19 luty | Kalendarz Ultra 2010 cz.1

Kuerti: Powtórzę za Piotrkiem (dla tych, którzy jeszcze nie oddali głosu na Petro w konkursie na Travellera NG w kategorii wyczyn roku, uprasza się o prędkie wysłanie smsa!
) - dziś tekst dla marzycieli. Nieco spóźniony, bo 2010 trwa już w najlepsze i kilka imprez już Wam przepadło, ale przecież mamy kolejne miesiące, a przede wszystkim kolejne lata, w których możemy zdecydować się na któryś z egzotycznych biegów. I tak naprawdę chodzi o to, żebyście narobili sobie apetytu na bieganie w Europie i na świecie - i jeśli nawet nie wystartujecie nigdzie za granicą w tym roku, to małe ziarenko zostanie zasiane.. kto wie co z niego wyrośnie za jakiś czas? Bieganie w fajnych miejscach na świecie stoi otworem (ok, kilka z tych imprez to naprawdę kosztowne starty, ale reszta jest całkiem przystępna cenowo), dlaczego by więc nie spróbować? Ktoś się odważy?
Piotrek Kłosowicz: Dzisiaj coś dla marzycieli. To znaczy dla tych, którzy najpierw głupio wymyślają, potem, o zgrozo, planują i, co gorsza, realizują.
Przed Wami pierwsza część zestawienia przygodowych biegów z całego świata w sezonie 2010. Przygodowych czyli odbywających się w ciekawym miejscu i zachęcających, żeby zorganizować sobie specjalnie dla nich biegowe wakacje. Nie znajdziecie tu biegów asfaltowych. Wyłącznie traile powyżej 100 km lub biegi etapowe. Wiele takich, które dają dużo punktów kwalifikacyjnych do UTMB. Kilka takich, o których strach w ogóle myśleć. Kilka takich, o których też strach myśleć, ale z powodu ceny.
Biegi poniżej 100 km nie zostały uwzględnione, ponieważ mało jest pewnie fascynatów, którzy będą jechać tysiące kilometrów, żeby pobiegać kilka godzin. Wybór jest subiektywny, niepełny i frankocentryczny, ponieważ oparty na kalendarzu francuskiego magazynu Ultrafondus. Tam też znajdziecie informacje o wielu świetnych, nie wymienionych tutaj imprezach. A w następnym odcinku reszta ultra-kalendarza na drugą część roku.
Rozgrzewka na styczeń
24-31.01.2010
Grand Raid Sahara (Oman), 213 km w 5 etapach
http://www.raidsahara.com/dogon/Dogon.htm
Wycieczka do Afryki i przy okazji 2 pkt do UTMB. Cena 1890 Euro, ale wygląda atrakcyjnie. Można się pościgać. Wliczony lot z Paryża.

Mocne uderzenie na początek sezonu.
01.02.2010, 60 h limitu
Arrowhead Ultra (Północna Minnesota, USA), 135 mil (217 km)
W zasadzie to nie bieg a ciężkie napieranie w temperaturach od -20 do -35 stopni. Impreza raczej kameralna. Jak ktoś się nie poczuwa do biegu, to można też na nartach albo na rowerze. Wpisowe 200 USD.
Przyjemna wycieczka w Andy
05-07.02.2010, 3 dni
Cruce de los Andes, (Patagonia, Argentyna), 3×30 km
W dwuosobowych zespołach 3 etapy po 30 km w okolicach regionu jezior w argentyńskiej Patagonii. Cena odstrasza – 2090 Euro bez lotu z Europy, ale w tym 17 dni zwiedzania w Argentynie. Ogólnie - propozycja wakacyjna.
Cały czas z górki!
11-14.02.2010, 4 dni
Ratece, Słowenia, 4 etapy, razem 220km
http://winter.trans-slo.si/en/
Zawody o tyle ciekawe, że cały czas biegniemy w dół… 240 kilometrów, wyobrażacie sobie?
Przyjemna wycieczka do Afryki
12.02.2010, 6 dni
Raid Aventure Grande Sud Marocain (Maroko), 6 etapów, razem 235 km
http://marchercourir.over-blog.com
Kolejna etapówka wakacyjna, 1027 Euro z wliczonym lotem z Paryża.
Patagońskie lato
21.02.2010
Patagonia Antartic Race (Argentyna), 350 km w 9 etapach
http://www.raidsahara.com/patagonie/patagonie.htm
Zwiedzanie Patagonii połączone z truchtaniem. Koszt zabija – 3990 Euro.
Nie ma zmiłuj
21-28.02.2010
Libyan Challenge (Libia), 205 km w 75 h non-stop
http://www.libyanchallenge.com
Samotnie lub drużynowo po tracku z GPSa przez pustynię. Wszystko niesie się samemu (są punkty z wodą), więc impreza z tych cięższych. 2100 Euro z wliczonym lotem z Paryża.

Kanary dla tych mniej leniwych
05-07.03.2009
Transgrancanaria (Wyspy Kanaryjskie), 123 km (4800 m deniwel.), 30 h limitu
http://www.transgrancanaria.net
Wiosenny test formy (zamiast tradycyjnego półmaratonu ;-)). Limit sugeruje, że będzie dość szybko. 100 Euro wpisowego. Może być fajnie i da się pojechać w miarę ekonomicznie.
Konkretne łupanie
15-22.03.2010
Transahariana (Algieria), 260 (albo 190, albo 130 km, ale przecież nie jesteśmy cieniasami) non-stop!
http://www.raidsahara.com/algerie/transahariana.htm
Szatańska impreza i murowana niesamowita przygoda. 1990 Euro wraz z lotem z Paryża. Jeśli nie w tym roku, to na pewno warto zapisać tę propozycję w kajeciku na następne lata.
Na wakacje do Gwadelupy…
03-11.04.2010
Guadarun (Gwadelupa), 150 km w 6 etapach
Kto nie chciałby powiedzieć, że startował w rajdzie w Gwadelupie… 1540 Euro z lotem z Paryża. Wakacje kolejne.
Bagietka, wino…
18.04.2010
Ultra-Trans-Aubrac (Francja), 105 km (3700 m deniwel.)
Wiosna na francuskiej prowincji za jedyne 50 Euro. Nic, tylko jechać.

Party na Majorce
Serra de Tramuntana (Majorka, Hiszpania), 102 km (4220 m deniwel.)
http://ropits.com/serra/serra2009eng.htm
Data jest z zeszłego roku, ale pewnie w tym też będzie. Wpisowe to jedyne 30 Euro. No i te imprezy, ci Brytole, ci starzy Niemcy i darmowe drinki z palemką…
Corridore al dente
01/02.05.2010
The Abbots Way (Toskania, Włochy), 125 km (5900 m deniwel.)
Włoska propozycja. Może być fajnie za jedyne 50 Euro.
Kolejna wycieczka - do Brazylii
06.05.2010, 6 dni
Brasil Running Adventure Race (Brazylia), 6 etapów, razem 190 km
http://www.brasilrunningadventurerace.com
I znowu impreza wakacyjna, czyli zwiedzanie biegiem. Na poważne ściganie nie ma się co nastawiać, za to okoliczności przyrody atrakcyjne. Cena już mniej – 2600 Euro (wliczony lot z Paryża).
Z wizytą u Basków
14/15.05.2010
Euskal Trail (Pireneje, Francja) 2×65 km (8000 m deniwel.)
Bieganie w Pirenejach. Ok. 80 Euro wpisowego.
Łamanie setki
15.05.2010
L’ultra Des Coursières Des Hauts Du Lyonnais (Francja), 101 km (4200 m deniwel.)
http://www.coursieresdeshautsdulyonnais.org/
Znowu francuska prowincja. Jedyne 50 Euro wpisowego. Raczej lokalna impreza.
Dla fanów kolarstwa
15/16.05.2010
Grand Raid Dentelles Ventoux (Francja), 100 km (5000 m deniwel.)
Jak ktoś chce pobiegać po Mont Ventoux to musi przetrenować i wydać jedyne 70 Euro. Brzmi ciekawie.
Wycieczka na Jurę
16-22.05.2010
Grande Traversée Du Jura (Francja), 350 km w 7 etapach
http://www.couriretdecouvrir.com
Etapówka we Francji za 530 Euro. Dla amatorów takiego biegania chyba fajna propozycja, chociaż kosztowna jak na Europę.

Na wybrzeże
31.05-05.06.2010
La Trans Aq’ (Akwitania, Francja), 230 km w 6 etapach
http://www.transaq.fr/en/
Atrakcyjna impreza etapowa w ładnym terenie. Trzeba być samowystarczalnym (jeden przepak w środku trasy), ale są noclegi (namioty). Niestety, drogawo - 700 Euro.
Dla biegaczy pierwotnych
26-27.06.2010
Grand Raid International Du Cro-Magnon (Włochy,Francja), 112 km (5700 m deniwel.)
http://www.cromagnon-extremerace.com/
Bieganie śladami neandertalczyków. Wpisowe w sumie to około 100 Euro. Teren super – Alpy Nadmorskie. Jeśli nie macie planów na wakacje, to warto to rozważyć.
Koło wąwozu
Czerwiec 2010
Verdon Canyon Challenge (Francja), 100 km (6000 m deniwel.)
Data zeszłoroczna ale w 2010 też będzie. Malownicza okolica i wpisowe 75 Euro.
It never rains in southern California…
12-13.06.2010
San Diego 100 (USA), 100 mil (12000 stóp deniwel.) 36 h max.
Wycieczka za ocean i bieg trasą Pacific Crest Trail. Chyba jednak raczej dla tych, co akurat będą w okolicy.
W kiltach
19.06.2010
West Highland Way Race (Szkocja), 153 km (4500 m deniwel.)
http://www.westhighlandwayrace.org/
Jak ktoś się nie chce przegrzewać na południu Europy, to może się wykazać w kraju Bravehearta. Około 100 funtów wpisowego.
Do wyboru
19/20.06.2010
Aravistrail (Francja), 109 km (7500 m deniwel.)
Fajne alpejskie bieganie. Ciekawe, że nie ma obowiązku biegać na raz, można podzielić na etapy. 100 Euro wpisowego.
Dziki zachód
26/27.06.2010
Western States 100 (USA), 100 mil
http://www.ws100.com/
Takie amerykańskie UTMB. Już po zapisach, więc raczej w tym roku tam nie pobiegacie. Ale honorna impreza.
Autor: Piotrek Kłosowicz.
PS. Części drugiej spodziewajcie się wkrótce!
PS2. Zdjęcia pochodzą ze stron internetowych wybranych biegów z kalendarza.
Popularity: 29% [?]
15 luty | Wykrzesać z siebie maksimum

Start w półmaratonie i bieg na granicy możliwości znów skierował moje myślenie na dobrze już wyrobione koleiny, pytanie samo cisnęło się na usta – czy jestem w stanie wykrzesać z siebie maksimum? (tekst napisany po starcie w półmaratonie szczecińskim, jesień 2008 roku).
“Ostatni ostry podbieg przed metą, zmęczenie sięga zenitu a przecież za chwilę jeszcze trzeba zerwać się do finiszu. Nie wiem już skąd mam brać siły na dalszy bieg, nie mówiąc już o jakimś morderczym finiszu. Jednak próbuje i przyśpieszam. Na krótko. Chwilę potem słabnę, z trudem łapiąc powietrze. Po kilkuset metrach znów staram się zmusić organizm do ostatecznego wysiłku… znów bezskutecznie. Poddaję się.”
“Zostawiam siły na końcówkę, stopy palą niemiłosiernie, ale czuję, że mam jeszcze rezerwy, a raczej opary, które jednak pozwolą mi na finisz. Z ociąganiem i grymasem bólu na twarzy zaczynam truchtać. Po kilku niepewnych krokach odpuszczam, ból wygrywa. A przecież siły jeszcze są! Czuję je, wiem, że jestem w stanie jeszcze podbiec tych kilka kilometrów, choćbym miał wyzionąć ducha na mecie, to wiem, że jestem w stanie tego dokonać. Co tam odciski i zniszczone stopy! Ból jest jednak większy niż moje siły wewnętrzne i motywacja. Poddaję się.”
Chodzi o cienką czerwoną linię, balans pomiędzy upadkiem, a napieraniem na maksimum możliwości. W bieganiu na ulicy na tym poleca cała zabawa - tak wytrenować swój organizm żeby wycisnąć go do końca jak pomarańcze na sok. Wychodzisz na treningi żeby wyćwiczyć pewne reakcje organizmu, zaadaptować go do ogromnego wysiłku. Najpierw budujesz bazę tlenową, a później coraz bardziej ukierunkowanym treningiem starasz się doprowadzić swój organizm na szczyty jego możliwości. Start w biegu, i czy to będzie 5, 10 czy 42 kilometry, to ostateczny sprawdzian dla Twojej wytrzymałości. Bo właśnie w tym wszystkim o to chodzi, żeby biec na maksa…
Myślę, że w rajdach i pieszych i przygodowych cel mamy taki sam. Z tą tylko różnicą, że w terenie owo maksimum gdzieś się rozmywa. Na ulicy się biega – przede wszystkim się biega, bieg uliczny, pierwsze skojarzenie? To bieg, a nie marsz. Na rajdach również się maszeruje, zresztą, duża grupa tylko maszeruje i nawet nie zawraca sobie głowy biegiem, a przecież oni też mają swoje granice możliwości i zwykli do nich docierać. Na ulicy wszystko jest dynamiczniejsze, mięśnie płoną, serce wali jak szalone a głowa pęka z wysiłku. Zwyczajnie katujemy siebie. I gdzieś w tym procesie katowania przychodzi taki moment, gdzie głowa wymięka. Bo koniec końców wszystko siedzi w głowie. Matko kochana, jak ja uwielbiam to stwierdzenie, „głowa umiera ostatnia”…
To taki moment, w którym ciało jeszcze może, ale mówisz sobie „stary, to już Twój kres, dalej nie pociągniesz, nie utrzymasz tego tempa, odpuść, zwolnij albo zejdź z trasy”. Co się jednak okazuję? Okazuję się, że można. Można dalej trwać w tej mordędze! Są ludzie, którzy tak potrafią. Pamiętam kwietniowy trail running w Skokach (w 2008 roku), to było preludium przed rajdem przygodowym Wertepy. Krótka, 7,5 kilometrowa trasa po okolicznych łąkach i polach. Nie spinam się, chcę po prostu dobiec do mety i nie zmęczyć się aż nadto. Nie mam pulsometru więc wysiłek kontroluję za pomocą oddechu. Staram się oddychać w miarę swobodnie.
Nagle mija mnie Magda Łączak, jedna z najmocniejszych kobiet w Polsce jeśli chodzi o rajdy przygodowe. Zerkam na nią i widzę, a raczej słyszę, jak łapczywie nabiera powietrza. Widać, że wkłada całe swoje siły w ten bieg – ostatecznie mijam ją przed metą, ale w tym momencie to ona jest dla mnie zwyciężczynią naszego pojedynku – ona nie oszczędzała się, wykrzesała z siebie wszystko na co ją było stać tego dnia. No i właśnie o to mi chodzi. Dławisz się, krztusisz się, niemalże wymiotujesz z wysiłku a mimo to nadal ciśniesz do przodu, bez względu na wszystko.
Na pewno to jest pewna umiejętność. Tak samo jak sięganie do rezerw podczas setek. Tylko, że właśnie tutaj jest nieco inaczej. Na setkach zwykle ten wysiłek rozkłada się w czasie. Nikt tutaj nie biegnie na 100% mocy, taki delikwent szybko by się zarżnął. Tutaj to nie przejdzie. Zbyt długi dystans i trasa, na której trzeba cały czas wybierać drogę do kolejnego punktu nie pozwalają na bezmyślny bieg przed siebie. Więc nie o taki wysiłek tutaj chodzi, raczej do czynienia mamy tutaj z wytrzymałością, odpornością na ból i niewygody. Dla mnie odpowiednikiem biegowego finiszu na skraju możliwości jest poderwanie się do biegu mimo krańcowego zmęczenia bądź też skasowanych stóp.
I wcale nie chodzi mi tutaj o upór. O ślepe napieranie bez względu na ból i cierpienie. To nie o to tutaj chodzi. Chodzi o wydrenowanie swojego organizmu do cna, 90 kilometr, do końca pozostało ich 10, Twoje stopy pokrył las odcisków a Ty zaciskasz zęby i ruszasz do biegu! To oto chodzi! Nie o powłóczenie stopami i doczłapanie się do mety. Oczywiście, to też jest ważna, cholernie ważna umiejętność, nie wiem nawet czy można nazwać to umiejętnością, to pewien stan umysłu, wewnętrzna siła. Ja nie potrafię tego zrobić, ale wiem, że są tacy ludzie. No i to są zwycięzcy, najlepsi z najlepszych. OK, ja też mogę zacisnąć zęby i pokonać te 20-30, a może nawet więcej kilometrów na odciskach, ale nie jestem w stanie zmusić się do intensywniejszego wysiłku. Myślę, że to jest jedna z fundamentalnych różnic pomiędzy zawodnikiem przeciętnym a gościem, który wygrywa zawody…
Nie potrafię powiedzieć jak znaleźć się na tym wyższym poziomie, na razie więc zakończę ten wywód w tym miejscu. Może kiedyś przyjdzie mi dopisać epilog, mam taką nadzieje - bo wierzę, że jestem w stanie to wytrenować, i nawet jeśli w chwili obecnej nie jestem w stanie wykrzesać z siebie maksimum możliwości to przyjdzie taki moment, że tak się właśnie stanie.
Popularity: 31% [?]
10 luty | PMnO 2010: Rozwój
Jak zwykle co roku na PK4 pojawia się okolicznościowy tekst na temat Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację (PMnO) - tym razem zamiast podsumowania poprzedniej edycji słów kilka na temat wizji na przyszłość.
Poniżej kilka nowych “możliwości” PMnO w sezonie 2010, które albo już udało nam się wprowadzić w życie, bądź też są w fazie “domykania”.
1. Puchar Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na dystansie 50km (PMnO TP50) - pomysł, który nabrał kształtów tuż po Nocnej Masakrze, gdy okazało się, że na rajd odbywający się w tak trudnych, zimowych warunkach na trasę 50km zgłosiła się prawie setka chętnych! To był wyraźny sygnał, że istnieje zapotrzebowanie na krótszy dystans niż klasyczne 100km. Oczywiście, setka zawsze będzie przyciągać chętnych do zmierzenia się z samymi sobą i poznania granic swych możliwości - ale przecież jest wiele osób, które chciałyby pobawić się w rajdowanie, ale przeraża ich dystans. Niestety w setkach nie ma półśrodków - albo startujesz na 100km albo w ogóle. Dla przykładu, w bieganiu na ulicy jest inaczej, mamy tam dystanse od 5 do 42km (i oczywiście więcej), dzięki czemu nawet początkujący może spróbować swych sił i ukończyć wybrane przez siebie zawody.
Od jakiegoś czasu jednak organizatorzy setek i nie tylko, zaczynają wprowadzać krótsze trasy, które cieszą się coraz większą popularnością. To właśnie ci ludzie będą później próbować swych sił na klasycznym dystansie 100km. Głównymi założeniami PMnO są: uatrakcyjnienie współzawodnictwa w Pieszych Maratonach na Orientację oraz promocja PMnO w różnych środowiskach (ustęp z regulaminu PMnO). I to są właśnie dwa powody, dla których powołaliśmy do życia Puchar Polski TP50. Mamy nadzieję, że ta inicjatywa się przyjmie i w kolejnych latach uczestnicy TP50 będą próbować swych sił na dłuższych trasach. Pierwsze zawody z tego cyklu już w ten weekend - zapraszamy na Skorpiona!
2. Mistrzostwa Polski - to musiało się w końcu stać! Mamy całkiem fajnie rozwijający się Puchar, a teraz czas na Mistrzostwa! Żeby uniknąć przykrych doświadczeń z poletka rajdów przygodowych najpierw w debacie pomiędzy samymi zainteresowanymi (czyli organizatorami) przeprowadziliśmy ankietę, czy w ogóle taka impreza jest potrzebna? Początkowo tylko jedna osoba była przeciwna, w końcu jednak wszyscy wyrazili zgodę na organizację Mistrzostw Polski. Podstawową zasadą przyznawania rangi MP jest jej “przechodniość” - żadna impreza nie ma monopolu na organizację MP. Biorąc pod uwagę historię i tradycję organizacji setek w Polsce, pierwszymi Mistrzostwami będzie kwietniowy Harpagan (2010), a w kolejnym roku Kierat (2011). W kolejnych miesiącach ustalimy zasady przyznawania tego tytułu na kolejne lata. Tutaj liczę na Waszą pomoc, macie pomysły jak można sprawiedliwie wyznaczyć kolejnego gospodarza MP?
3. Forum internetowe: pk4.pl/forum - utworzyłem specjalny dział PMnO, w którym można zgłaszać uwagi i propozycje zmian w Pucharze (poza tym jak zawsze możecie pisać do mnie na adres: grzegorz.luczko@gmail.com). Znajduje się tam również “tajemna loża” dla członków Kapituły PMnO, w tym miejscu łatwiej będzie nam dyskutować nad przyszłością PMnO.
Mamy nadzieje, że zarówno Puchar TP50 jak i Mistrzostwa Polski jeszcze bardziej uatrakcyjnią nasze setkowe środowisko! Poniżej lista spraw, w których będziemy potrzebować Waszej pomocy:
1. Logo PMnO, PMnO TP50 oraz Mistrzostw Polski - w celu popularyzacji PMnO potrzebujemy ładnych graficznych znaków, które będą reklamowały Puchar na stronach rajdów wchodzących w skład cyklu. Poza tym choć PMnO jest już projektem rozpoznawalnym w środowisku rajdowym, to niestety nie dorobił się swojej graficznej reprezentacji. Czas to zmienić! I tu właśnie jest zadanie dla Was! Najpierw słówko o tym, co Wy będziecie mieć z tego, że zrobicie pucharowe logo - satysfakcję z faktu, że uczyniliście coś dla naszej rajdowej społeczności, poczucie dumy, ilekroć zaglądać będziecie na stronę Pucharu, czy imprez wchodzących w jego skład i oglądać będziecie Wasze dzieło oraz nieco materialnych korzyści. Co do tych ostatnich nadal trwają ustalenia - na pewno spodziewać się możecie kilku darmowych wpisowych na wybrane rajdy (postaramy się zdobyć dla Was darmowe wpisowe na wszystkie kolejne imprezy począwszy od kwietniowego Harpagana, ale nic obiecać nie możemy…).
KONKURS
Jak widać, jest się o co starać! A teraz krótko o tym, co Wy musicie zrobić, krótko, bo to naprawdę prosta sprawa - musicie zrobić naprawdę fajne logo dla Pucharu Polski w setkach (to samo dla Pucharu TP50 jak i dla setek - z opcjonalnym, graficznym rozróżnieniem na dystans) oraz dla Mistrzostw Polski. Format 1:1 lub 2:1, plik zapisany jako .jpg (zwycięska praca powinna zostać dostarczona jako plik wektorowy). Termin nadsyłania prac: 10 marzec. Loga wysyłajcie na adres: grzegorz.luczko@gmail.com. Wyboru najlepszych prac dokonają sami zainteresowani, czyli uczestnicy rajdów wchodzących w skład PMnO.
Dla zwycięscy czekają darmowe wpisowe na:
Rajdzie Dolnego Sanu, Kieracie, Grassorze, Wielkopolskiej Szybkiej Setce, Funex Orient- Bike and Run, Izerskiej Wielkiej Wyrypie oraz Nocnej Masakrze!
To byłoby na tyle. Spraw jest jeszcze kilka, ale wypunktowałem tylko te najważniejsze. Staram się trzymać zasady, powolutku cały czas do przodu. Do tej pory Puchar rozwijał się właśnie w ten sposób i chyba nie mamy na co narzekać. Za rok będzie jeszcze lepiej!
Oczywiście śmiało wypisujcie swoje uwagi i propozycje zmian!
PS. Autorką zdjęcia jest Anna Podraza.
Popularity: 39% [?]
6 luty | Grand Prix Poznania na 5km: Relacja
Dla odmiany - od długiego dystansu, zmagań ze śniegiem, porywistym wiatrem i ślamazarnym nieco tempem poruszania się na
rakietach - wystartowałem dziś w biegu na 5 kilometrów. Aktualnie przebywam w Poznaniu i z racji tego faktu częściej będę uczestniczył w tego typu krótkich imprezach biegowych. W przyszłym miesiącu, jak dobrze pójdzie, to załapię się na 3 kolejne biegi - 5km na kolejnej odsłonie Grand Prix w biegach przełajowych (20 marzec), 10km na maniackiej dziesiątce (13 marzec) oraz na półmaraton poznański (28 marzec). Marzec stał będzie więc pod znakiem szybkiego biegania (i jazdy na rowerze - przygotowania do AT czas zacząć!).
Wracając jednak do dzisiejszego biegu… W mojej dotychczasowej “karierze sportowej” w klasycznym biegu ulicznym wystartowałem raptem raz, podczas półmaratonu szczecińskiego w roku 2008(czas: 1:40:26). Wcześniej był jeszcze trail running (jakieś 7km w 32 minuty) przed Wertepami w 2008 oraz nieformalny bieg na 10 kilometrów podczas zeszłorocznego K10 (42:22).
Nigdy natomiast nie biegłem jeszcze na tak krótkim dystansie, od kiedy zacząłem startować w rajdach. Kiedyś owszem, zdarzyło mi się pobiec 2 kilometry, to było jeszcze w podstawówce, musiałem pojechać na te zawody, żeby dostać szóstkę z wuefu, miałem sukcesy w sprincie, ale brakowało mi zaliczeń z biegania na kilometr. Trener wymyślił sobie, że zamiast biec na lekcji sprawdzian, mogę pojechać na jakieś zawody. I to chyba właśnie w tym czasie na długo znienawidziłem bieganie… Później mi oczywiście przeszło - inaczej nie byłoby PK4, nie byłoby tych rakiet tydzień wcześniej, cholera, wielu naprawdę fajnych rzeczy by nie było…
Trasa poprowadzona była wokół jeziora Rusałka - fajna, pięciokilometrowa pętelka. Wiosną musi być tu naprawdę uroczo, dziś zresztą również było bardzo przyjemnie - mroźno i słonecznie, nic tylko biegać! Szybko. Bo piątka to nie kalkulacja, to wyciskanie z siebie maksa. Założenia przedstartowe oczywiście ambitne - nie może być inaczej. Nie jestem biegaczem, nie rwę tych sekund i nie śrubuję życiówek, więc przy ustalaniu celu idę po prostu na żywioł - chciałbym nabiegać poniżej 20 minut, jak się uda, to będzie super, jak nie, to też pewnie będzie fajnie.
Start się chwilę opóźnia. Do ostatniej chwili dobiegają kolejni zawodnicy, oficjalnie pobiegnie około 370 osób! Staram się ustawić jak najbliżej czoła peletonu - nie mam ochoty później przez kilka minut przedzierać się przez ten tłum biegaczy. 10..9…3…2…1… Ruszamy, obijając się o siebie. Standard, zanim to wszystko się rozbuja minie trochę czasu. Na trasie jest bardzo wąsko. Z trudem przeciskam się pomiędzy kolejnymi zawodnikami. Z utęsknieniem czekam chwili kiedy będę mógł przyśpieszyć, a ta wciąż nie nadchodzi. Nie biegnę szybciej niż 4:30 na kilometr - po prostu nie ma szans, żeby rozpędzić się do takiej prędkości.
Pierwszy kilometr to bieg stosunkowo szeroką, ubitą drogą. Jednak aby wyprzedzać konkurentów przede mną, zmuszony jestem wbiegać na pobocze i deptać w nieprzetartym śniegu. Jest to wyjątkowo nieprzyjemne. Pierwsze 1000 metrów robię w 4:46. Wolno, ale przynajmniej czuję się bardzo dobrze, może uda mi się odrobić dalej? Dalej wcale jednak nie jest lepiej… Ścieżka zwęża się na szerokość jednego zawodnika, po bokach śnieg.
Taktyka choć prosta, to bardzo wyczerpująca. Czekam na odpowiedni moment i przyśpieszam gwałtownie, wyprzedzam jednego, dwóch przeciwników i wpadam na plecy zawodnika przede mną. Nie chcąc potknąć się o jego stopy, zwalniam i znów przyczajony czekam na dogodny moment do ataku. Drugi kilometr przebiegam w 4:17. Dalej za wolno, ale tym się już nie przejmuję - w tych warunkach nie mam szans połamać 20 minut, to raz. A dwa - brakuje mi szybkich treningów, nie czuję się na siłach przebiec całego dystansu w tempie 3:5x na kilometr.
Pomiędzy drugim, a trzecim kilometrem robi się coraz luźniej. Grupki biegaczy biegną w większych odstępach. Żeby jednak przyśpieszyć, trzeba wyprzedzić taką 5-6 osobową zbitkę ludzi. Trwa to dłuższą chwilę i zabiera sporo sił. Tętno sukcesywnie rośnie w górę - serducho wali już w rytmie ponad 190 uderzeń na minutę. Czuję się nieźle. To rwane tempo i przymusowe odpoczynki za plecami innych zawodników nie pozwalają mi się zajechać.
Trzeci kilometr przebiegam w czasie 4:20 i od tego momentu stopniowo zaczynam przyspieszać. Na trasie jest już naprawdę sporo miejsca i wyprzedzanie nie jest tak męczące jak do tej pory. Cały czas wyprzedzam kolejnych zawodników, sam nie będąc wyprzedzanym. To dodaje skrzydeł, choć zmęczenie wciąż narasta. Czwarty kilometr pokonuję w 4:27 (czasy rzeczywiste mogą się nieco różnić, nie zawsze udawało mi się co do metra wciskać “lapa” na Garminie) i zbieram siły na finisz! Konkurenci z przodu wydają się opadać z sił, a ja stale dokopuję się do coraz głębszych rezerw, dociskam jeszcze mocniej i mijam kolejnych uczestników biegu.
Gdzieś w oddali dostrzegam już metę! Spinam się jeszcze mocniej i na ostatnich metrach wyprzedzam jeszcze dwóch biegaczy. Dociskam już na maks - nie chcę mieć później do siebie pretensji, że mogłem dać z siebie więcej, daję więc wszystko, na co mnie dzisiejszego dnia stać(teraz pisząc te słowa oczywiście myślę, że można było wycisnąć z siebie jeszcze więcej, ale kto by wierzył “kanapowej perspektywie”!) i wycieńczony przekraczam linię mety… Czas: 21:30.
Zadowolony jestem jak diabli - czas oczywiście mógłby być lepszy, ale na te warunki plan wykonałem prawie na maksa. Już nie mogę się doczekać marcowego biegania!
PS. Byłem ostatnio na łyżwach, na Bogdance, gdyby ktoś chciał potrenować jazdę, to zapraszam do wspólnych treningów.
PS2. Autorką zdjęć jest Bernadetta Lipińska.
Popularity: 38% [?]
1 luty | Zimowa Próba Charakteru rakiety.pl: Podsumowanie
Przecierając szlak przy podejściu na Szrenicę zdałem sobie sprawę, że pokonanie całej trasy w tych warunkach będzie morderczym wysiłkiem. Sypał śnieg, a ja mozolnie podchodziłem coraz wyżej, z wolna akceptując fakt, że kolejne 48 godzin spędzę brodząc w śniegu i walcząc o każdy kolejny kilometr. Czy pokonanie 145 kilometrów w warunkach zimowych jest w ogóle wykonalne? Wielu w to wątpiło, z miejsca odpowiadając krótkim: NIE, to niemożliwe. Przed startem byłem optymistą - teraz, mądrzejszy o doświadczenia z ostatniego weekendu, jestem po prostu realistą.
Dlaczego się nie udało?
Nie znoszę mówić ani sobie, ani nikomu innemu: to niemożliwe. Nie wiem co jest, a co nie jest możliwe. Mało kto to wie i między innymi dlatego ludzi przyciągają podobne inicjatywy w stylu Zimowej Próby Charakteru. Niemożliwe. Niewykonalne. Te słowa przyciągają jak magnes. Zawsze znajdzie się ktoś gotów udowodnić, że to nie prawda. Czasem brakuje mi pokory wobec wyzwań, którym stawiam czoła. I tak też było tym razem. Wiedziałem na co mnie stać, wiedziałem, że jestem w stanie pokonać taki dystans jak 145 kilometrów, już raz udała mi się ta sztuka. Kończyłem też wiele innych imprez na długim dystansie i w różnych warunkach. Byłem przekonany, że i fizycznie i psychicznie jestem przygotowany na trudności, które napotkam na trasie.
Okazało się jednak, że to za mało. Warunki, z którymi przyszło nam się zmierzyć na grani Karkonoszy pokazały nam kto rządzi w starciu człowiek VS natura. Nadciągający zmrok i nasilający się wiatr w okolicach Śnieżki sprawił, że z wolna zacząłem tracić nadzieję na dalszą kontynuację Próby. Dochodząc do kulminacyjnego punktu grani Karkonoszy - Śnieżki, wiedziałem, że to koniec. Ale nie dlatego, że nie mieliśmy sił, aby kontynuować dalej marsz, ale dlatego, że warunki były tak fatalne, że stało się to wręcz niemożliwe. Pokonał nas zmrok oraz huraganowy wiatr. Obiecałem sobie jednak, że nie będę narzekał na warunki - wszak to była Zimowa Próba, a jeśli tak, to spodziewać się należało wszystkiego.
I to nic, że dwa dni później nad Szklarską Porębą świeciło słońce, a na niebie nie było ani jednej chmurki. My trafiliśmy na katastrofalne warunki, ale to były “nasze” warunki, w których przyszło nam się sprawdzić. Nie narzekam więc na pogodę. Tak naprawdę pokonał nas brak czasu. Start, początkowo planowany na godzinę 8 rano, opóźnił się o prawie 1,5 godziny. Teraz, z perspektywy czasu, wiem że wystartować należało jeszcze wcześniej, co najmniej o 6 rano. Tak, żeby wykorzystać jak najwięcej światła dziennego. Zabrakło nam właśnie tych kilku godzin, żeby wejść i zejść ze Śnieżki uciekając przed wiatrem w las. Tam w lesie, nie tylko nie wieje tak mocno, ale i łatwiej znaleźć szlak - niestety na krótkim odcinku za Śnieżką, do schroniska Jelenka, nie ma traserów. Znalezienie szlaku nocą, przy bardzo silnym wietrze byłoby zadaniem w zasadzie niemożliwym (w zasadzie, bo teraz oczywiście zastanawiam się jakby to było gdyby wyjść w tą ciemną huraganową noc…).
Czy to jest w ogóle wykonalne?
Tym razem nie mam do siebie pretensji o podjęcie decyzji o rezygnacji. To zawsze jest trudna decyzja, ale tym razem nie miałem wątpliwości - zwyciężył zdrowy rozsądek. To jednak nie zmienia faktu, że czuję spory niedosyt. Nastawiłem się na walkę do końca limitu. Nie miałem w planach poddawać się po 8 godzinach od startu… Czasem jednak, jak się okazuję, tak trzeba. Nie odpowiedziałem jednak na pytanie postawione na początku tekstu: czy pokonanie 145 kilometrów w warunkach zimowych jest w ogóle wykonalne? Moim zdaniem: TAK! Nawet w takich warunkach, które zastaliśmy w Sudetach w ten weekend, czyli: huraganowy wiatr, kiepska widoczność i nieprzetarty szlak w Karkonoszach oraz spore ilości śniegu zalegające w Rudawach (szlak oczywiście nieprzetarty).
Nie wiem czy jest w stanie podołać temu jedna osoba, jestem natomiast przekonany, że zespół złożony z 3-4 mocnych, doświadczonych rajdowców jest w stanie pokonać taką trasę i dokładnie w tych warunkach - które idealnie wpasowały się w moje wyobrażenie klasycznie zimowych okoliczności. Nie mam pojęcia ile czasu może im to zająć, wiem jednak, że to jest możliwe! Dlatego też pojawię się w Szklarskiej za rok! Żeby znów spróbować, być może kolejny raz mi się nie uda, ale będę tam wracał dopóki dopóty pokonam cały ten dystans!
Widzimy się za rok!!
Większość uczestników tegorocznej Próby już zapowiedziała się na kolejny rok i mam szczerą nadzieję, że pojawimy się tam w takim samym składzie - bo atmosfera i w bazie i na trasie była fantastyczna. To jeden z powodów, dla których wróciłem ze Szklarskiej taki zadowolony i naładowany pozytywną energią, i nawet jeśli gdzieś pałętała mi się ta myśl o porażce i niedosycie to zagłuszały je te wspólne przygody, które przeżyliśmy tego weekendu. Tak właśnie trzeba podejść do ZPCH - jako bardziej przygody i akcji górskiej niż typowego rajdowania. Cieszę się, że mogłem wspólnie z Markiem zorganizować dla Was to spotkanie - dla organizatora nie ma chyba lepszej zapłaty za swój trud niż zadowolenie uczestników. Kto nie był, niech żałuje!
Tak jak napisałem wyżej - wracamy do Szklarskiej ponownie za rok, aby podczas Zimowej Próby Charakteru 2011 znów spróbować swych sił w starciu z naturą, na razie przegrywamy 0:1 i koniecznie trzeba będzie jej się zrewanżować! Chcielibyśmy podjąć się nieco bardziej formalnej organizacji kolejnej edycji - w tym roku większość spraw załatwialiśmy na ostatnią chwilę, przez co do końca nie byliśmy pewni jak to wszystko będzie wyglądać, poza tym było trochę chaosu, nie przewidzieliśmy pewnych trudności logistycznych (choćby problem z dojazdem na start). Ostatecznie jednak okazało się, że tam gdzie fajni ludzie i pozytywna energia, tam i dobra zabawa!
I tego na pewno będziemy chcieli się trzymać - będzie nieco bardziej formalnie, ale nie chcemy utracić tego fantastycznego, kameralnego klimatu naszej imprezy (chłopaki już pędzą nalewki z pigwy i malin na kolejny rok!
), dlatego też wprowadzimy limit zgłoszeń (to również, a może i przede wszystkim względy bezpieczeństwa). Do startu w ZPCH 2011 zakwalifikujemy jakieś 20-30 osób podzielonych na kilkuosobowe zespoły. Oczywiście wszyscy uczestnicy tegorocznej edycji mają zapewniony udział za rok, nie martwcie się! A kolejne miejsca pewnie rozejdą się raz, dwa - kto by nie chciał spróbować swych sił z niemożliwym, a przy okazji nie chciał spędzić miło weekendu w górach? No kto?
.
Na koniec chciałbym serdecznie podziękować Wam wszystkim, uczestnikom Zimowej Próby Charakteru - za przyjemny czas, który spędziłem w Waszym gronie oraz wspólne zdobywanie kolejnych kilometrów podczas tego prawdziwie ekstremalnego piątku, Markowi za “współudział” w organizacji ZPCH, Monice - która tak dzielnie wspomagała nas na miejscu, Uli, która przeprowadziła genialną relację trzymającą w napięciu do samego końca, tym wszystkim ludziom, którzy wydatnie pomogli nam w organizacji ZPCH, firmie rakiety.pl, która użyczyła nam świetnych rakiet (faktycznie takie były, nawet nie muszę nic ściemniać, uff
) oraz Wam kibicom przed monitorami, którzy emocjonowali się losami naszej parszywej trzynastki. Jeszcze raz wielkie DZIĘKI!
Do zobaczenia za rok!!!
PS. Chętnie wysłuchamy wszystkich uwag nt. tegorocznej “organizacji” (cudzysłów, bo w tym roku nie organizowaliśmy przecież ZPCH
) i pomysłów na przyszłość! Szczególnie liczę na wypowiedzi uczestników!
PS2. Wkrótce umieścimy zdjęcia - mamy ich całkiem sporo! Jest też szansa na jakiś zgrabny film, o ile Monika (mamy w teamie jeszcze utalentowanego montażystę Sahiba, może on podejmie się tego zadania?) znajdzie chwilę na montaż (absolutne hity to: śpiew Marka oraz anegdotka o ergonometrze, również Marka
- co prawda nie wiem, czy te materiały znajdą się w publicznym obiegu, jeśli nie to, musicie przyjechać za rok, żeby zobaczyć to na żywo
).
PS3. Tak na przyszłość - o ZPCH porozmawiać można również na forum imprezy.
Popularity: 63% [?]
« Nowsze wpisy — Starsze wpisy »


O mnie: