Góry 12183967_855058677943439_2667530779717462830_o

Opublikowany 27 października 2015 | autor Grzegorz Łuczko

4

Łemkowyna Ultra Trail 70km

Włącz muzykę!

*

Połowa lipca. Jedziemy w Karkonosze, a ja mówię sprawdzam. Sprawdzam na ile mnie stać. Jak się za siebie wezmę, ale tak naprawdę, bez ściemy. Bez wymyślania kolejnych wymówek. Bez zaczynania od poniedziałku – tego, następnego i jeszcze kolejnego. Bez tego całego „gdybym tylko się wziął to…” – nic co potencjalne nie istnieje, póki tego nie zrealizujesz.

Liczą się fakty, a nie urojenia. Zszedłem na ziemię i zacząłem zapierdalać.

Wymyśliłem dwa cele: Łemkowynę na koniec października i maraton w Poznaniu dwa tygodnie wcześniej. Czułem, że mam potencjał, żeby biegać mocno w górach – nie wiedziałem co prawda co znaczy to „mocno” i nie wiedziałem na ile mnie stać, ale wiedziałem jedno: interesuje mnie coś więcej niż tylko kończenie zawodów. Chcę się ścigać! Ciężko pracować na treningach i mieć tę satysfakcję, że coś w życiu robię na maksa!

Wieszam poprzeczki na odpowiednich wysokościach i biorę się do roboty!

* Maraton *

Pierwszą z nich, na poznańskim maratonie strącam z hukiem na 33 kilometrze. Staję bezradny w miejscu i wiem, że to koniec marzeń o nowej życiówce. Wysiadają mięśnie czworogłowe nienawykłe do uklepywania asfaltu. Nie mam siły biec dalej. Myślę o zejściu z trasy. W końcu jednak zbieram się w sobie i dotaczam do mety. 11 minut po zakładanym czasie. Marzenia o 3:09 w maratonie muszę odłożyć na przyszły rok. Nie tracę jednak wiary w siebie i to, co wypracowałem na treningach. Przecież forma nadal jest! – przekonuję samego siebie. A nieudany maraton? – to był przecież wypadek przy pracy.

* Magia *

Później Bieszczady i piękna polska jesień w tym odludnym i magicznym miejscu. Schodzimy z gór, słońce powoli chyli się ku zachodowi, jest piątek, piąty dzień po maratonie, a ja po raz pierwszy nakładam buty biegowe. Wieczór w Ustrzykach Górnych jest rześki, a nogi nadspodziewanie lekkie. Wbiegam na połoninę i rozkoszuję się samotnością. Nie ma nikogo wokół. Jestem tylko ja i szlak, który ledwo dostrzegam w tym mroku. Czysta magia.

Czuję, że jestem gotowy, aby zmierzyć się z drugą poprzeczką.

l3

* Dzień przed startem *

To był trudny dzień, trudny miesiąc. Opadam ciężko na łóżko i czuję się zmęczony. Jak ja do cholery mam przebiec jutro 70 kilometrów? Pakuję plecak bez przekonania. Układam cały sprzęt obowiązkowy i pakuję go do środka. Przygotowuję zestaw odżywek na trasę, ulubione batony i żele w odpowiedniej ilości. Wszystko to, co może mi się przydać na trasie mam w zasięgu ręki, reszta schowana głęboko na dnie plecaka z nadzieją, że nie zostanie wyciągnięta.

O 23 jestem gotowy. Budzik dzwoni 6,5 godziny później.

*

Jeszcze nigdy nie byłem tak dobrze przygotowany do biegu ultra, a jednocześnie tak pełen obaw czy dam radę. Pytanie jednak nie brzmiało czy dam radę ukończyć, tylko ja szybko uda mi się to zrobić. Poprzeczka zawisła na wysokości 7 godzin i 30 minut. W tym czasie chciałem uporać się z 70-cio kilometrową trasą Łemkowyny.

Umawiamy się z Belą, że spotkamy się na kilku punktach. Łukasz również miał dziś biec, jednak kilka tygodni wcześniej nieszczęśliwie kontuzjuje się na crossficie, dziś wieć zamiast rywalizować z innymi biegaczami będzie dodawał mi otuchy na trasie i robił zdjęcia.

Ustawiam się na przedzie, nie chcę tracić niepotrzebnie sił na przepychanki w tłumie. Ruszam jako jeden z pierwszych, kontroluję tempo, biegnę swoje. Po kilkuset metrach dochodzą mnie kolejni zawodnicy. Staram się nie oglądać na nikogo, dziś ścigam się tylko z czasem. Na pierwszym podejściu kontroluję poziom zmęczenia co jakiś czas przechodząc do marszu.

*

Lokuje się gdzieś w okolicach pierwszej dziesiątki i staram się nie szarpać tempa. Do 40 kilometra powinienem być świeży – jakkolwiek to brzmi. Nie robiłem zbyt wielu długich wybiegań, to najsłabszy punkt moich przygotowań. Jeśli czegoś ma mi zabraknąć na tym biegu, to na pewno długich wybiegań. Próbuję biec więc spokojnie. Podczepiam się pod zawodnika przede mną. Biegnie nieco wolniej niż mógłbym biec w tym momencie, ale myślę sobie, że to idealne tempo. Mam przecież nie szarpać na początku!

Nie czuję, żeby biegło mi się lekko. Wręcz przeciwnie. Chce mi się spać, czuję się jakiś taki „przymulony”, a w nogach brak luzu. Wspominam treningi, na których czułem się o wiele lepiej niż w tym momencie. Co jakiś czas kontrolnie zerkam na Suunto i sprawdzam czas. Punktem odniesienia jest końcowe 7:30. Pierwsze 10 kilometrów mija zgodnie z planem. Mam 30 minut zapasu.

*

Pamiętam, że po przekroczeniu asfaltu zacznie się dość strome podejście pod Cergową, najstromsze na całej trasie. Dobiegam do grupy kilku biegaczy, pierwszy z nich biegnie na 4 pozycji. Podejście idzie dość sprawnie, ale tracę więcej sił niż zakładałem. Na szczycie grupka biegaczy przede mną ucieka mi z zasięgu wzroku. Odpuszczam trochę, bo coraz trudniej mi się podbiega pod niewielkie nawet wzniesienia, a przecież to dopiero 15 kilometr!

Zwalniam nieco, żeby odzyskać siły. Na zbiegu spotykam Belę – „zającowanie” na trasie Łemkowyny jest zabronione więc biegniemy tylko przez chwilę, a później Łukasz wsiada do auta i rusza dalej na trasę. Do Iwonicza-Zdrój biegnę asfaltem, którego okazuje się być całkiem sporo na całej trasie. Na asfalcie odżywam. Noga się kręci, ale zawodników przede mną nie widać. W końcu biegnę w pierwszej dziesiątce, tu biec po prostu dobrze nie wystarczy, trzeba być naprawdę szybkim. Na tym poziomie prawdopodobnie nie ma już przypadkowych osób.

*

Kolejne kilometry to ciąg trudnych do zapamiętania odcinków leśnych poprzecinanych urokliwymi krajobrazami Beskidu Niskiego. Beskid, który nie może wyróżnić się szczególnie pięknymi widokami, ani wysokimi szczytami nadrabia dzikością, klimatem i magią nieco zapomnianych miejsc. Próbuję kontemplować widoki i ten klimat wokół, ale wychodzi mi to bardzo nieudolnie.

Ścigam się, jeśli nie z innymi, bo tych innych w tym momencie nie widać ani za mną, ani przede mną. To ścigam się sam ze sobą, z czasem, ze swoimi ambicjami. Skoncentrowany na tym, aby nie wywinąć orła na śliskiej nawierzchni, albo nie skręcić kostki na przypadkowym kamieniu. Jesienno, cudownie kolory pejzaż wokół rejestruje na marginesie, mimochodem. Piękno przeżywam na swój niewypowiedziany, podświadomy sposób.

l1

* Asfalt *

Dobiegam do asfaltu na 34 kilometrze, a tam znów znajoma twarz Łukasza. W tym momencie sama jego obecność dodaje mi otuchy, zagrzewa mnie do walki, a ja zmotywowany ruszam dalej! Przed maratonem robiłem całkiem sporo treningów szybkościowych na tempach maratońskich, i teraz na tym asfalcie to procentuje. Na 6 kilometrach po płaskiej nawierzchni nadrabiam stracony czas na trudniejszym technicznie szlaku.

W Puławach na 40 kilometrze mam 20 minut zapasu. Na punktach spędzam tylko chwile, uzupełniam wodę i izotonik (pomagają mi w tym świetni wolontariusze!) i lecę dalej. Jest coraz ciężej, nogi już zmęczone, a na dodatek wychodzi fatalny błąd, który popełniłem dobierając buty. To zabrzmi jak ponury żart, ale będąc właścicielem sklepu biegowego (5 lat doświadczenia!), źle dobrałem rozmiar!

* Buty *

Nad butami zastanawiałem się do ostatniego tygodnia (Klientom Natural Born Runners ZAWSZE polecam odpowiednio wcześniej kupić buty i przetestować je przed biegiem), wybór pada na Inov-8 Terraclaw 250. Buty wybieram we wtorek, przed sobotnim startem. W tym momencie nie mamy na stanie większego rozmiaru, a ten mniejszy wydaje się być w sam raz (Klientom w NBR ZAWSZE doradzam buty większe, zwłaszcza jeśli szukają czegoś na ultra!). Wieczorem biegnę w nich kontrolne 16 kilometrów i wszystko wydaje się być w porządku.

Jednak już na trasie okazuje się, że buty na zbiegach są za małe (plusem całej sytuacji jest to, że mogę teraz dokładnie pokazać Wam ile wolnego miejsca powinien mieć but trailowy i opowiedzieć ciekawą anegdotkę – choć na trasie nie było mi do śmiechu!). Ten brakujący rozmiar byłby idealny… Nie było czasu już go sprowadzić i wziąłem te mniejsze z nadzieją, że jakoś to będzie. I jakoś to było. Nogi zmęczone, a na zbiegach bolą mnie stopy, podwijam palce. Zwalniam i zaczynam tracić kolejne cenne minuty. Moja przewaga zaczyna się kurczyć. Na szczęście nikt mnie nie wyprzedza, a wręcz przeciwnie ja dochodzę 2 kolejnych zawodników.

Wygląda więc na to, że nie tylko ja przeżywam kryzys. Nadal biegnę, czasem tylko dłużej marudzę w marszu. Nadal jednak utrzymuję dość równe tempo. I to jest dziś moja mocna strona – równe tempo. Może nie biegnie mi się zbyt komfortowo, zbyt szybko, ale biegnę równo, cały czas do przodu. Na 55 kilometrze znów widzę się z Belą i na dobre odbiegam biegaczom, których doszedłem wcześniej.

*

Błotnistą breją próbuję wydostać się na szlak. Bela krzyczy, żebym biegł i zniknął z zasięgu wzroku biegaczom za mną. To zawsze działa demotywująco, gdy przed Tobą nie ma nikogo. Nigdy nie wiem na ile stać innych zawodników. Muszę być ufny we własne siły. Źle się czuję w bezpośredniej konfrontacji. To brutalna próba sił, mimo zmęczenia ożywają wtedy w człowieku jakieś pierwotne instynkty, które nie pozwalają mu odpuścić.

Łykam Power Bombę, którą trzymałem na tę okoliczność. Okoliczność 15 kilometrów do mety, to już końcówka, jeśli mam się rozbudzić i zmotywować do szybszego tempa, to właśnie teraz. Wygląda na to, że Power Bomba działa, ożywiam się. Stopy jakby już poukładały się w butach, a mocy w nogach jeszcze trochę zostało.

Gdzieś w oddali dostrzegam kolejnego zawodnika przed sobą. To dobrze, mam kogo gonić. Czuję się coraz lepiej. Wychodzi słońce i robi się całkiem ciepło. Cały czas widzę przed sobą biegacza, w końcu na odcinku szlaku, który idzie przez łąke dochodzę go. Później tasujemy się przez jakiś czas i gdy wydaje mi się, że uciekłem mu na dobre, ten nagle zrywa się do mocnego biegu. Skubaniec! Odstawia mnie, a jego koszulka ginie gdzieś w lesie.

l2

* Finisz *

Znów zostaję sam. Do mety pozostaje już naprawdę niewiele, wybiegam na asfalt, gdzieś przede mną dostrzegam Bo, która zagrzewa mnie do finiszu, oglądam się za siebie, a tam ktoś siedzi mi na plecach… Nosz kurwa! Kurwa mać! Na samej końcówce?!

Słońce przyjemnie ogrzewa nam twarze, a cudne październikowe popołudnie zostaje areną tego absurdalnego wyścigu o 7 miejsce (równie dobrze mogłoby chodzić o 13 pozycje, mechanizm byłby ten sam). A może to coś więcej niż wyścig o nic nieznaczące miejsce? Lubię proste rzeczy. I ten finisz jest cholernie prosty. Ja albo on. Zostaliśmy sami. Obaj ukończymy ten bieg w doskonałym czasie, a jednak ani on, ani ja nie chcemy odpuścić.

Biegnę z przodu. Mam z 10 – 15 metrów przewagi. Nie kalkuluję już, po prostu biegnę ile fabryka dała. Ja albo on. Jestem zmęczony, ale nie czuję tego. Mam już dość, a jednocześnie upajam się tym finiszem, ostatnimi metrami tego biegu. Czuję się jak alkoholik, który dorwał się do dobrze zaopatrzonego barku. Zataczam się pijany endorfinami.

Ja albo on.

Tym razem on.

– Wiesz, miałem jeszcze spory zapas sił na tej końcówce – Sebastian zagaduje mnie już na mecie.

Uśmiecham się, bo nic innego mi nie pozostało. Przegrałem na ostatnim kilometrze, ale wygrałem sam ze sobą. Na mecie jestem 8 z czasem 7 godzin i 23 minut. Poprzeczka ani drgnęła. Udało się!

Co dalej? Jest jeszcze trochę rzeczy do sprawdzenia!

Podobał Ci się ten tekst?

Jeśli tak, to zapisz się, aby otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach. Nie ujawnię nikomu Twojego adresu! A może jednak wolisz śledzić kolejne wpisy (krótsza forma i większa częstotliwość) na Facebooku? Zalajkuj profil PK4!


IMIĘ: EMAIL:

d

Zdjęcia: Bela Belowski , IN ART Radosław Denisiuk (fota z czołówki), Brandity


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



4 Responses to Łemkowyna Ultra Trail 70km

  1. marcin mówi:

    Gratuluję Grzegorz 🙂 Niesamowity wynik.

  2. maciej mówi:

    Gratulacje !!! czas kosmos jak dla mnie na razie 🙂 – Grzegorz przypominam się w sprawie stuptutów…

  3. Borman mówi:

    Co to jest Power Bomba?

  4. Krzysztof ze wsi mówi:

    Świetny start, wielkie gratulacje!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikapurplebabyshowerinvitations.com Are these those experimental ones that keep going missing? – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaTears of Time I visit every day some websites and blogs to read content, however this web site offers feature based writing. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGrzesiek Łazarz Ładowanie strony trwa bardzo długo... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAlbany, Georgia auto insureance Die sehen aber lecker aus - ich denke, die mache ich demnächst auch mal, vorallem ist die Apfel-Zimt-Kombi so schön... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Bunkry s i jest fajnie  trailrunning mountains karkonosze runninghellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • Jak mija Wam majwka?  Pogoda dopisuje? nbrteam buja sihellip
    • Kierownik wrci po dwch latach na t sam tras cortinatrailhellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
  • ARCHIWA