Góry Bieg Rzeźnika

Opublikowany 26 czerwca 2014 | autor Grzegorz Łuczko

10

Przez całe Bieszczady, czyli Bieg Rzeźnika 2014

Opadłem z sił. W nogach zupełnie brakuje mocy. Dwójka turystów od kilku minut „siedzi” mi na plecach, a ja nie potrafię im się urwać. To deprymujące. „Ścigamy się” tak przez kilkanaście minut podejścia. Bartek jest kilkadziesiąt metrów przede mną. Zachował więcej sił na ten ostatni odcinek. A przecież cztery lata temu ta końcówka wyglądała zupełnie nie tak…

W Bieszczadach jest inaczej. To miejsce ma w sobie to coś. Ten klimat zapomnianego końca świata, w którym życie toczy się wolniejszym tempem. Wracam po raz kolejny w te rejony z uczuciem nostalgii. W końcu, to tutaj wszystko się zaczęło jeśli chodzi o moją fascynację górami (z pierwszego wyjazdu w Bieszczady relacja nie powstała, ale przeczytać możesz za to wrażenia z mojego debiutu w Rzeźniku kilka lat temu).

PRZED STARTEM

Budzę się kilka minut przed budzikiem. Jest pierwsza w nocy, minut dwie. Alarm w telefonie zadzwoni za osiem minut. Za trzydziesieci osiem minut wyjdziemy w kierunku autobusów, które zawiozą nas na start oddalony kilkadziesiąt kilometrów na zachód. Bieg rozpocznie się w Komańczy równo o trzeciej trzydzieści rano. Próbuję coś zjeść, choć czuję na żołądku jeszcze wczorajszy makaron.

Boję się tego startu. Bardziej niż Transvulcanii miesiąc wcześniej (przeczytaj relację i sprawdź w jaki sposób udało mi się „zmartwychwstać” na trzydzieści kilometrów przed metą!). Nie biegnę sam. Formuła Rzeźnika – bieg w parach – ma prawdopodobnie tylu samo zwolenników co przeciwników. Ci pierwsi powiedzą o bezpieczeństwie i większej motywacji. Ci drudzy narzekać będą na trudność z dopasowaniem formy i znalezieniem odpowiedniego partnera.

Na wspólny start umówiliśmy się z Bartkiem jeszcze w tamtym roku. Plan zakładał przygotowania na bardzo ambitny wynik, chcieliśmy „złamać” dziesięć godzin. Czułem, że ten czas jest w moim zasięgu. W 2010 nabiegaliśmy z Marcinem 11 godzin i 20 minut. A wcale nie byłem w życiowej formie. Wręcz przeciwnie, dochodziłem do siebie po morderczym Adventure Trophy (zabawa dla dużych chłopców i dziewczyn, czwórkowy rajd przygodowy na dystansie prawie 400km).

KOMAŃCZA

Na starcie stanęło blisko sześćset zespołów. To prawie cztery razy więcej niż cztery lata temu, gdy debiutowałem w tym biegu. Wtedy biuro zawodów mieściło się w małej salce, a teraz trzeba było zbudować małe miasteczko namiotowe. Dzień przed startem w Cisnej kręci się pełno ultrasów, można dokupić potrzebny sprzęt u partnerów biegu, a nawet napić się piwa „Rzeźnik”. Czuć atmosferę biegowego święta.

Zaczynamy ostrożnie. Pierwsze kilometry to rozbiegówka po asfalcie. Przyjemne 7 kilometrów w sam raz na rozgrzanie organizmu. Biegniemy w tłumie. Ostatecznie zdecydowaliśmy powalczyć o realne jedenaście godzin. Lekko mży, warunki do biegu mamy optymalne. Asfalt się kończy, a ja uświadamiam sobie, że większość moich treningów po Transvulcanii liczyła sobie podobny dystans.

Po powrocie z Kanarów zupełnie mi nie szło. Cały czas czułem się przemęczony, a później zniechęcony. Do Rzeźnika czasu coraz mniej, a moja forma była daleka od oczekiwanej. To generowało niepotrzebny stres. I gdy wreszcie wybiegamy z asfaltu w teren mam niezłego pietra, czy dam radę utrzymać odpowiednie tempo…

Droga wnosi się delikatnie w górę. Jest sucho. Przypominam sobie ten odcinek 4 lata temu, wtedy ledwo wyciągaliśmy buty z bagnistej brei. A teraz jest po prostu sucho. Kilometry uciekają jeden za drugim. Nawet strome podejście na Chryszczatą nie dłuży się. Łatwo tutaj przesadzić z tempem. Teren jest stosunkowo łatwy i można mocniej docisnąć aż do samej Cisnej. Prawdziwy Rzeźnik zaczyna się jednak nieco dalej…

CISNA

I nagle kończy się grzbiet, skręt w lewo i zbiegamy śliskim zboczem. Słynny zbieg pod stokiem narciarskim. Tyleż słynny, co wyjątkowo nieprzyjemny. Ostra, beznadziejna ściana w dół. Ledwo trzymam się podłoża. Wokół pełno fotografów, którzy tylko czekają na upadek, któregoś z nas. Na szczęście udaje nam się utrzymać na nogach i wybiegamy na asfalt. Prosto do Cisnej.

A tam pełno ludzi. Aż chce się biec. W takich momentach zawsze czuję przypływ adrenaliny, zmęczenie ustaje, a mnie niesie chwilowa euforia. Czuję się jak w jakimś transie. Wpadamy na stadion, robimy szybki przepak i ponownie jesteśmy w drodze. Znowu mostek, ten sam, przez który przebiegaliśmy z Marcinem. A teraz po raz kolejny, po czterech latach. Historia zatacza koło.

Do tego momentu czuję się całkiem nieźle. Później będzie już tylko gorzej. Podejście pod Jasło zaczyna się od stromej ściany, na której z miejsca trzeba wspiąć się jakieś 200-300 metrów. Dodatkowo to jedyny fragment trasy, na którym znajduje się większa ilość błota. Buty ześlizgują się, a mięśnie palą. Dyszę i z trudem stawiam kolejne kroki.

Zbierają mi się czarne myśli. Najchętniej bym zawrócił i zbiegł w dół do Cisnej, żeby już się więcej nie męczyć. Nie jesteśmy nawet za połową, a ja już mam dosyć. W brzuchu mam pusto, w nocy nie zjadłem nic oprócz jogurtu pitnego. Podjadam cały czas żele i batony – które dodają mi energii, ale żołądek mam pusty i marzy mi się jakaś bułka, coś co zapełniłoby mi na trochę brzuch.

Nie mam sił, żeby przyspieszyć, staram się trzymać pleców Bartka i przetrwać ten trudny moment. W końcu każdy kryzys kiedyś mija, prawda? W tej trudnej chwili wydaje się, że to stan ostateczny. Że nic nas nie zmusi do postawienia kolejnego kroku. A jednak doświadczenie uczy mnie, że to mija. Wiatr przegania chmury, a słońce na powrót pojawia się na niebie. Czasem trudno w to uwierzyć, ale jednak tak rzeczywiście jest!

Bieg Rzeźnika

DROGA MIRKA

Po wdrapaniu się na Jasło zostaje nam jeszcze podejść pod Fereczatą, a później już tylko w dół, do samego Smereka. Po stronym, ale krótkim zbiegu wylatujemy na szuter i przed nami słynna Droga Mirka. 6km szutru, który przechodzi w końcówce w asfalt. Lekko w dół. Ustalamy interwał na 400 metrów biegu i 100 metrów marszu. Mogę się skupić na czymś konkretnym, mierzalnym.

Bieg Rzeźnika to prawie 80 kilometrów biegu po górach. Dziesiątki tysięcy kroków, które trzeba postawić. Setki minut, które spędzić trzeba na trasie. Czas mija zdecydowanie szybciej, gdy ustlamy sobie jakieś konkretne punkty, do których mamy dotrzeć. 400 metrów biegu, 100 metrów marszu. 400 metrów biegu, 100 metrów marszu. 400 metrów biegu, 100 metrów marszu…

Smerek, czyli 56 kilometr. Do mety zostało ich jeszcze lekko ponad 20. Na przepaku dostajemy po bule, wreszcie! Rzucam się na nią wygłodniały, popijam dużą ilością coli i wreszcie czuję jak wracają mi siły. Nogi nadal bolą, w zasadzie już ich nie czuję. Ale bułka z colą daje mocy! Według rozpiski Bartka mamy kilka minut opóźnienia – przez to, że guzdrzemy się na przepaku.

NA WETLIŃSKĄ

Szansę na złamanie 11 godzin nadal mamy, ale musimy się sprężać. Wybiegamy w większej grupie i w takim tramwaju poruszamy się aż do samego Smereka. Tempo może nie jest zbyt szybkie, ale podchodzimy całkiem sprawnie. Na połoninie Bartka ogarnia chwilowy kryzys i wreszcie to ja mogę nas trochę poprowadzić. Oprócz pierwszego odcinka biegu to Bartek cały czas nadaje tempo. Gdyby wystartował z kimś mocniejszym miałby dużo większe szanse na wynik poniżej 11 godzin.

W Berehach znajduje się ostatni punkt kontrolny przed metą. Opijam się kubkami z Tigerem. Biorę jeden, później drugi, trzeci. Kończę na czwartym. To już końcówka. Jeszcze tylko podejście na Caryńską, krótki odcinek połoniną, zbieg do Ustrzyk i meta! Ruszamy z punktu w bojowych nastrojach, ale już za moment trafiam na ścianę…

Bieg Rzeźnika

NA CARYŃSKĄ

Opadłem z sił. W nogach zupełnie brakuje mocy. Dwójka turystów od kilku minut „siedzi” mi na plecach, a ja nie potrafię im się urwać. To deprymujące. „Ścigamy się” tak przez kilkanaście minut podejścia. Bartek jest kilkadziesiąt metrów przede mną. Zachował więcej sił na ten ostatni odcinek. Cztery lata temu ta końcówka wyglądała zupełnie nie tak.

Miałem w tym miejscu więcej sił i chęci napierać pod górę. Czułem zbliżającą się metę. Marcin zaczął zwalniać, a mnie ciągnęło do góry. Walczyliśmy o pierwszą dziesiątkę. A teraz? Nie walczymy już o nic. Wiem, że dobiegniemy, choćby nie wiem co się działo. To tylko kwestia czasu.

Wydaje mi się, że poruszam się jak w koszmarze, w którym spieszysz się gdzieś, próbujesz przyspieszyć, a mimo to drepczesz w miejscu. Tu czas upływa równie wolno. W końcu wychodzimy z lasu i dostrzegam koniec podejścia. Wiem, że to będzie już ostatnie wzniesienie, które pokonam dzisiejszego dnia. Zbieram się w sobie i nieco przyspieszam.

Zaczynamy niezdarnie podbiegać. Mój bieg jest pokraczny. Ledwie unoszę stopy nad ziemię, nie mam na to sił. Mimo to biegnę. Trzymam się za Bartkiem, który nadaje tempo na tych ostatnich kilometrach. Nie uda nam się złamać jedenastu godzin. Jestem zły na siebie, za te przygotowania, których prawie nie było. Za to, że nie jestem w takiej formie, żeby prowadzić, nadawać tempo. Tych 10 godzin, które założyliśmy sobie jeszcze jesienią nie udałoby nam się połamać. Ale 11 godzin były do zrobienia!

USTRZYKI GÓRNE. META

Ostatni zbieg do mety. Bartek gubi przyczepność na zdradliwych kamieniach i boleśnie upada na ręke. Nie wyglądało to dobrze, na szczęście nic mu nie jest. Szybko się podnosi i kontynuujemy zbieg. Wiem, że jesteśmy już blisko. Wkrótce kończy się las i wybiegamy na polanę. Ktoś nas dogania, Bartek motywuje mnie do ostatniego wysiłku. Z początku chcę machnąć ręką na tę bezsensowną rywalizację, jestem zmęczony, a miejsce w tym momencie przecież i tak jest bez znaczenia.

Po co się więc męczyć?! Ale mimo to przyspieszam. Może to i nie ma sensu, ale nie potrafię odpuścić. Bartek trzyma się tuż za mną. Przebiegamy przez mostek i wbiegamy po schodkach, aby za chwilę przekroczyć linię mety. Nikt nas już nie wyprzedził. Dostajemy medale i piwo uwarzone specjalnie na tę okazję, piwo z browaru Ursa Maior – piwo Rzeźnik. Zasłużyliśmy!

Zdjęcia: Daria


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



10 Responses to Przez całe Bieszczady, czyli Bieg Rzeźnika 2014

  1. Dorota mówi:

    Ah Ten Rzeźnik!!!! 🙂 Gratuluję ukończenia po raz kolejny tym bardziej, że łatwo nie było ani trochę 🙂

    Rzeźnik to moje marzenie…

    • Dzięki 🙂 . Mimo wszystko było łatwiej, pogoda i podłoże przyjemniejsze niż 4 lata temu, no i ja sam po tym czasie mam o wiele więcej doświadczenia w biegach ultra. To procentuje. Nawet jeśli nie widać progresu w wyniku (a raczej regres! 😉 ).

  2. Robert mówi:

    Cześć, Fajnie, że PK4 znowu działa. Szkoda, że w kolejnym biegu nie udało nam się nawet przywitać. Złamanie 12h też jest świetnym wynikiem. Trzeba było iść na HC, żeby się podbudować (przepraszam: to taki okrutny żart). Do następnych wspólnych zawodów. Ilekroć patrzę na „Twoje” Cascadie to ciepło myślę o Tobie :).

  3. Krolisek mówi:

    Rety, Grzesiek! To już 4 lata od AT i tamtego Rzeźnika! Ależ ten czas leci. Tak czy inaczej, gratuluję kolejnego zmierzenia się z tą trasą. Narzekanie na wyniki i formę traktuję z przymrużeniem oka. 😉

    • Kopę lat, co? A przecież jak człowiek sobie przypomni jakieś konkretne sytuacje, to jakby to było wczoraj. Ech, jak ten czas leci! A co do formy, może w tekście tego nie zaakcentowałem odpowiednio, ale ja naprawdę jestem cholernie zadowolony z tego biegu. I może nie uwierzysz, ale marudzę znacznie, znacznie mniej niż kilka lat temu 😉

  4. kosa_sw4 mówi:

    Kurde na prawdę Grzesiu piękna przygoda. Chciałbym coś takiego doświadczyć. Chociaż już doświadczyłem 2x, a w lipcu trzeci raz w biegu 7 szczytów 240 km będzie na prawdę hardkor.

  5. artur kurek mówi:

    gratulacje, zdrówka życzę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑