Kuertiego przypadki Biegający w zbożu

Opublikowany 22 lipca 2014 | autor Grzegorz Łuczko

9

Czasem trzeba wrócić na sam początek

Włącz muzykę! Dawid Podsiadło. No

– Dwa hot-dogi poproszę! Stacja benzynowa w Gorlicach. Tankuję paliwo i uzupełniam kalorie. Mam dziurę w brzuchu, załącza mi się straszliwe ssanie. Kilka godzin temu ukończyłem Rzeźnika i po wielu godzinach przyjmowania żeli i batoników energetycznych chce mi się rzygać na samą myśl o czymś słodkim. W przeciwieństwie do tłustego! – Z czosnkowym? – Tak, z czosnkowym!

Zaraz po biegu zapakowałem się w auto i ruszyłem w drogę powrotną. Pędziłem po lokalnych drogach przez Bieszczady i Beskid Niski. Może i to było niebezpieczne i nieodpowiedzialne. Po nieprzespanej nocy i biegu przez kilkanaście godzin, byłem cholernie zmęczony. Otworzyłem okna na oścież, dałem muzykę głośniej, dużo głośniej. Wiatr hulał po aucie, a promienie słońca ogrzewały twarz.

Krótki moment szczęścia, który popsuty miał zostać niechybnie przez nadmiar myśli. Zupełnie niepotrzebnych myśli. Zresztą jak zawsze.

Byłem szczęśliwy dobiegając na metę, ale jednocześnie rozczarowany nieudanymi przygotowaniami. Ostatnie pół roku dało mi popalić. Trening nie szedł mi w ogóle, im mocniej się starałem, tym mniej wychodziło. Starałem się więc mocniej i zgadnijcie co! No właśnie, wychodziło jeszcze mniej. Paskudne uczucie.

Im bliżej startu, tym było gorzej. Obiecałem sobie, że w momencie przekroczenia mety Rzeźnika daję sobie na luz. Koniec z wyzwaniami, z planami treningowymi i celami sportowymi. Koniec zwracania uwagi na to, co jem, koniec z ograniczeniami. Jakimikolwiek!

Paradoks polegał na tym, że nawet mając te wszystkie postanowienia i tak nic z tego nie wychodziło. Traciłem podwójnie, z części rzeczy odmawiałem w imię… no właśnie, w imię, kurwa, czego? A z drugiej strony miałem paskudne uczucie zawodzenia samego siebie. Wiedziałem, że nie chcę się tak czuć.

Po Rzeźniku zgodnie z planem wrzuciłem na luz. Nie biegałem, nie robiłem nic. Pojechałem na weekend do domu. Zabrałem co prawda buty biegowe i cały sprzęt, ale przeleżały w torbie. Do domu jeżdżę raz na miesiąc, półtora. To takie ładowanie akumulatorów, trochę taka ucieczka przed pędem życia. Taka oaza, w której można poczuć się znów dzieckiem i nic nie musieć. Biegać również.

Wreszcie miał nadejść ten czas, kiedy sam zdjąłem z siebie to poczucie presji. Nie miałem ochoty na trening? Przecież nie musiałem nic robić, do niczego się nie przygotowywałem. Nie mogłem zawalić jakichś zawodów, bo przecież na żadne nie byłem zapisany. Miałem ochotę na pizzę? Wróć, miałem ochotę na pizzę i piwo? Droga wolna!

Nie odmawiałem sobie więc! Siedziałem u siostry w sobotni wieczór. Jadłem pizzę, popijałem kolejne piwo. Leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy telewizję (coś czego u siebie nigdy nie robię, z prostej przyczyny, nie mam telewizora. Ale nie martwcie się! Tracę czas w inny sposób, w internecie!) i niczego nie musiałem.

Nie było żadnej spiny. Wreszcie…

Wróciłem w niedzielę wieczorem do Poznania. W poniedziałek rano wyciągnąłem rower i pojechałem nim do pracy. To jakieś 7-8 kilometrów. Pokonanie tego dystansu zajmuje mi tyle samo czasu, co jazda samochodem. A do tego dochodzi szereg plusów: mam w ciągu dnia więcej ruchu, oszczędzam na paliwie, nie gotuje się w aucie wracając po południu stojąc w korkach. No i wiecie, ten wiatr we włosach…

We wtorek miałem już plan. Cztery treningi biegowe na tydzień. To zabrzmi jak niezły żart, w końcu przebiegłem Rzeźnika 2 tygodnie wcześniej i w maju Transvulcanię, ale zacząłem od… 30 minut biegu. Do tego dwie sesje po 40 minut i jedno „długie wybieganie” na 50 minut. I tak przez dwa tygodnie, po tym czasie chciałem zwiększyć kilometraż o jakieś 10 procent.

Pojawiła się lekka spina. Jaka ulga…

Całe dorosłe życie uprawiam amatorsko sport. Nie wiem jak to jest nie poddawać swojego ciała zmęczeniu. Jak to jest powiedzieć: nie, nie wbiegajmy na tę górę (nie wiem jaką, to zresztą obojętne), lepiej napijmy się piwa. Bo zawsze najpierw wbiegam na tę górę, a później piję piwo. Nie wiem jak to jest wybierać to, co nie męczy. Po prostu nie wiem. Jara mnie zmęczenie.

Ten moment, w którym już nie możesz. Upadasz i nie masz sił. Jednak wstajesz i kończysz to, co zacząłeś. Jak na Transvulcanii. Nie wiem z czego to wynika. Tak mam i już. Lubię to w sobie i nie chcę tego zmieniać. Nie chcę kablówki, nie chcę nie robić niczego, nie chcę nie męczyć się. Lubię to i potrzebuję tego, żeby czuć się dobrze z samym sobą.

Jasne, że czasem mam dość. Zwykle wtedy, gdy podejmuje się zbyt ambitnego zadania, na które nie jestem przygotowany. I tak właśnie było z Rzeźnikiem. Poprzeczka ustawiona była zbyt wysoko. Cel przestał mnie motywować, a zaczął przytłaczać. Czasem trzeba zrobić więc reset i zacząć od nowa. I tak właśnie zrobiłem.

Jest dobrze. Znów jest dobrze!

Zdjęcie: Grzegorz Lisowski z Nigra Photo


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



9 Responses to Czasem trzeba wrócić na sam początek

  1. Marek mówi:

    Dla ludzi którzy nie biegają to co piszesz może być troszkę niezrozumiałe. Ale dla biegaczy to chleb powszechni. Każdy potrzebuje zregenerować swoje siły, kiedy to na nic nie ma ochoty. Czasami pojawiają się też chwile zwątpienia, ale najważniejsze to nie poddawać się, wypocząć i wrócić do tego co lubimy, biegania.

  2. Liczę się z tym, że niebiegający mogą nie zrozumieć tego tekstu, przecież to brzmi jakbym był jakimś szaleńcem! 🙂 Próbowałem uchwycić ten stan, w którym z jednej strony lubisz aplikować sobie zmęczenie, dawać wycisk na treningach i później startować w trudnych zawodach. Ale jednocześnie jest sporo takich chwil kiedy masz tego dosyć i marzysz o „zwyczajnym” życiu bez wyrzeczeń na rzecz treningów.

    Trzeba umieć zachować odpowiedni balans między jednym a drugim. Co oczywiście nie jest łatwe!

    Ps. Nie mam przeciwko jeśli komentujesz i podajesz link do konkurencyjnego sklepu 😉 . Wszak na co dzień prowadzę NBR 🙂 . Ale podpisując się używaj proszę imienia/pseudonimu, a link wpisuj w odpowiednie miejsce. Dzięki!

  3. borman mówi:

    Gdyby nie było źle, nie byłoby dobrze 😉 . Nie zawsze jest po górkę, nie zawsze z górki. Takie banały.
    Równowaga, Grześ, równowaga. Łatwo ją stracić, trudno odzyskać. Ale co to ja chciałem? A tak 🙂 …
    Wariat jesteś 😉 .

  4. kricho mówi:

    Borman – zadaje sobie pytanie kiedy trafisz gościa który ci zaproponuje, za Smoleniem, „gdybym rano się nie golił to bym panu…….”? Poza tym gorąco pozdrawiam i do zobaczenia na trasie

  5. kricho mówi:

    właśnie masz racje, po co ? ale czy zawsze wiemy po co coś robimy? powiedz lepiej kiedy wróciłeś z MGS, bo zakładam że na rowerze!
    pozdro

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑