Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 22 września 2008 | autor Grzegorz Łuczko

35

Przejście 2008: Refleksje

Wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Całe to ultra powszednieje. Każdy kolejny start zabija we mnie przygodę, której miejsce zajmuje wyczyn, podejście wybitnie wynikowe. Każdy kolejny rajd unicestwia tajemnicę, w którą przyobleczone było ultra. Co będzie dalej? Co jest za kolejną granicą? Otóż nic nie ma. Bo nie ma i granic. Napawa mnie strachem myśl do czego jesteśmy zdolni, ile jesteśmy w stanie wytrzymać. Brama z napisem „ultra” była otwarta, wyjrzałem ostrożnie co znajduję się po drugiej stronie, a tam była tylko pusta przestrzeń i nic co byłoby w stanie ją ograniczyć.

Udało mi się pokonać 145 kilometrów podczas Przejścia dookoła Kotliny Jeleniogórskiej i chyba coś we mnie pękło. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie to wszystko, samą walkę na trasie, metę i to co będę czuł po pokonaniu kolejnego szczebelka na drabinie z napisem „ultra”. Nie było fanfar ani zastępów aniołów, minęło kilka godzin od ukończenia, wsiadłem w pociąg, pojechałem do domu a w poniedziałek poszedłem do pracy. Nic się nie zmieniło. Mogłem nawet normalnie chodzić, ból który czułem w nogach nie był zbyt dokuczliwy. Ale coś jednak pękło. 145 kilometrów i co dalej? Palnąłem coś o próbie pokonania Głównego Szlaku Sudeckiego razem z Petro, 350 kilometrów w 72 godziny. To szalone, ale możliwe i to mnie właśnie przeraża najbardziej.

Pewnie, że się wygłupiłem z tymi 24 godzinami. Wiecie jak mi było głupio z tego powodu? Noc w Karkonoszach naprawdę była ciężka, beznadziejna widoczność, silny wiatr i na dodatek moja słaba forma. Już po kilku godzinach wiedziałem, że mogę zapomnieć o łamaniu doby. No to chłopie zrobiłeś z siebie idiotę, pomyślałem. Widziałem oczyma wyobraźni tłumaczącego się tutaj przed Wami dlaczego musiałem zrezygnować – bo i takie myśli się pojawiły. Nie było sił na taki czas, co nie zmienia faktu, że prędzej czy później podejmę się próby przeskoczenia tej poprzeczki, ona dalej tam wisi!

Ostatnie 3 tygodnie trenowałem mało, głupie przeziębienie na początku miesiąca zupełnie rozbiło moje plany. Forma spadała, a czas Przejścia się zbliżał. Poza tym, jestem słaby w górach. Tu widzę moją najpoważniejszą bolączkę. Na 24 godziny potrzeba kilku przetarć w górach. Mi tego zabrakło. No i najważniejsze – do zapamiętania! – nie porywaj się na super wynik na dystansie, na którym jeszcze nie startowałeś. To nie było 110km. Ale cholernie długie 145 kilometrów po górach! Nie miałem pojęcia jak zachowa się mój organizm w czasie takiego wysiłku. Przed startem wyobrażałem sobie standardowy 70-80km, miejsce w którym na setkach zaczynają psuć mi się stopy. Widziałem swoje zmęczenie, odciski i myśl „o kurwa mać, do mety jeszcze 70 kilometrów…”.

Bałem się tego. Dlatego szedłem bardzo asekuracyjnie. Najgorsze co mogło mi się przytrafić to za mocne tempo na początku, pilnowałem się więc przez cały czas. Tak samo stopy, wziąłem 2 pary butów – Salomony XA PRO i trailowe Nike’i, 5 par skarpet i cały czas kontrolowałem to czy nie wykluwają mi się jakieś bąble. Wiedziałem, że nie będzie mnie stać na 60-70 kilometrowy marsz ze skasowanymi stopami. Napierałem więc na tyle ile mogłem. Bałem się przyśpieszyć, nie wiedziałem co mnie jeszcze czeka. Całe to cackanie się ze sobą okazało się warte wysiłku. Po 27 godzinach na trasie, tuż przed niesamowitym finiszem, nie czułem zmęczenia ani nie miałem żadnych odcisków. Powoli docierała do mnie świadomość, że chyba mi się uda!

Wtedy zadzwonił Petro z szaloną myślą: „spróbuj zafiniszować ostatnie 15, 20 kilometrów, spróbuj wykrzesać z siebie max!”. To było naprawdę szalone, byłem na 125-130 kilometrze i jeszcze miałem zerwać się do biegu? A jednak! Okazuję się, że w tych mądrych książkach to jednak mądre rzeczy piszą, i że jak człowiek od początku nie przegina z tempem to ma jeszcze siły na finisz, no i ja je miałem! Na metę wpadłem jak gdyby nigdy nic. 150 kilometrów pękło (z „bonusami” na pewno tyle wyszło) a ja nic nie czułem. Ani zmęczenia, ani wielkiej walki z samym sobą, bólem i tym wszystkim co sprawia, że rajdy nie są sportem dla „mięczaków”.

Wpadłem na wspomnianą bramę i spojrzałem co się za nią kryje… W tym momencie moje 24 godziny to był wyczyn. Musiałbym sięgnąć do granic mych możliwości (a te jeśli chodzi o prędkość poruszania się i utrzymywania stałego, wysokiego tempa niestety istnieją), ale gdybym szedł wolniej, ale dłużej? Tak przecież zrobiłem na Przejściu, po 145 kilometrach mogłem napierać jeszcze dalej, nie byłem wykończony. Może więc i te 350 km w 72 godziny są możliwe? Nie wiem czy w 72 czy więcej. Wiem, że ten dystans już mnie nie przeraża. Przeraża mnie za to ten brak granic, to że mogę napierać przez 30 godzin i mieć siły na więcej. Gdzieś musi leżeć granica sensu i tego co może znieść psychika, bo ciało można katować naprawdę dlugo. Chyba przez to, że całe to przejście Przejścia przyszło mi tak lekko czuję się nieco pusty w środku.

Nie czuję wielkiej radości, choć czas jest wspaniały. Zastanawiam się raczej co dalej. Pisałem już kilkukrotnie, że setki przestały być dla mnie wyzwaniem. Teraz po zasmakowaniu ultra nie wiem czy naturalną drogą powinno być dłużej i dalej. 2 lata temu brałem udział w 250km marszobiegu rozbitym na 3 dni (Maraton Piasków) i wtedy powiedziałem sobie dość. Być może teraz jest również taki moment, że muszę odpocząć, dać sobie na luz a kolejne wyzwanie ultra podjąć dopiero za jakiś czas. Nie rajcuje mnie samo kończenie setek. Przejście było nudne, monotonne i ciągnęło się przez 30 godzin. To wcale nie jest przyjemne!

Człowieka ogarnia stan otępienia, prze naprzód jak ten uparty osioł i ważne są tylko kolejne kilometry. Nie wiem, może formuła Przejścia i wyznaczona trasa tak wpływają na mój odbiór, gdy na trasie są jakieś punkty kontrolne i sami wybieramy drogę zawsze się coś dzieje. Tutaj nie działo się nic.

Wychodzi na to, że znów marudzę! Tylko, że ja naprawdę bardzo, bardzo się cieszę z tego czasu w jakim udało mi się pokonać te 145 kilometrów! Nawet nieudany „zamach” na 24 godziny teraz niezbyt mnie zajmuje. Po prostu nie potrafię podskakiwać do góry z radości i wrzeszczeć w niebogłosy, zresztą nie wiem nawet za bardzo jakbym miał taki proceder opisać na blogu 😉 . Ale do rzeczy, może nie do końca też oswoiłem się z myślą, że tak naprawdę to ja jednak jestem dość mocny, bo te 30 godzin to nie jest czas w kij dmuchał (mimo wszystko 😉 ). Przez 30 godzin maszeruje jak gdyby nigdy nic, a w końcówce porywam się jeszcze na jakiś kosmiczny finisz. Może więc i we mnie drzemie moc?

Od momentu zakończenia minęła raptem doba z hakiem, brakuje mi jeszcze dystansu do tego wszystkiego. Ale wiem jedno, udział w Przejściu to jedna z najcenniejszych rajdowych lekcji jaką mogłem dostać i cieszę się bardzo, że dane mi było wystartować w tym projekcie. Sezon 2008 zbliża się powoli ku końcowi, spojrzenie na moje poprzednie starty i przyszłość z perspektywy 150 kilometrów to było to czego mi było potrzeba. Łatwiej będzie mi zaplanować to, co chcę osiągnąć w przyszłym roku i w jakim kierunku chcę się rozwijać.

Powoli kończąc chciałbym jeszcze podziękować Mirkowi Wirze (Wirkowi) za wspólne przemierzanie trasy Przejścia (przynajmniej większą jego część), organizatorom za zaangażowanie, no i wielgachne dzięki dla Yanka za prowadzenie relacji! Jeszcze raz dzięki za kibicowanie Wam wszystkim!

Wrażenia postartowe z:

  • Wielkopolska Szybka Setka 2008„Wiem, że mogło być lepiej. Dlatego nie potrafię w pełni cieszyć się z dobrego wyniku.”
  • Wertepy 2008„Tempo tych zawodów natomiast było wręcz zabójcze. No i co tu dużo mówić, czuję się po prostu zajechany.”
  • BWC 2008„Może zacznę od tego, że wreszcie udało mi się ukończyć jakieś zawody (…), postawiłem sobie za cel przede wszystkim przekroczyć linie mety (…). “Misja” zakończyła się sukcesem i z tego jestem szczęśliwy niezmiernie.”
  • Harpagan 34„Znowu rozczarowany jestem moją psychą (TNFAT się kłania), za łatwo odpuszczam, stanowczo za łatwo.”
  • TNFAT 2007„Wszystko mnie boli, chcę mi się ciągle spać a przede wszystkim wypełnia mnie przeogromne wręcz rozczarowanie. Przecież miało być tak pięknie..”


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



35 Responses to Przejście 2008: Refleksje

  1. robert59 mówi:

    Myślę, rozumiem o czym piszesz. Pięć lat temu wymyśliłem sobie IM. Nie umiałem pływać, mało tego, panicznie bałem się wody. Potrzebuję bardzo silnych motywatorów, dlatego nie poszedłem po prostu na basen i nie wziąłem instruktora, tylko postawiłem sobie cel: przepłynę 3800m w wodzie otwartej a potem jeszcze będę jechał na rowerze i biegł. Wydawało mi się, że jak nauczę się pływać, to będę mógł wszystko. W tym roku w Roth osiągnąłem metę i co i nic, a wręcz pustka – kolejny Everest zdobyty i trzeba szukać następnego.
    Tak piszę, bo myślę, że każdy to przeżywa, ale ty masz rzadką zdolność pisania o takich rzeczach. Twoje pisanie dotyka tego co czujemy.
    Mam nadzieję, że wyzwań Ci nie zabraknie (dla mnie teraz to Przejście – skończyłem na 1PT L), czego Ci serdecznie życzę.
    Z racji wieku (za rok kończę 50 lat) mogę chyba puścić trochę smrodku dydaktycznego. Pamiętaj, że są też inne ważne sprawy: żeby mieć pasjonującą pracę, która pozwoli Ci finansowo i czasowo na łamanie granic, dziewczyna, rodzina, kiedyś dzieci. Ogólnie tzw. życie, które będzie Ci starało się przeszkadzać. I ostatnie. Pamiętaj o zdrowiu, żebyś w moim wieku nie miał ograniczeń związanych z kolanami czy inną duperelą J. Dziękuję za ten artykuł, pozwala mi zrozumieć moje postępowanie – wyobraź sobie, że czasami czuję podobnie, mimo że moja klasa sportowa zupełnie nie ta.

  2. robert59 mówi:

    a co do samego Przejścia to serdecznie gratuluję i podziwiam. To wyżyny dla mnie nieosiągalne.

  3. Kuerti mówi:

    Dzięki Robert za ciekawy komentarz!

    Pustka, hmmm… Chyba to dobre określenie. Człowiek myśli sobie, że jak już mu się uda osiągnąć zakładany cel to będzie nie wiadomo co, a co jest? Nie ma nic. Noc, ciemność i pustka. Dziwnie się czułem na mecie Przejścia. Nie chciałbym wpaść w sidła wciąż nowego poszukiwania Everestów, jeśli za każdym będzie zionęła przepaść, to po co stale szukać? W końcu przyjdzie taki moment, że zamiast w górę będziemy poruszać się wciąż w dół. Nie, nie wydaję mi się, żeby pogoń za kolejnymi wyzwaniami mogła być sensownym sposobem na życie.

    Boję się wypowiadać tutaj jakieś pseudomądrości zyćiowe w stylu „zycie to ciągłe poszukiwanie równowagi”, za młody jestem, a część z Was zbyt wiekowa na takie rady 🙂 . Ale tak to widzę i tak staram się działać. Pewnie, że nie zawsze się to udaje, czasem człowiek przegina, w którąś ze stron.

    Ja też boję się wody 🙂 . Twój przykład przełamania strachu jest dla mnie kierunkiem, w którym trzeba ruszyć. Obiecuję sobie od kilku lat, że już „teraz” się zabieram za naukę i nic z tego nie wychodzi. Coś mi jednak mówi, że tej zimy przełamię swój strach, i to nie jest wcale czcze obiecywanie – idę o zakład, że latem spotkamy się na jakimś triatlonie (nawet nie wiesz jak będę później żałował tego przyrzeczenia 😉 ).

    PS. Szkoda, że nie udało się spotkać, ale naprawdę ciężko było wypatrzyć się w tym amfiteatrze przy zapadających ciemnościach.

  4. Kazig mówi:

    Z Wirkiem robiłem kiedyś połówkę.. Harpagana. Pozdrawiam

    Kuerti – zdjęcie nr. 18 to gdzie?

    Czy mógłbyś odnieść parę słów na temat tych wygibasów przed przejściem gs g coś tam? Ciekaw jestem odczuć

    Pozdrawiam

  5. faba mówi:

    Hej

    Od razu przychodzi na myśl buddyjskie „nie cel jest ważny, ale droga do niego”. Na tej zasadzie, bardziej by mnie gryzło że nie mogę do czegoś dażyć, niż to że cel osiągnąłem. Otwieram kolejną furtkę, lecz jeśli nie mam nastepnego celu, tracą sens codzienne przygotowania. Tak sobie myślę…

    Plis Kuerti napisz jeśli to nie sekret, co jadłeś i piłeś na trasie oraz w jakich ilościach. Staram się ogarnąć ostatnio temat odżywiania podczas dłuższych wysiłków. Wiem że kwestie w stylu ten je marsy a ten kabanosy to dość indywidualna sprawa. Lecz same ilości poszczególnych składników mogą już coś niecoś wyjaśnić.

  6. Kuerti mówi:

    Kazig,

    Zdjęcie nr. 18 to Perła Zachodu, schronisko (ośrodek wypoczynkowy?) nad jeziorem Modre, bardzo urokliwe miejsce.

    Co do GS,

    Ćwiczenia robiłem regularnie przez 2 miesiące (zacząłem zaraz po WSS, dziś zrobiłem już kolejny trening GS, biegowo też się czuję ok, ale wolę poczekać do jutra). Na ręce tylko pompki, na brzuch 6 Weidera i wznosy kolan na drążku. Na plecy supermany i jeszcze jedno takie ćwiczenie (jedna ręka wyciągnięta, przeciwległa noga również, wytrzymać kilka sekund).

    Miałem kijki trekingowe, po kilkudziesięciu km zacząłęły mnie boleć ręce. Same pompki to za mało jednak, może przydałby się drążek? Może jakieś sztangielki?

    Brzuch. Czuję pod cienką warstwą tłuszczyku silne mięśnie. 3 x po 15minut w tygodniu wystarczy na wzmocnienie brzucha na tyle, żeby na takim dystansie nie było żadnych problemów.

    Plecy. Jak na dystans i sumę podejść (ok. 5tyś) to nie było tak źle, ale rewelacji też nie było. Choć tu głównym problemem było jednak kiepskie wyważenie plecaka, dobierałem po drodze butelki z wodą (1l, 0,5l) i wrzucałem do środka, ciężko w ten sposób zbalansować całą zawartość.

    Generalnie jestem zadowolony, na przyszłośc muszę tylko dobrać nowe ćwiczenia na ręce i plecy, no i dobrze balansować plecak.

    Faba,

    Oczywiście, że to nie tajemnica! Miałem nawet pomysł, żeby po każdym starcie opisywać takie małe „plus/minus”, co zrobiłem dobrze i co warto kontynuować (np. dobrze rozłozyłem siły itp.), a co zj.. na całej linii (za mocne tempo, brak specyficznego treningu itp.). Pomyślałem jednak, że jeśli w okolicach każdego startu powstają 3 wpisy to na jeszcze jeden w tym samym temacie zareagujecie odruchem wymiotnym 😉 . Na razie pomysł wrzucam do szuflady.

    A teraz do meritum. Tutaj też mam pomysł 🙂 . Temat jest tak obszerny i tak różny jak różni są ludzie. Podam przykład z Przejścia, ja miałem ze sobą: 5 batonów, czekoladę, 3 mleczka w tubce, 4 bułki, 2 drożdzówki i 4 średniej długości kabanosy. Po drodze dokupiłem jeszcze 1 drożdzówkę i batona. Po 30 godzinach zostały mi 2 batony, bułka i jedno mleczko. W międzyczasie zjadłem podwójną porcję pysznego makaronu od organizatorów.

    Gdy jak tak słodko się obżerałem Wirek miał w plecaku 5 batonów i coś tam jeszcze w ilości sztuk 2… Z grubsza licząc podczas 30h marszu po górach pali się ok. 15tys kalorii. Ja wiem, że tłuszczu mamy na ileś tam setek godzin napierania, ale nie mam pojęcia jak jeden człowiek może przetrwać taki czas tylko na kilku batonach?

    A mój pomysł polega na zebraniu grupki kilkudziesięciu osób i przeprowadzeniu ankiety pt. „co jesz i pijesz na setkach”. Szuflada powoli się zapełnia 😉 .

    Jeszcze o napojach. Camel zalany na 2l, cola 0,5l. Po drodze dostałem 0,5l PowerRade, do pustej butelki po tym napoju dolałem herbatę. Na PK wypiłem ze 3-4 kubki herbaty. Po 100km dokupiłem 1l coli i 1,5l wody. W sumie: ok. 5-6l. Przed startem standardowo (już) nawdniałem się, na 2-3 dni przed pijąc po 2-3 litry wody dziennie.

    Na trasie regularnie musiałem zatrzymywać się celem oddania moczu 😉 . Wirek wypił pewnie z połowę tego co ja i prawie nie sikał 🙂 . Jakie wnioski? Można udzielać porad nt. sprzętu, treningu itd. ale odżywianie to cholernie indywidualna sprawa! Ja już mniej więcej znam swoje potrzeby (cola! bułki! itp.), a ktoś kto dopiero zaczyna niestety musi uczyć się na błędach. Choć oczywiście zawsze lepiej wziąć więcej niż mniej.

  7. faba mówi:

    No i o to mi chodziło ;D

    Generalnie ja przed każdym wyjazdem wiekszym robię sobie liste ekwipunku. Natomiast po dopisuje czego zabrakło a czego miałem za dużo i z tego po kilku latach zaczynasz widzieć czarno na białym co i jak. Wiadomo że wyjazd wyjazdowi nierówny no ale charakter niektórych czy też czas trwania bywają podobne. Z tego sobie ekstrapolujesz lub interpolujesz w zależności od przypadku i ta da!!!

    Więc pomysł zebrania „zeznań” jest mega ciekawy i może wyjść z tego całkiem niezły mini przewodnik czy kompendium w stylu „Jedzenie na setkach dla opornych”. Za 20 kilka dni mamy akurat harpa i pewnie z kilkanaście osób czytających PK4 się na niego wybiera. Zgłaszam się do podliczenia wszystkiego i przerobienia na ilość kalorii względem wagi, stosunek węglowodanów do tłuszczy, suma wypitej coli a miejsce w tabeli i co tylko będzie można z tego jeszcze wyciągnać.

    Dzięki temu będziemy też mogli poznać jakieś niestandardowe patenty w stylu kompocik mojej babuni 😉

    Co wy na to ??

  8. Kuerti mówi:

    Faba,

    Kurde skąd na to wszystko brać czas? 🙂

    Ale ok, jak już wywołałeś mnie do tablicy i biorąc pod uwagę fakt, że czasami jestem mało asertywny 😉 to wchodzę w to.

    Mógłbyś mi napisać jak to widzisz? Z mojej strony to wygląda tak, musimy mieć formularz, który zawierałby takie dane jak wiek, waga, typ budowy ciała, poczucie głodu (coś w ten deseń) i oczywiście ilości spożytego pokarmu i napojów. Dzięki temu będzie można wysnuć jakieś sensowne wnioski. Mając formularz „badania” możemy prowadzić przez kilka najbliższych lat, aż zbierzemy kilkaset danych. Myślę, że z takiej próbki spokojnie będzie można wyciągnąć już coś sensownego.

    Jeśli ktoś ma jakieś pomysły względem pomysłu 🙂 to proszę o uwagi. Napiszę za jakiś czas tekst na ten temat, może nawet zrobię specjalną podstronę, żeby to nie zginęło. Tymaczasem proszę o jakieś niezobowiązujące komentarze 😉

    PS. Napisałem 1971 komentarz na pk4! Dla osoby, która zrobi to po raz 2000 nagroda – układanka z Yankowego sklepu z zabawkami!

  9. Bart mówi:

    Panowie skąd tyle pesymizmu. Choć to chyba nie do końca pesymizm …. Cele ? to ja tak dzisiaj może z własnego podwórka jako że dziś kończę 35 lat więc niech będzie. Celem najpierw były Beskidy … piękne zielone, wspaniałe. Chłopak rósł i góry również, mityczne Tatry. Niesamowite kochane miłością do teraz i chyba do końca, z nimi chcę zasnąć już ostatni raz pod powiekami. Potem Alepy, Kaukaz, Himalaje, Afryka …. Zawsze coś. Ten trudny gen do zdefiniowania który popycha mnie co dnia do nowych planów, marzeń, realizacji. Jasne czasem pada i siedzę w budzie, ale potem wychodzi słońce i oddycham klarownością poranka. Panowie smutna dla nas wiadomość jest taka, iż gdy ktoś posiadł z mlekiem matki ten trudny i piękny cel, ten już nigdy spokojnie nie usiądzie na dupie. Zawsze jest coś następnego, innego, ciekawego, łatwego – trudnego. Zawsze jest to kolejne zmierzenie się z naszą głową, ciałem i marzeniami. Ja już czekam na styczniową Patagonię, ale z tyłu głowy już coś się rodzi następnego, coś kiełkuje. Nie wiem co ale wiem, że NASTĄPI …. I tego i Was dzisiaj życzę.
    PZDR
    Bart

  10. memor mówi:

    Bart,

    Na początek – najlepsze życzenia!!! Zdrowia co by w realizacji planów nie przeszkadzało!

    Poza tym zgadzam sie z Toba w 100%. Nowe cele i wyzwania zawsze się znajdą. Życie jest za krótkie aby im wszystkim sprostać…to ewentualnie może być przeczyną zawodu 🙂 Chyba wszystko zależy od podejścia i tego w jaki sposób traktujemy kolejne cele. Jeżeli chodzi tylko o to aby zaliczyć, odfajkować kolejny sukces, stanąć na szczycie, ukończyć IM, maraton, setkę etc.., jeśli nie ma niczemu służyć droga dochodzenia do celu oraz osiągnięcie samego celu (pomijam tu cel sam w sobie) to rzeczywiście może nastąpic perspektywiczna pustka. Osobiście staram się wybiegać myślami i planami (nawet jeśli nie są skonkretyzowane) w przyszłość. Dzięki temu kazdy kolejny osiągnięty cel jest tylko elementem wiekszej całości….hmmm wyszło trochę jak cytowana przez Fabę z lekkim przekąsem mądrość buddyjska 🙂

    Kuerti, Faba

    To naprawdę świetny pomysł ze stworzeniem takiego żywieniowego tips&tricks. Myślę, że z inicjatywą ankiet można wyjść poza pk4. Bazę potencjalnych respondentów można zdobyć dogadując się z organizatorami biegów ultra, AR, IM, ultramaratonów kolarskich itd. (stosowny pkt w oświadczeniu) a także umieszczając komunikat na stronach i forach tematycznych i to nie tylko w Polsce.

    Z całą pewnością żywienie to sprawa indywidualna ale przy odpowiednio dużej gupie badawczej będzie można poznać pewną tendencję i zminimalizować konieczność nauki na własnych błędach, której oczywiście do konca nie uda się wyeliminować.

  11. Bart mówi:

    Memor – Wielkie Dzięki !!! Co do Banku Żywieniowego – super sprawa !!! Może nawet pójść dalej i stworzyć segmenty typu : obuwie, sprzęt, plecak, kije itp.
    Kuerti do PRACY !!! W narodzie budzi się demon .
    PZDR
    Urodzinowy Bart

  12. sebas mówi:

    na marginesie dyskusji, robert59, jaki czas wycisnales na IM? bede kiedys chcial tego sprobowac…

    Kuerti, naturalna koleja rzeczy bedzie to co ci proponuje Petro 😉 2009?
    Acha, wciaz czekam na to, ze staniesz na podium generalki na koniec sezonu w PMnO

  13. robert59 mówi:

    14:34 (1:44+7:17+5:15+zmiany) – ja nie należę do sprinterów. Jak widać położyłem zupełnie rower. W każdym razie już wiem jak to zrobić w 12h. Będę próbował w 2010. Lepszy czas niż 12 jest dla mnie nieosiągalny.

  14. Kuerti mówi:

    Bart,

    Wszystkiego najlepszego! Hm… Wydaję mi się, że pomiędzy sportem a przygodą jest jedna zasadnicza różnica, droga do celu w przygodzie jest nieco bardziej malownicza i pociągająca sama w sobie. Albo inaczej, czym jest cel? Jedziesz na miesiąc do Patagonii, to jest cel, przeżyjesz te 30 dni, to będzie na pewno kapitalne doświadczenie, nawet jeśli w trakcie zdarzą się słabsze chwile. Lecąc samolotem do domu na pewno będziesz już myślał o kolejnych wyprawach, ja mam tak samo, każdy powrót do domu to myśl o tym co jeszcze mogę zobaczyć.

    A w rajdach? Przez x godzin koncentrujesz się tylko na tym, żeby nie paść gdzieś po drodze, w końcu wpadasz na metę, osiągasz to, co sobie zamierzyłeś i.. i nic się nie dzieje. Kompletnie. Owszem, może być wielka radość, ale później będzie wielki zjazd. Trzeba nieco odczekać, znowu złapać wiatr w żagle, spojrzeć w kierunku nowego wyzwania. Ja właśnie jestem na tym etapie. Zresztą, w górach, czy turystyce nie ma takiej koncentracji na wyniku, w sporcie to z czasem staje się naszą obsesją.

    Masz rację z tym genem. Tak to właśnie jest, można usiedzieć spokojnie jakiś czas, ale zawsze człowiek czuję, że musi gdzieś ruszyć…

    Memor,

    A czym jest ta większa całość? Może ratujesz się tylko skalą makro? Może TAM też nic nie będzie? W sporcie bardzo łatwo wpaść w tą pułapkę zaliczania kolejnych wyzwań. Kurde, chyba trzeba sobie jakoś sensownie ułożyć tą wielką całość 🙂 . Do pomyślenia przez zimę i przed kolejnym sezonem.

    Co do baz danych. Oczywiście, że chciałbym z tym wyjść poza pk4, ale na razie nie rozpędzałbym się aż nadto. Na początek zacznijmy od setek. Bart napisał o sprzęcie, oczywiście kwity na to znajdują się w mojej szufladzie 😉 . Ale to wszystko kwestia czasu, ja ze wszystkim sobie nie poradzę. Co z tego, że człowiek ma masę pomysłów, jak nie ma jak ich wszystkich zrealizować. Ale powolutku, małymi kroczkami (;) ) może uda się zrobić kilka fajnych rzeczy.

    Sebas,

    Już raz udało mi się urwać brąz w PMnO za sezon 2006 🙂 . Muszę sobie przemyśleć sprawę, w przyszłym roku chciałbym skoncentrować się na AR, w drugiej części roku może to być ciężkie i tu pojawia się furtka dla PMnO, problem w tym, że nie pogodzę AR z 4 startami w setkach. Gdyby podliczano tylko 3 to jeszcze mógłbym spróbować, a tak nie chcę zarżnąć organizmu.

    W obwodzie pozostaje jakiś fajny ultra bieg w Europie (jak ktoś coś fajnego zna proszę o linka), Kotlina na 24h, i do tego jakaś setka na mocny wynik.

  15. Yanek mówi:

    Grzesiek, kameralna imprezka na 15 tysięcy osób, w bratnich Niemczech. Z pewnością czysta, schludna, higieniczna i precyzyjnie zorganizowana. Z parówką und schnapsem na zakończenie.
    http://www.rennsteiglauf.de/index/rennsteiglauf/allgemeines/index_english.html

    Tylko nie wiem czy odległość 72,7 km jest satysfakcjonująca. I nie wiem jak znosisz niemiecki ordnung, ja średnio 🙂 .

    Przy okazji przyszedł mi pewien pomysł do głowy, ale nie będę wypełniał nim twojej szuflady, tylko zachowam się niestandardowo, sam się wezmę do pracy i podeślę gotowe „dzieło”.

  16. memor mówi:

    Kuerti,

    W tym rzecz, że nie ma żadnego TAM – chodzi o to, że zawsze było coś dalej. Pisząc o całości miałem na myśli pojęcie bardziej abstrakcyjnie, całość jako zbiór nieskończony, choć może wyglądać z pozoru na błędne koło. Na przykład – biegam, jeżdżę na rowerze, pływam (nawet nieraz startuję w zawodach) aby mieć kondycję w górach, aby podczas wspinaczki widzieć coś wiecej niż czubki własnych butów. Chodziłem po górach, biegałem po płaskim….kolejny krok biegi górskie i AR. Jak się przygotowywać w mieście? w góry po pracy nie wyskoczę? Trening musi być zróżnicowany i długotrwały tak jak AR….pierwsze co przyszło mi do głowy – triathlon? a jeśli triathlon to dlaczego nie IM…..itd. koło się kręci 🙂

    Ale tak naprawdę moim zdaniem robi się to wszystko ze zwykłych egoistycznych pobódek – bo to wielka frajda!!! 🙂

  17. memor mówi:

    No Yanek dałeś nam po nosie 🙂

  18. Kuerti mówi:

    Yanek,

    Nie! Ja nie chcę typowego ultra, na takie jestem za słaby biegowo, bardziej rajcuje mnie coś w stylu Kotliny albo UTMB – http://www.ultratrailmb.com/. Gdzie zmagasz się bardziej z dystansem i terenem niż z czasem.

    Szuflad w segmencie mam kilka, zmieści się i Twój pomysł 🙂 . Nie bądź taki i napisz co to za projekt! Przecież z ciekawości nie wytrzymam 😉 .

    Memor,

    Faktycznie w ten sposób patrząc całości nie osiągamy nigdy. U mnie to wszystko szarpie na różne kierunki, setki – dobre wyniki, jakieś fajne ultra, rajdy przygodowe – wielkie marzenie, start w Mistrzostwach Świata, góry – no tam bardzo wysoko.., turystyka – Azja, Ameryka Południowa na kilka dłuższych miesięcy itd. Wiem, że pewnych spraw nie pogodzę, ale długofalowo jest do czego dążyć.

  19. Bart mówi:

    Kuerti tak naprawdę jeśli nie mówimy o trekingu w górach to jest przejebane. Głowa boli, żygasz dalej niż widzisz, brak oddechu no i niby ten brak wyniku, to jak sobie wyobrażasz ? Wejdę do połowy górki czy jak. Wynik stary jest tak samo napastliwy jak na wszystkich zawodach z startem i metą. Tylko jest gorzej. Bo to Ty ustalasz start i metę, a z nami jest tak że jak z Tobą po 145 km … mogę jeszcze biec !!! W górach niestety to mogę biec często jest najwyższą ceną.
    Nie ma różnicy …. i to jest w tym najpiękniejsze!!! Ktoś z poprzedników napisał że robimy to ze zwykłych niskich pobudek … ZGADZAM się … ja też chcę być orłem ze swoich snów a nie karłem ze swoich strachów … przynajmniej przez chwilę.
    PZDR
    Bart
    ps. soory za błędy Greg ale właśnie pokuję się w Tatry … a tam dupówa … i po o to chodzi !!! Krawat do szafy i GORE Tex na plery !!!
    Z urodzinowymi pozdrowieniami
    Bart
    pss. sorry za prywatę, ale nie mogę się powstrzymać

  20. Kuerti mówi:

    Bart,

    Miałem dopisać w nawiasie, że nie chodzi mi o „wyczynowe” podejście do gór 🙂 . Bo zgodzę się z tym, że tam wysoko obsesja może być nawet większa.

    PS. Miłej wycieczki! Jakie traski planujesz? No i podeślij link do zdjęć po powrocie!

  21. Bart mówi:

    Traski to nie wiem bo zależy od warunków i kondycji moich kolegów … zacnych !!!

  22. Yanek mówi:

    Grzesiek,
    eeee tam, od razu projekt. To nic wilekiego, niespodzianka, jak zrobię to będzie, a poza tym chciałem tylko trochę Kolegów do pracy zmobilizować 😉 ( memor mnie wyczuł ). Poza tym nie mogę teraz pisać postów bo mi się napisze dwutysięczny i trochę wiocha będzie 😉
    Ale skoro już piszę ( w ramach dobijania do 2000 )…
    Jeszcze wrócę na chwilę do Przejścia. Najbardziej niesamowita była dla mnie ta metamorfoza na 130. kilometrze. Chwilę wcześniej rozmawiałem z grzecznym facetem, pogodzonym z tym że nie udało się złamać 24 godzin, stonowanym, podziwiającym widoki. Już widziałem to oczyma wyobraźni że zasmakujesz w typowej turystyce, porzucisz napieranie, zapuścisz brodę, kupisz starą , NRD-owską gitarę i we flanelowej koszuli będziesz „plumkał” na niej przy ognisku na zlotach…
    A na 130. kilometrze jakby diabeł w ciebie wstąpił. Petro napisał że chyba połknąłeś jakiegoś koksa czy steryda, nie pamiętam. Ale rzeczywiście takie można było odnieść wrażenie, choć myślę że dopadła cię tzw. euforia biegacza : http://pl.wikipedia.org/wiki/Euforia_biegacza .
    Czy też może to Petro umie sterować tobą przy pomocy przycisków w swojej komórce… Jak to widzisz ?

  23. Kuerti mówi:

    Dobra, macie mnie, wziąłem koksa 😉 .

    Żartuję, gdybym kiedykolwiek nawet o tym tylko pomyślał, to oznaczałoby to dla mnie koniec zainteresowania rajdami. Nie po to męczę się tyle, żeby osiągnąć swój cel jakimś ułatwiaczem. To zupełnie nie wchodzi w grę! Zakładam, że nikt z Was poważnie o tym nie pomyślał, ale na wszelki wypadek piszę o tym.

    Biegowy haj? Zdecydowanie! Gdy po kilkudziesięciu minutach okazało się, że nadal mogę biec mój nastrój wskoczył na jakiś kosmiczny poziom. Kiedyś widziałem filmik z UTMB, ostatnie kilometry zwycięzca pokonał biegiem, kijki trzymał w rękach i biegł przez miasto. Czułem się jak pieprzony zwycięzca UMTB 🙂 . To była prawdziwa euforia, czasem zdarzało mi się tak w końcówkach etapów, np. kiedyś na Harpie mieszanym, 5km przed końcem 50km zaczęliśmy biec, choć wcześniej jakoś zeszło ze mnie powietrze. Okazało się, że jesteśmy pierwsi – to był potworny zastrzyk energii.

    Albo ostatnio w Wiśle, robimy z Petro 35km trekkingu, przez całą trasę ciągnę się noga za nogą za Piotrkiem, a na kilka kilometrów przed końcem gdy poczułem metę dostałem nowych sił, z łatwością przebiegłem tę końcówkę.

    Inna rzecz skąd były siły na ten finisz. Dla mnie absolutna podstawa – stopy w niemalże idealnym stanie (125-130km, a przecież zwykle ok. 70-80km mam na nich już kilka odcisków!) i mięśnie, w których zostały jeszcze rezerwy, przez całą trasę nie było momentu, w którym przekroczyłbym cienką czerwoną linię – tak jak na WSS, kiedy skasowałem je okrutnie już na 30km.

  24. memor mówi:

    Bart,

    Z egoistyczny pobudek….ale nie nazwałbym ich niskimi 🙂

  25. jasiekpol mówi:

    Po pierwsze gratulacje. PO drugie śledząc wątek zastanawiam się o ile życie byłoby prostsze gdybym nie zaczął. Weź się teraz maniaku wyzwól.

  26. Paweł mówi:

    Widzę, że dyskusja zeszła trochę na filozoficzne rozważania o celach. Co ja o tym myślę? Kurdę, szczerze mówiąc nie rozważam tego tak skrupulatnie. Dla mnie ważna jest dobra zabawa, uczestnictwo, walka, przygoda. Wynik jest ważny ale nie najważniejszy. Podoba mi się na zawodach nawet jeśli dam ciała i ich nie ukończę (przykład: tegoroczne DYMnO). Wracam do domu mimo wszystko zadowolony bo wiem, że czegoś się nauczyłem i ciekawie spędziłem czas. A jak dobry wynik osiągnę, jakąś życiówkę ustanowię – jest jeszcze lepiej.

    Co do tych limitów które ograniczają człowieka to mam podobne myśli. To znaczy naprawdę nie wiem gdzie te limity są. Niedawno ludzie myśleli, że maraton jest czymś niewyobrażalnym. Bo po prostu nikt nie biegał. Teraz maratony spowszedniały. Ja jeszcze miesiąc temu myślałem, że najcięższe co może być to spartatlon i triatlon na dystansie Ironman. Kilka dni temu wybrałem się z mojej wsi do miasta i przeglądam w Empiku „Runners World” (nie odbierzcie mojego wpisu jako reklamy tego magazynu. Uważam, że jest gorszy niż „Bieganie”). Jest tam fajny artykuł o Jerzym Górskim, polskim triatloniście. Kurdę, czytałem to i przecierałem oczy ze zdumienia. Facet po różnych przejściach uczestniczył w zawodach Ultraman. Nie wiedziałem, że jest coś takiego. To triatlon na kosmicznym dystansie: 10 km pływania, 420 km roweru i 85 km biegu. Gdzie są te limity które ograniczają człowieka? Czy to już jest koniec? A może na kilka lub kilkanaście lat ktoś wymyśli jakiegoś „super hiper ultramana”? Kolejny raz podwoi dystans i żeby nie było za łatwo zrobi go jeszcze na orientację:) Śmieję się ale myślę, że to możliwe. Jak czytam takie artykuły to moje maratony czy ukończone w limicie setki wydają się zabawą w piaskownicy..

    Grzesiek,

    Czytając relację z Twojego Przejścia widzę, że podszedłeś mądrze do sprawy. Nie zarżnąłeś się na początku, oszczędzałeś siły. Wziąłeś kilka par skarpet ale ciekaw jestem czy je zmieniałeś? bo kiedyś pisałeś że co prawda bierzesz skarpety na zmianę ale często szkoda Ci czasu na zmianę. A tym razem jak było?

    Piszesz, że nudno Co było na tak długiej trasie. Nic prostszego tylko następnym razem spróbuj ją przebiec. I nudno nie będzie i na mecie będziesz całował ziemię niczym Papież:)

    Jeszcze ostatnia sprawa: czekanie na Wirka. Powiem Ci, że ja mam też problem czasem z podobnymi sytuacjami. Jadę na imprezę z myślą, że będę napierał solo. Bo i nauczę się więcej i satysfakcja większa. Cóż to za przyjemność przejść trasę trzymając się spodni kolegi który dobrze nawiguje? Tak zawsze myślałem ale często na zawodach jakoś tak wychodziło, że przypadkiem poznawałem kogoś i napierałem z drugą osobą przez większość lub całą trasę. I nie narzekam tutaj, broń Boże. To byli bardzo fajni ludzie i przyjemnie mi się szło we dwójkę. No właśnie ale co jeśli jedna osoba jest słabsza, zaczyna spowalniać? Głupio tak kogoś zostawić, nie wiadomo co ten ktoś pomyśli, jak to odbierze. Przede wszystkim głupio przed samym sobą, tak zostawić kolegę/koleżankę na trasie.

    Sam nie wiem, ja w każdym razie myślę, że tutaj nie powinniśmy mieć jednak skrupułów. Dla każdego kto na rajd (indywidualny) jedzie powinno być jasne, że możemy iść razem, ok, ale jeśli ktoś postanowi wyskoczyć do przodu lub zostać w tyle to będzie zupełnie w porządku. Zawsze możemy spotkać się później na mecie, podzielić się wrażeniami, wypić piwko.
    A może powinno być inaczej? Może jestem skurczybykiem bez serca wpatrzonym tylko w wynik dla którego przyjaźń, solidarność, ludzie się nie liczą? Może trzeba w takich sytuacjach poczekać na partnera tak jak zrobił Grzesiek czekając na Wirka? Co o tym myślicie?

    Nie wiem czy opisałem to zrozumiale, ten dylemat który czasem miewam.

    Pozdrawiam!

    p.s. Yanek, ten Twój sklep jest naprawdę fajny. Nie miałem pojęcia, że jest tyle rodzajów łamigłówek. Miałem ostatnio frajdę bawiąc się „Brain Teaser” dodanym do herbatek Lipton. Myślę o zamówieniu kilku łamigłówek z Twojego sklepu jako prezentów. Święta się zbliżają…

  27. Kuerti mówi:

    Jasiekpol,

    Dzięki! No niestety, taki gen jak mawia Bart. Minęło raptem kilka dni od Przejścia a ja już jestem na endorfinowym głodzie, wczoraj 30 minut biegu (bez „czucia” jeszcze..), a dziś godzina roweru. Nie mogłem usiedzieć w miejscu.

    Paweł,

    To, co opisałem to był stan, w którym byłem kilkadziesiąt godzin po Przejściu, teraz czuję się nieco inaczej. Nie da się w słowie pisanym, które chcąc nie chcąc musi być zorientowane w czasie opisać naszych emocji. Pewnie, że każdy start to coś nowego, dla mnie Przejście to masa doświadczeń, ale i to pytanie, co dalej? Jeśli nie poprawisz/poprawisz życiówkę na dyszkę to wiesz co dalej. W przypadku ultra to nie jest takie proste, tak myślę.

    A co powiesz na 10x ironman? Jest taka dyscyplina, ludzie pływają w basenie, jeżdzą na rowerze stacjonarnym i biegają na bieżni mechanicznej. Dla mnie to nieporozumienie, ale ogrom wyzwania poraża..

    A teraz o Przejściu,

    Tak, miałem 5 par skarpetek i tak, zmieniałem je 🙂 . Opiszę to dokładniej w relacji, która ukaże się za kilka dni – dla mnie Przejście było głównie zmaganiami o zachowanie całych stóp…

    Następny mój start w Kotlinie to łamanie 24 godzin. Ewentualnie plan minimum poprawa tegorocznego wyniku. Nie widzę sensu (dla siebie) pokonywać tą trasę np. w 3x godzin. Nie muszę sobie udowadniać, że jestem w stanie to zrobić, bo już to zrobiłem. Zresztą to złożone zagadnienie, nie bardzo wiem teraz jak to opisać.

    Co do Wirka, założenie było takie, że napieram sam. Po drodze jednak gdy maszerujesz z kimś przez całą dobę chcąc nie chcąc tworzy się jakaś więź. Pamiętaj, że Przejście to nie były zawody, owszem, być może moje podejście było inne niż 98% uczestników, ale jednak. Miejsce, w którym się rozstaliśmy z Wirkiem to był taki moment, w którym jakoś tak przeszła mi ochota na walkę o jakiekolwiek wyniki, po prostu chciałem dojść do końca.

    Zresztą byłem pewien, że Wirek zaraz mnie dogoni. To wszystko strasznie się przedłużało. Wyszło na to, że kręciłem się w miejscu przez kilkanaście minut, w końcu powiedziałem sobie dość, to nie ma sensu! No i spróbowałem potruchtać.. Resztę już znasz.

    Generalnie to ciężka sprawa. Lubię towarzystwo na trasie, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, z tego jakie to trudności sprawia w przypadku kiedy chcesz walczyć o miejsce/czas. Nigdy dlatego nie zatrzymuję nikogo na siłę przy sobie, ale i też nie staram się przesadnie zwalniać. Na zawodach każdy gra o swoje, myślę, że to powinna być niepisana zasada.

    Pytanie jednak jak z punktu etyki wygląda sytuacja, w której podczepiamy się na noc do dobrego nawigatora, a z nastaniem świtu, czy też przed metą zostawiamy go za sobą. Nie wiem jak rozwiązać ten problem. Na pewno nie wygląda to dobrze, ale czy wobec tego niepisaną zasadą powinno być zostanie przy nawigatorze? Jak długo?

  28. Paweł mówi:

    10X Ironman w laboratoryjnych warunkach? Jak myszy w terrarium kręcące kołowrotkiem? Ja też wolę świeże powietrze. Ale dystans – nawet nie chcę o tym myśleć.

    Nie dziwię Ci się Grzesiek, że w Przejściu będziesz chciał złamać 24h. Bez sensu byłoby robić tą samą imprezę w tym samym czasie lub gorszym. Jak podchodzić jeszcze raz to po to by zrobić to lepiej. Jasna sprawa.

    Z towarzystwem to właśnie jest tak dziwnie bo ja je też je lubię, mimo że początkowo założenia mam inne. O wiele raźniej się przeciska w nocą po krzakach z kimś niż samemu. Można sobie pogadać, przedyskutować trasę. Ale prawie zawsze jest tak, że w pewnym momencie jedna osoba słabnie a druga jest silniejsza. Ja w takich przypadkach już tak zżywam się z partnerem, że głupio mi go zostawić. Mam potem wyrzuty sumienia.

    Pisałem powyżej o osobach mających podobne doświadczenie, nie o skrajnym przypadku nawigator i laik.

    Uważam że podłączanie się pod dobrego nawigatora można usprawiedliwić gdy ktoś nie ma doświadczenia a chciałby po prostu przejść trasę. Pierwszy raz. Albo zbłądził, kompletnie się pogubił. Albo chce się nauczyć, jak nawigować. Albo też z założenia idzie w grupie i nie traktuje tego jako osobistych zawodów. Wtedy, ok, pierwszy raz, ten ktoś i tak przecież będzie miał świadomość, że nie przeszedł samemu. Sam tak zrobiłem na swojej pierwszej setce, której ukończyłem tylko połowę.

    Natomiast za niedopuszczalne uważam przypadki, że ktoś walcząc w czołówce o wygraną podłącza się pod dobrego nawigatora (korzysta przez prawie cały bieg z jego nawigacji) po to by na końcówce go wyprzedzić i wygrać zawody. Ten przykład nie jest wyssany z palca – słyszałem o takiej sytuacji na pewnych zawodach w Polsce w tym roku.

  29. Kuerti mówi:

    Z moich doświadczeń – napieranie z drugą osobą to mniejsze obciążenie psychiczne, odpowiedzialność za wybór drogi rozkłada się na dwie osoby, jeśli nie czujesz się pewnie w nawigacji to jest to znaczne ułatwienie. W przypadku kryzysu, naprawdę dużo latwiej utrzymać przyzwoite tempo maszerując wpatrzonym w nogi innej osoy, masz punkt odniesienia, ktoś nabija Ci tempo. Samemu łatwiej zwolnić, a czasem zupełnie odpuścić. To wszystko sprawia, że w pewien sposób przyzwyczajamy się do naszego towarzysza niedoli i później ciężko go zostawić jeśli poczujemy nowe siły.

    Tak jak mówiłem, Przejście było dość specyficzne, więc i taka moja decyzja. Na setce nie czekałbym – na setce chcę się ścigać, tutaj chciałem po prostu ukończyć.

    Nie widzę nic złego jeśli na początku przygody z rajdami podłączymy się do kogoś bardziej doświadczonego, to bardzo cenna lekcja. Ja sam tak robiłem na początku. Teraz jestem już w stanie samodzielnie sobie poradzić.

    Problem w setkach na orientację jest taki, że moc to połowa sukcesu, druga to dobr nawigacja. Jedno z drugim nie zawsze idzie w parze. A w krytycznej sytuacji łatwiej urwać się wytrzymalszemu zawodnikowi niż lepszemu nawigatorowi. Myślę, że nic tutaj sensownego nie ustalimy, wszystko i tak polega na wyczuciu sytuacji.

  30. Paweł mówi:

    Z tym podpinaniem się pod kogoś to oczywiście wszystko jest w porządku gdy napieracz i nawigator idą razem cala trasę i na mecie są klasyfikowani na jednym miejscu, jako zespół. Tak wiele osób robi i to jest ok. Ale gdy napieracz na końcówce wyrywa się przed nawigatora bo chce być pierwszy to to już o.k. nie jest. Moim zdaniem.

    Oczywiście to co napisałem nie ma żadnego związku z Twoja sytuacją na Przejściu. To dwie zupełnie różne sytuacje.

    Ale nie ma co tego dłużej roztrząsać. Tak jak napisałeś, to zależy od wyczucia konkretnej sytuacji. A w ogóle to jakiś ciężki temat wrzuciłem, sorry.

  31. rocha mówi:

    Często mam takie myśli jak Twoje w artykule. Czasem zmieniam dyscyplinę na dłużej, a czasem po prostu robię przerwę i nabieram te wiecznie brakujące 3-4kg.
    Jednak nawet w stanie najgłębszego zniechęcenia i braku pewności na temat tego, co dalej, wiem, że za tydzień-dwa już mnie będzie nosić po ścianach by trochę nakręcić oddech, przyspieszyć serducho i poczuć smak potu.
    Po prostu Hysky już tak mają…

  32. Kuerti mówi:

    Rocha,

    Dokładnie tak, czuję już głód nowych wyzwań. Zawsze jest taki okres przejściowy, przychodzi taki dołek, ale zawsze z niego wychodzimy. Warto o tym pamiętać.

    Przy okazji zapytam Ciebie o plan na przyszły rok, 34, 28 godzin, padną te 24 godziny?

    Paweł,

    Trudny temat, nad którym warto się zastanowić, żeby później nie było wątpliwości na trasie.

  33. Yanek mówi:

    O pozostawianiu „współnapieracza” na trasie piszecie z perspektywy tych, którzy mają zawzwyczaj więcej siły. To wy mieliście dylemat czy kogos zostawić i popędzić do przodu, czy też w imię jakiegoś niepisanego dobrego obyczaju ciągnąć za sobą „ogona”.
    Ja miałem ostatnio okazję wystąpić w roli tego drugiego, to na mnie czekano, to przez moją słabość ktoś osiągnął gorszy wynik. Nie czułem się z tym wcale dobrze, „wypychałem” Janusza i Darka którzy szli ze mną i mieli dużo więcej sił. W końcu jeden podrepytał szybszym rytmem, a drugi „doniańczył” mnie do samej mety. Chociaż obaj to luzacy i zapewniali mnie że zwisa im wynik było mi mimo wszystko trochę głupio.
    PS. Paweł zapraszam, oczywiście dla napieraczy są extremalne rabaty :-).

  34. Kuerti mówi:

    Yanek,

    To jest tak, że jak jesteś tym, który ma zostawić kolege to jest Ci strasznie niezręcznie, ale znajdując się po drugiej stronie czujesz się dokładnie tak samo! Tylko, że z innego powodu. Pamiętam jak rok temu na Harpie ok 40 kilometra złapał mnie kryzys, napierałem razem z Piotrkiem Szaciłowskim (który właśnie zmaga się z setką na trasie Jesiennych Trudów, powodzenia!), on miał jeszcze pełno sił, a ja go tylko wstrzymywałem. Było mi strasznie głupio. Powtarzałem mu, żeby nie patrzył na mnie tylko ruszał do przodu. W końcu posłuchał i potruchtał dalej. Ostatecznie zakończył zawody na pierwszym miejscu, a ja zrezygnowałem. Gdyby został ze mną dłużej straciłby szansę na wygraną.

    Może zastanwiać się czy jeśli zostałby ze mną to może mi przeszedłbt kryzys? Być może. Ale to nie są zawody drużynowe, tutaj każdy powinien liczyć przede wszystkim na siebie.

  35. Paweł mówi:

    Gdybym ja był tym słabszym to nie chciał bym, by ktoś na mnie czekał. Wypychałbym go siłą do przodu. Głupio by mi było, że przeze mnie ktoś stracił szansę na dobre miejsce. Mam takie same odczucia jak Wy.

    Podsumowując myślę, że fajnie jest napierać z przygodnie poznanym partnerem dopóki, dopóty obaj mają podobne tempo. Gdy jednak ktoś wyraźnie, mocno słabnie warto pomyśleć o rozstaniu. Inaczej mocniejszy będzie w duchu żałował, że stracił szanse na lepsze miejsce przez wolniejszego towarzysza a i wolniejszy będzie miał wyrzuty sumienia, że hamował mocniejszego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

  • ARCHIWA