drugich, w moim przypadku zawsze tak było.
A ta druga strona? To praca z informacją zwrotną. Każda porażka to świetny materiał do analizy - myślę, że umiejętność wyciągania wniosków i późniejsza praca nad błędami to rzecz absolutnie kluczowa. Pomyślcie tylko, gdyby tak wyciągać wnioski po każdym starcie, poprawiać to, co nie działa, to co się nie sprawdza, krótko mówiąc, być po prostu ze startu na start coraz lepszym! To brzmi tak prosto, ale w rzeczywistości to cholernie trudna sztuka - minie pewnie jeszcze sporo czasu zanim ją opanuję.
6. ZNAJOMOŚĆ WŁASNEGO ORGANIZMU. Ostatni Grassor. Przebiegłem całą trasę w zasadzie na kryzysie, który trzymał mnie od 8 kilometra. Tak, to był wyjątkowy start, oczywiście, że każde kolejne zawody uczą mnie reakcji mojego organizmu, ale to właśnie na Grassorze uświadomiłem sobie, że mam w sobie spore pokłady sił, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałem. Dużo dały mi również starty na ulicy i bieganie prawie na maksimum sił. To później procentowało w kolejnych startach, dlatego też, choć nie przepadam za ulicą, to bardzo sobie cenie starty w biegach ulicznych. Kto wie czy w przyszłym sezonie nie skoncentruję się właśnie na nich, ale to tak na marginesie… Znajomość własnego organizmu sprawia, że łatwiej nam przetrwać kryzysy - wiemy, że każdy kryzys w końcu przechodzi. No i ta wiedza jak nasz organizm funkcjonuje w skrajnych warunkach - bezcenna!
7. MOCNA PSYCHA. W zasadzie to połączenie tych wszystkich cech, które opisałem wcześniej, w jakiś sposób to wszystko się miesza i tworzy tę słynną mocną psychę, o której krążą legendy
. Czym jest dla mnie mocna psycha? Albo inaczej, najpierw czym nie jest. Adventure Trophy 2007, Zakopane. Najpierw 50 kilometrów po Tatrach, morderczy treking, ciągne go na oparach, ale jakoś kończymy etap na przyzwoitym miejscu (zdaje się, że w pierwszej dziesiątce). Później, już w nocy, wsiadamy na rowery. Pierwsze kilometry jeszcze jakoś ciągne, ale z czasem jest coraz gorzej, nie mam w ogóle sił w nogach. Przedzieramy się przez jakiś las, pełno połamanych drzew, to istny bieg przez przeszkody z rowerem. Mordęga. Wrescie asfalt. Nie ma już skupić na czym myśli, nie ma drzew, które trzeba przeskoczyć - pozostaje czysta świadomość, że dzisiejszego dnia jestem słaby, beznadziejnie słaby. Kręcę coraz wolniej i wreszcie wyznaje parnterowi: poddaję się… Nie chodziło o siły, ale o psychę, o przetrwanie najgorszego momentu, a przecież on zawsze przechodzi…
A więc o co chodzi? Przykład. Rajd Dolnego Sanu. Paweł Pakuła biegnie setkę na dobry wynik, jest świetnie przygotowany, noga podaje, podbija kolejne punkty bez większych pomyłek. Nagle orientuje się, że gdzieś po drodze zgubił kartę startową! Telefon do organizatora - jeśli karta się znajdzie, to zostaniesz sklasyfikowany, jeśli nie.. to dyskwalifikacja. Co zrobił Paweł? Nic. Po prostu pobiegł dalej. I jeśli myślę “mocna psycha”, to myślę o podobnych zachowaniach. Później okazało się, że Michał Jędroszkowiak znalazł kartę Pawła, co więcej, podbijał kolejne punkty za niego! Oczywiście sam Paweł również podbijał punkty - nie miał karty, ale na mapie również można odbić perforator
. Podsumowując, myślę, że mocna psycha to po prostu umiejętność (trudna umiejętność!!) parcie przed siebie bez względu na okoliczności, niepoddawanie się i nie podłamywanie chwilowymi niepowodzeniami. Taka dynamiczna wersja determinacji.
8. WIEDZA O TRENINGU. No tak, te wszystkie cechy, o któych pisałem powyżej są fajne i na pewno przydatnę, ale co nam po nich skoro fizycznie nie jesteśmy przygotowani do podejmowania wyzwań, które sobie stawiamy? Bo nie chodzi o to, żeby zarzynać się na treningach, a trenować mądrze. Czasem mniej znaczy lepiej. Tego od mniej więcej roku się trzymam i dobrze na tym wychodzę. Nie posiadam jakiejś super wiedzy na temat treningu, to co wiem mi wystarcza, a gdybym jeszcze miał rozwinięte kilka cech z wyżej wymienionych, to pewnie byłbym mocniejszy niż jestem.
Tyle pisaniny, teraz wypadałoby rozwinąć te cechy i stać się najlepszym biegaczem, jakim możemy się tylko stać!
.
PS. Nie pisałem o umiejętnościach nawigacyjnych - to się rozumie samo przez się, jeśli chcemy startować w orienterskich setkach, to bez świetnej nawigacji ani rusz!
Popularity: 30% [?]
6 lipiec | Kiedy nie ma czasu na trening…

Poszedłem biegać, bez pulsometru - to, że BEZ, to ważne, bo trenuję zawsze Z, tak mi to już weszło w krew, że inaczej jest po prostu ciężko. Jakoś tak nieswojo, dziwnie. Jestem pulsometroholikiem, pisałem już kiedyś o tym, no i nic się nie zmieniło… Dlaczego więc poszedłem na trening bez pulsometru? Bo Garmin mi coś nawala, wziął się i wyłączył. Sam. A włączyć, to już się nie chce. Próbowałem “miękkiego” resetu (trzeba wcisnąć dwa przyciski na raz - lap i enter, chyba, a później włączyć go ponownie), no i coś tam się odezwał, pomarudził i znowu zapadł w sen. Leń! A niech leży sobie w szafce, poradzę sobie bez niego!
Nie miałem wyjścia i poszedłem biegać bez pulsometru, nie wiem więc jakie miałem tętno i ile kilometrów przebiegłem - straszne! - wiem, ale co zrobić… Tak, to była ironia. Jestem pulsometroholikiem, ale jeszcze nie zwariowałem, jeszcze, warto podkreślić to słowo. Co tam, najwyżej nie zapiszę tego treningu w dzienniczku. Zresztą.. nie prowadzę już dziennika treningowego, bo i po co? Te wszystkie plany, które układałem w ostatnim czasie sypały się jeden po drugim, żeby więc zaoszczędzić sobie czasu po prostu.. przestałem je układać. To było diabelnie proste i w gruncie rzeczy uwalniające.
Zaprzestałem więc wpisów na dailymile.com (swoją drogą polecam, fajne miejsce do zapisywania treningów i kontaktów z innymi trenującymi znajomymi), nie planuję treningów. Poszedłem nawet jeszcze dalej i zaprzestałem planowania startów! Idę na żywioł! OK, z tymi startami i treningami to jest tak, że nie mam teraz czasu, żeby trenować tak, jak bym chciał, więc to pójście na żywioł jest wymuszone przez okoliczności. Tak, dopadło mnie “życie” i ten cholerny brak czasu na wszystkie rzeczy, na których mi zależy, dobra dość! miałem nie marudzić, wiedziałem, że jak już usiądę do pisania, to zacznę marudzić na brak czasu, a nie chcę tego robić. Zawsze wydawało mi się, że usprawiedliwianie się brakiem czasu, to marna wymówka, no i.. no i wcale nie zmieniam zdania! Nie ma mowy! To chyba Krzysiek Dołęgowski powiedział, że nie chodzi o brak czasu, a o priorytety jakie mamy. Zgadzam się z tym, no i teraz rajdy, zarazem to wszystko, co z nimi związane, poleciało w dół mojej drabinki z priorytetami.
Dobra, ale przecież miałem nie marudzić, tak? No to więc nie marudzę! Brak czasu, wielkie mi coś. Gdybym miał realizować plan, który chodził mi po głowie na początku roku, to teraz powinienem ostro przygotowywać się do biegu Toubkal Trail (ostatecznie ten bieg na najdłuższej trasie odwołano, ale co to miał być za bieg! Do pokonania prawie 150km, i 12km podejść! Wow! Część tej trasy robiłem turystycznie 2 lata temu, no i pobiec ultra w tym terenie, to po prostu marzenie…). Tak, to był ten start, o którym kiedyś wspominałem, ale nie chciałem pisać, co dokładnie mam na myśli. To miał być ten drugi, obok Adventure Trophy, hitowy start tego roku. Miał, bo nie jest. I dobrze. Nie dałbym rady należycie się do niego przygotować, to po pierwsze. Po drugie, wpisowe to koszt bagatela ok. 3.000 złotych! Marokańczycy to się cenią!
Nawet myślałem czy nie szukać jakichś sponsorów, próbować skombinować jakoś tę kasę, ale w porę otrzeźwiałem. Nawet jeśli znalazłbym sponsora, to widmo tego startu wisiałoby nade mną już od kilku miesięcy, a teraz, w tych okolicznościach gdy czasu na trening nie ma… no, krótko mówiąc stresowałbym się. Bardzo. Cholernie bardzo. A po co mi to? Byłem na AT, spełniłem swoje marzenie, na jeden rok wystarczy. W zasadzie gdybym zakończył sezon już teraz, to i tak byłbym zadowolony z tych startów, w których brałem udział. Ba! Wystarczyłby mi tylko ten jeden jedyny start w Arłamowie do pełni szczęścia. Wszystko ponadto to bonusy. Choćby wygrane na Włóczykiju czy Grassorze, albo dobry start na Rzeźniku (tam też już od dawna chciałem wystartować, w tym roku się udało). Dlatego bez wyrzutów pozwalam sobie teraz na luz, może nawet do końca roku. Oczywiście chciałbym jeszcze coś podziałać, marzy mi się ten wyjazd do Pragi na bieg w grudniu i zrobienie dobrego wyniku na tamtejszej setce (dokładniej 112km).
Wszystko jednak wyjdzie w praniu - jedno jest pewne, przez najbliższe 2-3 miesiące nic sensownego na treningach nie zrobię. Tak, brak czasu… Z drugiej strony pamiętam, że w poprzednich latach (zawalone lato to uroki prowadzenia biznesu nad morzem) miałem jakoś więcej sił i motywacji, żeby trenować po nocach, a teraz? A teraz albo mi się nie chcę, albo nie mam sił. Człowiek się starzeje jednak, nieubłaganie, z roku na rok. Trenuję więc spontanicznie.
Dziś przebiegłem z 9 kilometrów, biegłem tak jak nogi niosły, szybciej niż gdybym biegł z pulsometrem, ale co mi teraz z trzymania tętna? Nic. Mogę sobie pozwolić na spontaniczność, powiedzmy, że te 3 najbliższe miesiące będą dla mnie odtrutką od ograniczania samego siebie podczas treningu.Może zostawię Garmina w szafce, może na treningi nie będę zabierał nawet zegarka? Jak spontaniczność, to spontaniczność pełną gębą. Czasem więc biegam, czasem jeżdżę na rowerze, ale tylko czasem. Spróbuję teraz dojeżdżać - czasem - rowerem do pracy, ale nie zawsze mam taką możliwość. Oprócz tego CZASEM gram w badmintona, ale to naprawdę rzadko. CZASEM robię jakieś ćwiczenia na brzuch, pompki - tak, żeby się nie zastać. Generalnie mój trening to ruszanie się CZASEM.
No i taki jest ten mój sposób na przetrwanie tego najgorszego okresu, kiedy nie mogę pozwolić sobie na normalny trening - podtrzymanie formy, bez napinania się. Przecież nie będę się jeszcze stresował niepotrzebnie treningiem! (wystarczy mi mały stres, że blog leży odłogiem
). Wiem, że powrót do formy zajmie mi później ze 2 miesiące solidnych treningów, jeśli zacznę więc sensowny trening na początku października, to na Pragę zdążę (start 4 grudnia). A jakie Wy macie sposoby na radzenie sobie z brakiem czasu na trening? Zupełny rest, to nie jest dobry pomysł - przynajmniej dla mnie, jestem uzależniony od treningu, bez dawki endorfin na dłuższą metę nie potrafię funkcjonować. Mogę więc zredukować trening, ale przestać trenować? W życiu!!
PS. Tytuł w zasadzie nie oddaje tego, o czym jest ten tekst. Na pewno można ten temat rozwinąć dużo bardziej praktycznie. Pomyślę o tym.
Popularity: 32% [?]
29 czerwiec | O współpracy słów kilka

Jak zauważyliście piszę rzadziej. Oczywiście, że chciałbym częściej, ale czasu starcza mi tylko na kilka tekstów w miesiącu. Taki stan rzeczy utrzyma się przez najbliższe miesiące, a może i zasada “jeden tekst w tygodniu” zagości na stałe na łamach PK4, nie wiem, zobaczymy. Bloga na pewno nie porzucam, ale wiecie jak jest, nie zawsze można poświęcić tyle czasu temu, czemu chciałoby się. Dobra, dość tłumaczeń.
Ten rok stoi dla mnie pod znakiem rajdowania z innymi ludźmi. W poprzednich latach większość moich startów to były imprezy, na których trasę pokonywałem samotnie. Przyznam, że odpowiada mi napieranie w pojedynkę. Dlaczego? Bo to ja decyduję o wszystkim, i tu nawet nie chodzi mi o nawigację, ale bardziej o tempo. To ja decyduję o tym jak szybko napieramy, jeśli mam dość, to zwalniam, nikt mnie nie pogania. Jeśli chcę przyśpieszyć, to przyśpieszam, nie muszę na nikogo czekać. Oczywiście w pojedynkę nie jestem w stanie wykrzesać z siebie tyle, ile mogę dać z siebie startując z mocniejszym partnerem. Włóczykij oraz Grassor są tego idealnymi przykładami, sam nie wykręciłbym tak dobrych czasów.
Poza tym w pojedynkę jestem jakby “bardziej na trasie”. Doświadczam mocniej tego wszystkiego, co rozgrywa się w przeciągu tych kilku/kilkunastu godzin. W parze moja uwaga jest podzielona pomiędzy partnera i całą resztę. W zasadzie wszystko rozgrywa się pomiędzy mną, a drugą osobą, albo widzę jej plecy i staram się nadążyć, albo oglądam się za siebie uważając, żeby nie przesadzić z tempem. Jeśli siły są wyrównane, to raz jedna, raz druga osoba nadaje tempo - wtedy też biegnie się albo za czyimiś plecami, albo kogoś prowadzi. To “bycie bardziej” można porównać do samotnych podróży i wycieczek w grupie. Zasada jest ta sama - w pojedynkę otwieramy się na świat, w grupie łatwo o zamknięcie w naszym zespołowym małym światku.
W tym roku udało mi się spróbować każdego z tych wariantów i każdy był dla mnie cennym doświadczeniem. Poniżej garść moich przemyśleń na temat współpracy w zespołach dwuosobowych:
Startujesz ze słabszym partnerem. W teorii to bardzo wygodny układ. Jeśli jesteś tym szybszym lub szybszą, to prawdopodobnie na mecie nie padniesz ze zmęczenia, ale czeka na Ciebie kilka, innych niż fizyczne, wyzwań, którym musisz stawić czoła. Przede wszystkim w tym zestawieniu pracujesz na wynik partnera, a swoje osobiste ambicje chowasz w kieszeń. Z doświadczenia wiem, że każdy z nas ma określone oczekiwania względem danego startu i nawet jeśli decydujemy się na start z kimś słabszym, to często jest tak, że próbujemy mimo to osiągnąć swoje założone cele, zakładając, że “jakoś to będzie”. Przy takim nastawieniu łatwo o frustracje, gdy widzisz, że partner nie nadąża, że kolejni przeciwnicy mijają Was z łatwością, a cenne minuty upływają tak szybko. No i co ważniejsze - forsując własny cel łatwo można “zajechać” drugą osobę.
Poradzić sobie z tym można koncentrując się na drugiej osobie i jej możliwościach, nie szukając celu w konkurencji z innymi, tylko na tym, żeby wykorzystać maksimum możliwości naszego partnera. I to też może być wyzwanie, praca na rzecz drugiej osoby! Obiektywnie możemy osiągnąć kiepski wynik, ale subiektywnie dla kogoś, to może być małe mistrzostwo świata, do którego my dołożyliśmy swoje trzy grosze. Cała zabawa polega więc na tym, żeby utrzymywać takie tempo, które nie zajedzie naszego partnera, ale każe mu wykrzesać z siebie maksimum swoich możliwości. Przyznaję, jest to dość sadystyczne, bo przecież my możemy jeszcze szybciej, a partner z tyłu już nie. Nikt jednak nie mówił, że będzie lekko!
Na pewno nieco inaczej ten układ wygląda w parach mieszanych, kobieta potrzebuje więcej uwagi, troski, ale z drugiej strony jeśli napieramy naprawdę mocno, to niestety nie ma miejsca na przyjemność i czułą opiekę nad drugą osobą. Ból i cierpienie są nieodłączną częścią tej “zabawy”. Chodzi o to, żeby nie przesadzić. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak: lubię gdy ta mocniejsza osoba jest wyraźnie z przodu (kilkadziesiąt metrów przede mną). Mam świadomość, że partner z przodu jest mocniejszy, i że gdyby nie ja, to mógłby biec szybciej. To jasne, że chciałbym być tak szybki jak on - dlatego też nie chcę, żeby widział moją słabość i ten wysiłek, który wkładam w bieg. Wolę cierpieć w samotności. Oddalające się plecy są dla mnie wystarczającą motywacją.
Oczywiście nie można przesadzić - jeśli nie widzisz nikogo przed sobą i zastanawiasz się gdzie podział się Twój towarzysz, to nie jest to ani trochę motywujące, raczej wkurzające. Tak samo jak widok partnera, który czeka na Ciebie na końcu podejścia i zniecierpliwionym tonem pyta “co tak wolno?”. Co jest więc zadaniem słabszej osoby? Dać z siebie wszystko! O ile takie jest wspólne założenie, to jasne, że nie zawsze trzeba cisnąć na maks możliwości. Dla potrzeb tego tekstu zakładam jednak, że dobierając się w układ słabszy - mocniejszy dążymy do osiągnięcia maksimum możliwości tego pierwszego.
Dać więc z siebie wszystko i nie zajechać się przy tym. Potrzebne tu doświadczenie, znajomość własnego organizmu, no i przede wszystkim - dumę zostawiamy w domu! Jeśli jest za mocno, to prosimy partnera, żeby zwolnił! Wiem - to nie jest łatwe, ja sam mam z tym problemy, bo przecież jak to tak, mam powiedzieć, że jest za szybko? Żeby zwolnić? Ja?! Tak Ty
. Na Grassorze nie musiałem tego robić, po prostu zaciskałem zęby i biegłem za Piotrkiem, ale na Włóczykiju na początku szybkiego asfaltowego przelotu rozsądnie poprosiłem o wolniejsze tempo - być może dzięki temu udało mi się później trzymać mocne tempo do samej mety, bo nie dałem się zajechać.
OK, a co robi ta mocniejsza osoba w parze? A raczej czego nie powinna robić. Na pewno wszelka krytyka, marudzenie, okazywanie zniecierpliwienia, frustracji, a nie daj Boże złości, czy gniewu jest po prostu niedopuszczalne. Wolniejszy partner i tak ma przewalone, biegnie z wywieszonym językiem, daje z siebie maksimum, w tej sytuacji okazywanie mu, że jesteśmy niezadowoleni z tempa pogrąży go tylko, zamiast zmotywować. Dobrze gdy szybsza osoba “czuję” to wszystko, co rozgrywa się na trasie, tempo, formę partnera, jego słabsze momenty i chwile mocy. Nie wiem jak precyzyjnie nazwać tę sztukę, pozostańmy więc przy tym “czuciu”. Trzeba po prostu widzieć kiedy nieco spuścić z tonu - kiedy okazać trochę słabości, nawet jeśli w danym momencie czujemy się świetnie, zwolnić kiedy trzeba, przejść do marszu i dać odpocząć partnerowi.
W sytuacji kiedy startujemy z osobą o zbliżonych możliwościach ta współpraca zespołowa jest równie ważna. W układzie słabszy - mocniejszy, ten pierwszy w zasadzie zawsze zyskuje, dzięki silniejszemu partnerowi jest w stanie osiągnąć taki wynik, jakiego sam by nie osiągnął. Ale co najlepsze, jeśli już raz uda nam się “przełamać”, zrobić coś, czego byśmy się po sobie nie spodziewali, to kolejnym razem, nawet już bez szybszego kolegi, to dużo łatwiej będzie nam zbliżyć się do tego wyniku. “Przełamanie” - uwielbiam to słowo. W gruncie rzeczy co któryś start, to jest dla mnie właśnie takie “przełamanie”, zrobienie czegoś, czego jeszcze wcześniej nie robiłem - skok na “wyższy poziom”. Ostatnim takim “przełomem” na pewno jest dla mnie Grassor - wiem teraz, że stać mnie na wiele, nawet jeśli nie jestem odpowiednio przygotowany do zawodów.
Wracając jednak do wyrównanego poziomu. Pamiętam taką sytuację z polskiego Maratonu Piasków z 2006 roku. Ostatni etap, 125km (wcześniej 50 i 75km pierwszego i i drugiego dnia), przed nami 40 kilometrowy odcinek po plaży. Długa prosta, zero nawigacji, po prostu trzeba było to przejść (już nie biegliśmy, a tylko szybko maszerowaliśmy) i tyle. Jesteśmy w czwórkę, ja, Piotrek Szaciłowski, Andrzej Woliński (maratończyk z Wolina) oraz Adam Kędziora (kto pamięta jeszcze Adama? Swego czasu razem z Radkiem Literskim mieli monopol na wygrywanie setek). Trochę obawialiśmy się tego, czy uda nam się pokonać całą trasę, generalnie czuliśmy respekt przed dystansem. Marudziliśmy trochę na tempo, że jest.. za szybkie! Szliśmy w peletonie, jeden za drugim. Osoba na przedzie nabijała tempo i oczywiście mając za sobą trójkę facetów nie chciała okazać się mięczakiem… więc nie tylko nie zwalniała, ale i stale przyśpieszała, aż zmieniała ją następna osoba. Ta na chwilę zwalniała, w końcu było “za szybko”, ale po chwili… znów wracała do poprzedniego tempa i z każdą minutą je podkręcała!
To dzieje się automatycznie - przechodzisz na przód i przyśpieszasz. Reszta po prostu napiera za Tobą. Pokonaliśmy w ten sposób te 40 kilometrów bardzo szybko, a ten odcinek choć z początku wydawał się, że będzie nam się dłużył w nieskończoność (wyobraźcie to sobie, 40 kilometrów w piachu napierając przed siebie! Żadnych wariantów, żadnego kombinowania, ba! tam nawet zgubić się nie można było!). Dlatego, że tak naprawdę nie koncetrowaliśmy się na upływie czasu, czy pokonanych kilometrach. Przez tych kilka godzin mieliśmy raptem dwa zadania, wychodząc na czoło - podkręcać tempo, będąc z tyłu - utrzymać się za grupą. We dwójkę jest podobnie, dajesz zmiany, wychodzisz na prowadzenie i wybierasz drogę, wybierasz linię zbiegu - wbrew pozorom to cholerne ułatwienie dla osoby z tyłu.
Jeśli zbiegasz w trudnym terenie to wybór drogi kosztuje Cię dodatkowe siły, jeśli biegniesz za kimś, to stąpasz po jego śladach, nie tracisz już energii na wybór najlepszego przelotu. Partner wpadł w błoto? Szybka korekta i stawiasz stopę o kilka centymetrów na bok - działasz jak automat. Dając sobie zmiany można fajnie się nakręcać - dając z siebie więcej, niż dałoby się w pojedynkę.
Który układ jest najlepszy? Moim zdaniem wszystkie są dobre, każdy uczy nas czegoś o nas samych. Jeśli napierasz z kimś słabszym, to uczysz się współpracy, stajesz się bardziej wyczulony na potrzeby innych, to przydaje się nie tylko na długich trasach czwórkowych, ale i na co dzień, w pozarajdowym życiu. Biegając z kimś mocniejszym podciągasz się, przekraczasz swoje granice, to procentuje, bo następnym razem, już sam, będziesz mocniejszy. W równorzędnym układzie po prostu pracujecie na swój wynik.
Tyle z moich doświadczeń na temat współpracy w zespołach dwójkowych. O drużynach czwórkowych nie pisałem, bo te 3 starty, to trochę mało, żeby udzielać rad w tym temacie, ale może ktoś z Was rozwinie tę kwestię?
Popularity: 33% [?]
« Nowsze wpisy — Starsze wpisy »
