6 maj | Historia zatoczyła koło

Historia zatoczyła koło. Znów jestem słaby.
Boli mnie prawe kolano. Lewe przeszło, teraz dla równowagi „odezwało się” to drugie. Nie biegałem przez 2 tygodnie. Ostatnio zrobiłem 2 krótkie treningi, i gdy wydawało się, że wszystko zmierza ku dobremu, dziś znów zaczęło mnie boleć. Przebiegłem jakieś 500 metrów i zatrzymałem się, przecież to bez sensu zaciskać zęby jak boli i biec dalej.
Zacząłem od koła – od czasu mojej przeprowadzki do Poznania mam strasznie nierówną formę. Po słabszym okresie w lecie, udało mi się przygotować do maratonu, biegło mi się świetnie i zrobiłem fajną życiówkę (3:24). A później zaczęły się te wszystkie problemy. W międzyczasie udało mi się zrobić kilka fajnych wyników, na Nocnej Masakrze (50km), na Włóczykiju (50km), nowa życiówka na 10km.
A teraz wróciłem do punktu wyjścia, a może jest nawet jeszcze gorzej niż we wrześniu… Wtedy przynajmniej nic mnie nie bolało, a teraz? A teraz nie mogę nawet biegać, choć motywacji mi nie brakuje. Przez te wszystkie lata mniej lub bardziej regularnych treningów nie miałem do czynienia z taką sytuacją, owszem zdarzały mi się przerwy – ale wynikały one tylko i wyłącznie z braku motywacji albo lenistwa. Nigdy nie miałem problemów z kontuzjami.
Ten stan, w którym znajduję się obecnie jest dla mnie totalnym novum (żeby trzymać się faktów, 2 lata temu po powrocie z Maroka miałem problemy z zatokami, które na prawie 3 miesiące wyłączyły mnie z treningów, ale zatoki a kolana to dwie różne bajki). Ogarnia mnie frustracja, bo nagle zostało mi odebrane coś, co sprawiało mi tak wielką przyjemność (OK, próbuję zwalić winę na nie wiadomo kogo, tak jak gdybym to ja nie mógł zadbać o swoje kolana…). Kolejne plany i pomysły startów przepadają, a ja zostaję z tym pieprzonym bolącym kolanem.
Robię przerwę, nie będę kombinował. Muszę wyleczyć się zupełnie.
Kurwa mać. Ale będzie jeszcze dobrze!
Popularity: 62% [?]
22 kwiecień | Po pół roku działalności NBR…
Dziś mija 6 miesięcy od godziny zero (tekst pisany 19 kwietnia), czyli startu mojego sklepu dla biegaczy Natural Born Runners, jak mógłbym podsumować ten czas? Startowałem z głową wypełnioną wizją, którą w skrócie można by opisać następująco: „rób to, co kochasz, a będzie dobrze!”. Jest dobrze? Jest, ale jednocześnie zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałem pół roku temu.
Pamiętam jak bodaj w lipcu czy sierpniu rozmawiałem z Jankiem Kaseją z Ergo, narzekał trochę na nawał pracy, a później jeszcze na duży stres związany z prowadzeniem własnej firmy. Przyznam, że wtedy nieco lekceważąco podszedłem do jego słów, pomyślałem, że może chce mnie nieco zniechęcić do tego pomysłu, w końcu miałem stanowić dla niego, co prawda nie bezpośrednią, ale jednak pośrednią konkurencję (tu mała uwaga, bardzo lubię Janka i Macieja Kasejów, mają fajny pomysł na biznes, wydaje mi się, że myślimy podobnie). I co się okazało?
Janek miał rację! O tak, miał cholerną rację. Piszę te słowa, gdy na zegarze wybija 22:30, dziś spędziłem cały dzień w pracy i już mam dość. Serdecznie dość! Żeby nie było, że jestem tak naiwny, wiedziałem, że czeka mnie wiele pracy, ale że aż tyle? OK, jestem perfekcjonistą, chcę, aby mój sklep był najlepszy. Dlatego dopieszczam go cały czas, wprowadzam mniejsze i większe poprawki, mam tysiąc pomysłów na minutę, które nie zawsze mam czas wprowadzać w życie.
Poza tym własny biznes to kolejne możliwości, które otwierają się w zupełnie niespodziewanych momentach. Jeśli sam jesteś sobie sterem, to masz do dyspozycji masę możliwości i tylko od Ciebie zależy jak je wykorzystasz. Banałem byłoby stwierdzić, że im więcej pracy/wysiłku włożę w swój biznes, tym większe zyski zanotuje na koncie. Bo to niezupełnie tak wygląda. Nie liczy się ilość pracy, a jej jakość. Dobry pomysł, zwłaszcza, że pracuję w sprzedaży. Nie chodzi o to, żeby harować jak wół, ale żeby produktywnie wykorzystać dany czas.
Te możliwości, ta wolność w pewnym momencie mogą przytłoczyć. Jestem sobie szefem? Super. Ale czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę i zaczepić się gdzieś na etacie (te myśli przychodzą bardzo rzadko i bardzo szybko ekspediuję je ze swojej drogi baaardzo daleko od siebie!). Dlaczego? Odpowiedzią niech będzie jedno słowo: STRES. Tak, jeśli wszystko spoczywa na Twoich barkach, to stresu nie unikniesz. Dużego stresu. Tutaj nie ma pewności, zbliża się koniec miesiąca? Nie, wcale na Twoim koncie nie pojawi się wypłata!
Nigdy nie wiem ile zarobię, i czy zarobię. Teraz, po nerwowym początku, jest ok, zamówienia „spływają” dość regularnie, można wysnuć całkiem realne prognozy, ale początek był cholernie stresujący. Ta huśtawka nastrojów, jest zamówienie? Super! Nie ma? Do dupy z tym wszystkim! Uczę się dystansować wobec tego, ale początek był ciężki.
Ok, dość smętów! Bo, jak się domyślacie, ostatecznie ja naprawdę kocham swoją pracę! Jasne, że jest dużo pracy, ale pracy, którą lubię wykonywać (oczywiście, że są pewne rzeczy, których nie lubię, im sklep bardziej się rozkręca, tym tych rzeczy jest więcej. Np. problemy z realizacją zamówień, wymianą towaru itp.), jest stres? A gdzie go nie ma? Patrzę na życie jako niekończącą się lekcję, własny biznes to przyśpieszony kurs życia! Warto tego spróbować.
Lubię rozmawiać z klientami, sprawdzać sprzęt, udoskonalać sklep, wprowadzać poprawki. Podoba mi się to dążenie do perfekcji, ten nigdy nieustający proces. Zawsze można zrobić coś lepiej. Nie odbębniam niczego byle przetrwać do 16 czy 17 – wkładam w to, co robię całe serducho. I to się sprawdza! Po tych kilku miesiącach dorobiłem się wielu zadowolonych klientów, którzy doceniają bezpośrednie podejście i obsługę klienta na wysokim poziomie (oczywiście, że nie udało mi się uniknąć błędów, często może za bardzo biorę sobie do serca takie sytuacje, ale zawsze staram się wyciągnąć lekcję i nie popełniać ich po raz kolejny). Ci klienci już wracają. I to mnie cieszy najbardziej. Chciałem i nadal chcę, aby Natural Born Runners był takim sklepem, w którym po prostu lubi się robić zakupy.
Co dalej? Bez zmian! Coraz lepiej znam branżę, swoich klientów i ich potrzeby, Natural Born Runners przez kolejne 6 miesięcy będzie kontynuował strategię zapoczątkowaną w październiku, chcę stworzyć najlepszy sklep dla biegaczy w polskim internecie. Gdy 4 lata temu zacząłem prowadzić PK4 gdzieś ta idea ciągłego rozwoju cały czas mi towarzyszyła. Przez ten czas zdążyłem poznać swoje ograniczenia, wiem, że pewnego pułapu nie przeskoczę, choćbym bardzo się starał. Ale wiem też, że jutro możesz być odrobinę lepszy niż byłeś wczoraj. Nawet jeśli myślisz sobie, że ta malutka zmiana nic nie znaczy, to w perspektywie roku i dłużej właśnie takie małe kroczki robią WIELKIE zmiany.
OK, kończę. Lecę pod prysznic. Wezmę ze sobą moją nową kurtkę, dostałem kurtkę Stormpack Newline do testowania. Jak myślicie? Po ilu minutach pod prysznicem zacznie przemakać?
.
Co Wam się podoba w NBR? A co byście zmienili?
Popularity: 67% [?]
10 kwiecień | Półmaraton poznański 2011: Relacja

Stoisz na linii startu (tak naprawdę to dobrych kilkadziesiąt metrów przed nią), słońce ogrzewa Ci twarz i wspominasz te wszystkie mroźne dni minionej zimy. Zastanawiasz się kiedy skończyły się te znienawidzone mrozy i kiedy zaczął się ten wcale nie bardziej przyjemny upał. Bo przecież bieganie, gdy termometr wskazuje kilka stopni poniżej zera jest całkiem przyjemne, ale kilkanaście stopni ciepła i prażące słońce? Nie! To wcale nie jest fajne!
Atak na kolejną życiówkę
Miałem swój ambitny plan nabiegania 1:28:xx w półmaratonie. Gdy staję na linii startu biegu ulicznego zawsze mam w głowie ambitny, zwykle nad ambitny cel, zawsze! I nie to, że tak mnie wciągnęła pogoń za tymi sekundami urywanymi z życiówek. Po prostu lubię ładne liczby. 39 minut na 10 kilometrów. 89 minut w półmaratonie. A to 1:28? 2 tygodnie przed poznańskim półmaratonem – na którego linii startu tymczasowo stoję i rozmawiam z Tomkiem Kowalskim – pobiegłem Maniacką Dziesiątkę. Udało mi się nabiegać życiówkę – 39 minut i 44 sekundy.
Z wyniku byłem wielce dumny, w końcu to jest szczególna chwila dla każdego biegacza, połamanie tych magicznych 40 minut na 10 kilometrów. Duma więc mnie rozpierała, a i plan na półmaraton wykluł się całkiem konkretny. Raz dwa policzyłem, że zacznę „połówkę” całkiem spokojnie tak, żeby 10km przebiec w 42 minuty i 30 sekund. A w drugiej części się przyspieszy, pomyślałem.
Dywagacje nt. temperatury
Stoję więc z Tomkiem w naszym sektorze, niedaleko pacemakera na 1:30 (cwany plan utrzymania się z nim do połowy, a później szalona ucieczka w kierunku mety) i czekam na start… No i poszli! Pierwszy kilometr jest z górki. Jest trochę mijanek wolniejszych biegaczy, trochę zwalniania, trochę przyspieszania. Wychodzi 4:30min/km. Luz. Przecież to początek, nie ma co się spinać. Jest ciepło, nad wyraz ciepło, a my zupełnie nieprzygotowani do takich temperatur, bo zresztą jak? Gdzie i kiedy? Zima niedawno puściła, słońce dopiero co przyzwyczaja nas do swojego ciepła…
Biegnę w krótkich spodenkach, pierwszy raz tego roku. To był dobry wybór – jak widzę biegaczy w długich leginsach to robi mi się słabo. W taki ukrop?! Tymczasem dobiega do nas Bela, czyli Łukasz Belowski. We trzech pobiegliśmy razem 50km na Nocnej Masakrze. Teraz nasze drogi spotykają się na półmaratonie. Bela to kiler, tydzień wcześniej nabiegał 1:23 w Warszawie. Dziś biegnie „rekreacyjnie”.
Noga „nie podaje”
Mija 3-4-5 kilometr, a mnie noga „nie podaje”! Nic a nic! Przypominam sobie zeszłoroczny półmaraton, ten sam zresztą, w tym samym miejscu. Przebiegamy Garbary a ja sobie myślę co jest grane?! Biegnę dużo wolniej niż na Maniackiej, a mnie już zatyka. Już, po kilku kilometrach! Tymczasem jednak utrzymuję założone tempo po 4:15min/km. Przebiegamy centrum miasta. Ale na 6 kilometrze wiem już, że to nie jest mój dzień…
Może wycof?
Taka myśl przyszła wcześniej, ale teraz nie mam już wątpliwości. Tomek zaczyna mi odbiegać, a mnie dzielnie prowadzi Bela. Nie mam serca go tak hamować. Ja słabnę z każdym metrem, a dla niego to lekka przebieżka. Przychodzi feralny 7 kilometr i w głowie pojawia się myśl, która nie powinna się pojawić „a może by tak zejść z trasy?”. Wiem, że życiówki nie będzie. Wszystko mnie boli, do mety daleko, źle się czuję i w ogóle – życiówki nie będzie!!!
Kryzys straszny. Zwalniam do 4:40min/km. Jest tragicznie. Mówię do Łukasza, żeby biegł i nie marnował czasu ze mną. Zdradzam się z moimi myślami o wycofie i dostaję, wielce słuszny w tej sytuacji, opierdol. Bela ma rację, nie mogę się poddać. Tydzień wcześniej nie poszło mi na On Sight, no i teraz miałbym znów odpuścić? Nie.
Sił brak
Dobiegam do punktu z piciem, zatrzymuję się. Już mi się nigdzie nie śpieszy. W spokoju wypijam 2 kubki power rade i wcinam kilka kostek czekolady. O dziwo, odżywam. Nadal jest kiepsko, ale spinam się i biegnę te 4:30min/km. A do mety jeszcze 12km… Będzie morderczo, myślę sobie i nie mając innej możliwości po prostu biegnę dalej.
Zaczynają mijać mnie kolejni zawodnicy. To deprymujące. Nie mijają mnie pojedynczo – mijają mnie całymi grupami! A ja nie mogę nic zrobić. Czuję tylko bezsilność. Nogi jak z ołowiu, ciężkie, zmęczone. Skasowałem się po 7 kilometrze, a teraz ciągnę już na resztkach sił.
O biegowych haju, którego zupełnie nie czuję
„Nocowałem” przed startem Belę i jego kolegę – Ziemowita, rozmawialiśmy do późna, oczywiście na tematy biegowe. Ziemek biega dla przyjemności, nie liczy się dla niego wynik, a raczej sama przyjemność płynąca z przemieszczania się. Był pod wielkim wrażeniem książki „Urodzeni biegacze”. Ta książka to pean na cześć biegania rozumianego jako wolność. Prawdopodobnie nie potrafię tego wytłumaczyć, ale czasem przychodzi taki moment, w którym biegnąc czujesz się po prostu wolny.
Niesiony siłą własnych mięśni pokonujesz kolejne metry, czujesz się fantastycznie, ogarnia Cię uczucie wolności, niesamowitego luzu. Niektórzy nazywają to biegowym hajem. I gdy Ziemowit tak opowiadał o tym miał iskierki w oczach. Starałem się przypomnieć tę rozmowę i ten stan ducha, był może 15 kilometr, a ja wciąż „zdychałem”. Na nic jednak zdało mi się to wspomnienie – żeby pozwolić sobie na taki luz w bieganiu trzeba być nie tylko świetnie przygotowanym, ale i czuć swój organizm.
Strąciłem poprzeczkę…
Z bieganiem podczas zawodów biegowych jest tak, jak ze skokiem wzwyż. Poprzeczka zwykle ustanowiona jest na granicy Twoich możliwości. I albo ją przeskoczysz, albo ją zwyczajnie strącisz. Strącenie to katorga, jeśli przesadzisz z tempem, to jesteś wypluty z sił. No i ja przesadziłem – zamiast „haju”, przechodziłem mordęgę. Kilometry mijały z wolna. Wlokłem się. Co prawda biegłem na przyzwoity czas w okolicach 1:36-1:37, ale miałem uczucie jakbym ledwo odrywał się od asfaltu.
2 kilometry do mety. Ufff…
Minąłem 19 kilometr. Tutaj zacząłem finiszować, ale to było pół roku temu na maratonie, byłem w niebo lepszej formie, miałem siły na mocną końcówkę. Teraz chcę mieć to po prostu za sobą. Zmęczenie sięga zenitu. Zbiegam w dół w kierunku Malty. Zakręt w prawo i wybiegam nad jezioro. Zostało już naprawdę niewiele. Dopinguje nas sporo ludzi, jest ciepła niedziela. Ludzie odpoczywają, aktywnie. A ja? Rzężę i charczę z wysiłku.
Zostało jakieś 300 metrów, niezgrabnie zbieram się do ostatniego wysiłku. To nie jest mocny finisz, ale przyspieszam, żeby godnie wbiec w ten fantastyczny szpaler ludzi tuż przy mecie (nie startowałem w wielu biegach, ale finisz na półmaratonie/maratonie w Poznaniu jest po prostu genialny!). Spoglądam na zegar, wskazuje godzinę 36 minut i kilkadziesiąt sekund. Chwilę później przebiegam linie mety.
Odkrywanie starej prawdy na nowo
Nie udało się poprawić życiówki. To był pierwszy bieg, w którym nie udała mi się ta sztuka. W gruncie rzeczy ten moment musiał prędzej czy później przyjść, może i dobrze, że stało się to teraz? Nie będę wywierał na sobie już takiej presji. Na 7 kilometrze byłem na siebie okropnie zły, miałem zupełnie inne – dużo większe! - oczekiwania, niestety już wtedy wiedziałem, że nie uda mi się ich zrealizować. To był ten trudny moment, w którym pojawiła się myśl o rezygnacji.
Udało mi się go przetrwać (jeszcze raz dzięki Łukasz!), a na mecie chyba po raz pierwszy tak naprawdę uświadomiłem sobie coś, co wcześniej zdarzało mi się powtarzać bezwiednie – SAMO UKOŃCZENIE ZAWODÓW TO JUŻ SUKCES! I wcale nie piszę tego, by podbudować się po kiepskim występie, tak po prostu jest. Czasem zdarza mi się o tym zapominać w pogoni za kolejnym, lepszym oczywiście, wynikiem. A przecież nie o to tu chodzi. A przynajmniej nie tylko o to…
Zdjęcie: Edyta Torończak
Popularity: 73% [?]
2 kwiecień | On Sight 2011: Relacja
Długo mnie tutaj nie było. Nie wiem więc od czego zacząć, może od tego, że mam wrażenie, że kręcę się w kółko? W tym sensie, że znów chciałbym napomknąć o sprawach ważnych i ważniejszych. O tym, że cały czas brakuje mi czasu, albo może po prostu brakuje mi umiejętności samoorganizacji, jeśli można to tak określić.
Praca na własny rachunek, zwłaszcza, gdy mówimy o pracy w domu, wbrew pozorom nie jest taka fajna, na jaką się wydaje na pierwszy rzut oka. Zostawmy to jednak, może za jakiś czas napiszę kilka słów o tym jak mi się wiedzie przy prowadzeniu Natural Born Runners, a tymczasem wypadałoby zdać relację ze startu w rajdzie przygodowym On Sight. W kolejce jest jeszcze tekst z Maniackiej Dziesiątki, a przecież już jutro rano biegnę po raz drugi w poznańskim półmaratonie. To nie jest więc tak, że nie mam o czym pisać, nie. Blog świeci pustkami z innych powodów. Zostawmy je jednak w spokoju. Wróćmy do Lubniewic…
Byłem tam kiedyś. Uwierzycie, że to było 4 lata temu? Szmat czasu! Zajeżdżamy (ja i Piotrek Szaciłowski) na miejsce późno. Mamy jakąś godzinę z hakiem do startu, a pogrążeni jesteśmy w totalnej rozsypce. Bezładnie pakujemy rzeczy na przepak, ustalamy taktykę i w ostatniej chwili ruszamy na ryneczek, skąd za chwilę wystartujemy na trasę SPEED.
Przypominam sobie poszczególne miejsca, które widziałem 4 lata temu. Jezioro, na którym pływaliśmy rowerem wodnym, domki kempingowe, w których mieściła się baza rajdu, zresztą to ten sam kemping… No i oczywiście ryneczek.
Na 5 minut przed startem dostajemy mapy w ręce. Szybko ustalamy wariant, a po chwili już biegniemy w tłumie czołówek, próbując wydostać się z miasta. Zawsze jestem pod wrażeniem tego momentu przejścia, to dzieje się tak szybko, stoisz na linii startu, odliczasz w myślach sekundy do godziny zero i nagle biegniesz/jedziesz. Tak po prostu.
Początek postanawiamy pobiec razem z zespołem Inov8. Piotrek kontroluje mapę, ja również – nie trwa jednak to zbyt długo. Gdy wpadamy w las nagle w chłopakach odzywa się jakiś dziki szał. Pędzą po krzakach z taką prędkością jak gdyby biegli na 5 czy 10km, a nie startowali w kilkunastogodzinnym rajdzie. Z początku jeszcze jest OK, ale po kilku minutach zaczynam czuć, że się „gotuję”. Po 2km biegu?! Nie jest dobrze.
Tempo jest szalone. No i ten teren, biegniemy po krzakach, zbiegamy po wykrotach, podbiegamy pod strome zbocza. Fantastyczne uczucie nieskrępowanej niczym wolności biegu. Przez chwilę daję się ponieść temu uczuciu, szybko jednak zostaje ono zastąpione przez zmęczenie i myśl „przecież ja tak długo nie pociągnę!”. Dopiero gdy dobiegamy do pierwszego punktu nieco zwalniamy. Początkowy szał minął, próbujemy znaleźć swój rytm.
Ze zdziwieniem, ale i z ulgą odkrywam, że szybko się regeneruję. Spokojne, równe tempo uspokaja mnie. Zbieram siły. Z każdym kilometrem jest coraz lepiej. Podbijamy kolejne punkty i przemierzamy pagórkowate lasy. Cały czas biegniemy w czwórkę, my i Inov8. Głównym nawigatorem jest Marcin Krasuski, który w pokazowy sposób udziela nam lekcji nawigacji. Do rowerów dobiegamy jako 4 team.
Właściwie w tym sezonie nie planowałem startów w rajdach, więc i nie trenowałem roweru. Dopiero gdy jakiś miesiąc przed On Sight dałem się namówić na wspólny start z Piotrkiem, wybrałem się kilka razy pojeździć. Nie czułem się za specjalnie, ale tutaj i tak głównie liczyła się nawigacja, popełniając błędy i tak nie nadrobilibyśmy ich mocną łydką.
Do kolejnego etapu czekał nas prosty przelot. W średnim tempie dojeżdżamy na rowerową jazdę na orientację. Przed nami jakieś 10km scorelaufu.
Po szalonym biegu na orientację wreszcie zaczynam odnajdywać się na mapie – tutaj złamaliśmy tę zasadę, ale generalnie staram się początek robić czujnie, żeby „wejść” na spokojnie w mapę, nie popełnić głupich błędów. Jak wpadnę w rytm, to nawigacja idzie mi sprawnie. No, względnie sprawnie.
Ubrany jestem na lekko. (Kilka słów wyjaśnienia a propos linków – kierują do Natural Born Runners, którego jestem właścicielem, no i jako szef całego projektu staram się sprzedawać to, co z ręką na sercu mogę polecić innym biegaczom/rajdowcom. Jeśli więc linkuję do jakiegoś produktu w NBR to znaczy, że jestem w pełni przekonany o jego jakości) Ciepła koszulka Crafta, bluza New Balance i na to kamizelka od bluzy Dobsom R90. Przy tej temperaturze, kilka stopni powyżej zera, bez deszczu, jest idealnie. A przynajmniej jest do czasu…
Nawigujemy czujnie. Liczymy odległości, często spoglądamy na mapę. Punkty wchodzą gładko. To cholernie motywujące, gdy nawigacja idzie bez problemów. Oczywiście do czasu. Mijamy skręt w prawo, pakujemy się niepotrzebnie w las z rowerami, błądzimy kilka minut i.. i wracamy z powrotem na drogę. Po chwili znajdujemy właściwe odbicie i mamy PK. No nic, takie błędy wpisane są w rajdowanie.
Etap kończymy razem z chłopakami z PocoLoto AT (Tomkiem i Karolem) na 5 miejscu, czyli jest dobrze. Przed nami 10km bieg na orientację. Kilkanaście PK do podbicia i wymagająca nawigacja. Znów trzeba być czujnym – zresztą, od pierwszy kilometrów On Sight wymagał dużego skupienia. Mimo że trasa liczyła tylko 140km to był to bardzo wymagający rajd – właśnie pod względem nawigacji. No i oczywiście pogody, ale o tym za chwilę.
Na początku biegu żałuję trochę, że zabrałem tę kamizelkę Dobsoma, jest mi zbyt ciepło. Punkty położone są między sobą w bardzo bliskiej odległości, często lecimy po prostu na azymut z jednego PK na kolejny, to był jeden z najfajniejszych odcinków BnO, który przyszło mi „robić” podczas rajdów przygodowych. Trzymamy niezłe tempo, a i punkty wchodzą bez pudła. Dopiero przy pewnej górce mamy niezłą zagwozdkę. Atakowaliśmy punkt od ulicy, bez wyraźnego punktu ataku. Musimy trochę poczesać las i okoliczne wzgórki, żeby w końcu odnaleźć PK.
Tymczasem zaczyna siąpić deszcz, który z czasem przybiera na sile. Tutaj należy się małe wyjaśnienie – do rajdu przygotowałem się, albo raczej nie przygotowałem się totalnie. Wrzuciłem do plecaka kilka batonów, zabrałem picie do bidonów i… i nawet nie wziąłem żadnych suchych ciuchów na przepak. Nie miałem też kurtki. Stwierdziłem, że to będzie krótki rajd, więc polecę go na lekko… I być może ta nonszalancja uszłaby mi płazem gdyby nie ten deszcz…
Gdy nasz wariant poprowadził nas przez pas mokrych choineczek byłem już mokry, a po tej „myjni” byłem po prostu przemoczony. Zrobiło się cholernie zimno. Bieg, owszem, rozgrzewał, ale rower? Gdy do końca etapu zostało już naprawdę nie wiele (w końcówce spotkaliśmy się w kilka drużyn – Lurbel i PocoLoco) zacząłem się zastanawiać co będzie dalej?
Etap kończymy bez zmian, wspólnie z PocoLoco na 5 miejscu. Wsiadamy na rowery i po chwili wiem, że jest źle. O 5:30 nad ranem zwykle jest bardzo zimno – a w przemoczonym ubraniu, przy cały czas mżącym deszczu i podczas jazdy na rowerze jest po prostu cholernie zimno. W perspektywie w zasadzie sam rower, rolki i kajak, czyli etapy, na których trudno się rozgrzać. Trzęsąc się z zimna próbuję przeprowadzić jakąś racjonalną kalkulację. Telepie mną, pada deszcz, jest zimno, do końca rajdu same „zimne” etapy, no i gwóźdż do trumny – brak suchych rzeczy na przepaku. Gdybym miał chociaż kurtkę! A ja tak zupełnie na lekko… Pomstuję na swoją głupotę i… i krzyczę do Piotrka, żeby się zatrzymał.
Piotrek nie protestuje. Wiem, że nie lubi zimna i wcale mu się nie uśmiecha kontynuować rajdu w tych warunkach. Bez zbędnych dywagacji ogłaszamy odwrót w stronę Lubniewic. Po kilku minutach jazdy zsiadam z roweru i biegnę jakiś czas, żeby się rozgrzać, mam skostniałe palce i jest mi bardzo zimno. Nie ma czasu na złość, na poczucie rozczarowania. Te kilkanaście kilometrów drogi powrotnej do Lubniewic pokonujemy telepiąc się z zimna i marząc o tym, żeby się ogrzać.
Złość przychodzi nieco później. Złość, rozczarowanie, zawód. Bo przecież jakkolwiek nie argumentowałbyś wycofu, to wycof pozostaje wycofem. Koniec kropka. Możesz mieć tysiąc powodów, ale koniec końców po prostu nie ukończyłeś zawodów. To jest fakt. Bolesny, cholernie bolesny fakt. Kilka godzin później, snując się na wpół śpiącą po Gorzowie Wielkopolskim w oczekiwaniu na powrotny pociąg to uczucie zawodu trafiło do mnie z podwójną siłą.
Ostatnie 1,5 roku to dla mnie pasmo kolejnych sukcesów. W zasadzie począwszy od nieudanego, hiper nieudanego startu w rajdzie Wisły w sierpniu 2009 roku odnosiłem same sukcesy. Ze startu na start czułem się coraz mocniejszy, byłem coraz bardziej ufny w swoje siły, możliwości. Napisać, że poczułem się zbyt pewnie i to mnie zgubiło to byłby straszny banał, bo wcale tak nie było. Zawsze znałem swoje miejsce w szyku, i w czasach kiedy często zdarzało mi się odpuszczać podczas zawodów, czy kończyć je na przeciętnych miejscach, ale również wtedy, kiedy zacząłem robić dobre wyniki.
Kiedy pojawiły się pierwsze zwycięstwa, czy po prostu rezultaty, z których byłem cholernie zadowolony (ukończone Adventure Trophy na 6 miejscu, czy 11 miejsce na Biegu Rzeźnika). Nie, nie chodziło więc o żadną „wodę sodową”, czy coś w tym stylu. Popełniłem szkolne błędy, po prostu. Nie przygotowałem się do tego rajdu, tak jak powinienem to zrobić. Zgubiło mnie kiepskie zorganizowanie. Nie ma sensu dorabiać do tego żadnej ideologii – popłynąłem na tak oczywistych sprawach jak spakowanie kurtki, czy zabranie suchych rzeczy na przepak (zwłaszcza przed kajakiem, na którym zwykle jest zimno!).
Po porażce na On Sight nie zwątpiłem w swoje siły, nadal czuję, że wreszcie jestem gotów startować na wysokim poziomie. On Sight to był krok w tył, być może potrzebny krok w tył, żeby zrobić dwa kolejne do przodu. I tego właśnie się trzymam. Wyciągam wnioski i po prostu trenuję dalej. A odkuję się już jutro podczas półmaratonu poznańskiego, to będzie mój trzeci start na tym dystansie. Zacząłem od 1:40 w Szczecinie (2008), rok temu nabiegałem 1:33 (2009) w Poznaniu, a jutro?
A jutro liczę na wynik 1:28-1:29…
Zdjęcie: Aleksander Jasik
Popularity: 73% [?]
20 marzec | Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Zawsze uważałem się za przeciętniaka. Co jednocześnie nie przeszkadzało mi mieć dużych ambicji, dążenia do tego, aby być najlepszym. Ta ambicja ewoluowała w czasie, dojrzewała razem ze mną. Zdaję sobie sprawę z własnych ograniczeń, i tych realnych i tych wyimaginowanych. Kolejne lata startów i treningów uczyły mnie coraz więcej o moim organizmie. Poznawałem siebie coraz lepiej, z czasem potrafiłem więc stwierdzić, czy dane ograniczenie jest czymś rzeczywiście nie do przeskoczenia, czy to tylko bariera, którą noszę jedynie w swojej głowie.
Mentalna bariera…
Wystartowałem wczoraj na Maniackiej Dziesiątce, jak sama nazwa wskazuje to uliczny bieg na 10 kilometrów. Pierwszy zawodnik przybiegł na metę po 30 minutach, ja finiszowałem dużo później. Wygrał zawodowiec, z którym nie mam szans się porównywać – choćbym nie wiem jak się starał, nigdy z nim nie wygram. I to nie jest wcale pesymistyczna wizja własnych możliwości, a po prostu realizm. Realizm, który pozwala mi nie zwariować od nadmiaru ambicji. Jasne, że chciałoby się wygrywać, ale wyżej pewnej bariery nie podskoczysz.
Ale reszta? Reszta siedzi tylko w głowie! Na pewno kojarzycie tę słynną historię z „łamaniem” 4 minut w biegu na jedną milę. Sztuka ta udała się Rogerowi Bannisterowi, który przebiegł ten dystans w czasie 3 minut i 59 sekund. Wcześniej podejmowano wiele bezskutecznych prób, a później? A później lawinowo zaczęto biegać ten dystans poniżej 4 minut. Bariera pękła z hukiem.
Dla mnie taką mentalną zaporą w głowie był czas 40 minut na 10 kilometrów. Żeby „połamać” ten wynik musiałem przebiec 10000 metrów w tempie 3:59/km. Przy obecnych poziomie wytrenowania wydawało mi się to niemożliwe, ale jednak! Biegałem już 4:05min/km, więc dlaczego miałbym nie pobiec 3:59min/km? No właśnie, dlaczego nie?! Przecież to tylko kilka sekund…
…którą udało mi się pokonać
Niespełna 40 minut po starcie Maniackiej Dziesiątki wbiegłem na metę. Udało mi się! Czas netto: 39 minut i 44 sekundy. Poczułem się jakbym przekroczył jakąś granicę, wskoczył na kolejny poziom biegowego wtajemniczenia. Nie, nie uważam się już za przeciętniaka, to byłaby przesadna skromność. I nie chodzi tutaj o ten bieg na 10km, ten czas to przyzwoity wynik jak na amatora, ale raczej o pewne nastawienie.
Wewnętrzną pewność, którą zyskałem tym i poprzednimi startami. Te wszystkie biegi na 50km, maraton przebiegnięty w październiku, pokonany Bieg Rzeźnika czy ukończone Adventure Trophy po 3 dobach zmagań. Te wszystkie doświadczenia sprawiły, że inaczej patrzę na siebie i własne możliwości. Fizyczne predyspozycje pozostały na takim samym poziomie co rok i dwa lata temu. Ale mentalnie czuję się o wiele mocniejszy. Łamiąc kolejne bariery w swojej głowie staję się coraz silniejszy. I to jest pozytywna strona medalu, ale medal przecież ma dwie strony…
Dwie strony medalu
Widziałem się ostatnio z siostrą. Różnimy się zasadniczo w kilku kwestiach. Ona nie lubi biegać, po prostu nie znosi tego – ja uwielbiam! (Z prawdziwą pasją musi być tak jak z prawdziwą miłością, jeśli ktoś tego nigdy nie odczuł, to nie wie o czym my w ogóle mówimy). Ona ceni sobie spokój i życie bez narzucania sobie presji w postaci dążenia do jasno określonych wyników – ja wciąż stawiam sobie poprzeczki coraz wyżej i wyżej, gonię za życiówkami, ścigam się sam ze sobą i z innymi.
Dobra zabawa, przede wszystkim!
Krótko mówiąc, jestem ćpunem na permanentnym endorfinowym głodzie. No i to jest ta druga strona medalu, ciągła pogoń za nowymi wyzwaniami, podnoszenie poprzeczek coraz wyżej i wyżej… Wieczne nienasycenie. Boję się tego stanu i mam to cały czas na uwadze – i dlatego, choć wyniki, które uzyskuje są dla mnie bardzo ważne, to uparcie szukam radości w codziennych treningach, staram się czerpać na maksa przyjemność płynącą z pokonywania kolejnych kilometrów. W tych codziennych momentach te życiówki nie są ważne, nie myślę o tym. Nie zaprzątam sobie nimi głowy. I to się sprawdza.
Bo dzięki temu nawet porażki, które są nieuniknione, nie są w stanie odebrać mi tej przyjemności. Bez frajdy, jaką przynosi bieganie samo w sobie te wszystkie wyniki byłyby zupełnie bezwartościowe. Gdyby mnie nie bolały nogi po wczorajszym biegu i rozsądek nie nakazywał odpoczywać, wyszedłbym na trening, bo zwyczajnie na świecie po prostu to bardzo lubię. I tego się trzymam!
Popularity: 55% [?]
« Nowsze wpisy — Starsze wpisy »



O mnie:
