Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 20 lipca 2009 | autor Grzegorz Łuczko

34

WSS: Relacja

P. napisał mi po Grassorze: „nareszcie jakiś pozytywny wpis na blogu,i tak trzymać w koncu to tylko zabawa”. Odpowiedziałem mu, że i owszem, ale również, że łatwo mu mówić, bo od kilku lat niezmiennie okupuje miejsca w ścisłej czołówce. Zapytałem czy jeśli kończyłby rajdy w środku stawki to czy nadal rajdowanie sprawiałoby mu przyjemność? Odparł: „może i masz rację”, zaraz jedna dodał: „ale nie do końca, bo gdybym zajmował miejsca w środku stawki i wiedział, że to wszystko na co mnie stać to OK. ale wiedząc ze mam jeszcze trochę pary w nogach to już niedosyt”. Wielki niedosyt – dodałbym.

***

Był czwartek, dzień przed startem, gdy spoglądałem w niebieskie niebo i na tych kilka wielkich, białych puszystych chmur, które leniwie przetaczały się po nieboskłonie w niewiadomym celu. Perfekcyjnie białe obłoki wprawiały mnie w zdumienie, stałem tak przez chwilę gapiąc się w ten cud natury, świat jest piękny, pomyślałem. Za kilkadziesiąt godzin znów miałem stanąć na linii startu zawodów na 100 kilometrów. O dziwo, byłem pewny swego, jak nigdy dotąd, po prostu wiedziałem, że zrobię w Mosinie dobry wynik – bynajmniej nie byłem pyszny, ani zadufany w sobie. Wiedziałem, że solidnie przepracowałem ostatnie miesiące i teraz pojadę zebrać żniwo tych plonów – ta wewnętrzna pewność nie miała nic wspólnego z zuchwalstwem, po prostu wiedziałem na co mnie stać.

***

Być może ostatecznym kryterium oceny danego rajdu pod względem jego atrakcyjności jest dla mnie odpowiedź na pytanie czy jestem w stanie napisać ciekawą relację z jego przebiegu? W przypadku Wielkopolskiej Szybkiej Setki odpowiedź brzmi: nie. Nie jestem w stanie napisać niczego interesującego. To rzecz jasna wcale nie oznacza, że WSS jest kiepskimi zawodami i nie warto pojawić się za rok na kolejnej edycji. Znaczy to mniej więcej tyle, że szukam w rajdach czegoś innego niż czystej fizyki, a w rajdzie rozegranym w Mosinie wygrał nie najlepszy orientalista czy najbardziej doświadczony zawodnik (nie sugeruje, że zwycięzca miał w tych elementach jakieś braki, broń Boże!) – trasa była na tyle łatwa, że liczyła się przede wszystkim mocna łydka. A tą tego dnia najmocniejszą miał Macek Więcek, który nabiegał po prostu kosmiczny czas – 11 godzin! – drugi był Michał Jędroszkowiak – 12:07 – a trzeci.., a trzeci byłem ja. Wreszcie dobry wynik!

***

Zapadał zmrok a mimo to nadal było nieprzyzwoicie gorąco. Pot lał się ze mnie strumieniami. Do pierwszego punktu dobiegamy w dużej grupie. Są tutaj i ci, którzy będą walczyć o wygraną, a także ci, którzy „nieroztropnie rozłożyli siły”. Jestem i ja, zastanawiający się jak długa ta grupa utrzyma to tempo, jak długo ja sam utrzymam tą prędkość? Do PK2 wybieram nieco inny wariant. Nie chcę biec w grupie – źle się czuję trzymając czyjeś tempo, to jeszcze nie ta chwila, w której trzeba się kogoś trzymać za wszelką cenę, wolę sam decydować o prędkości poruszania się niż biec za kimś. Staram się oszczędzać – co jakiś czas wręcz zmuszam się do marszu.

Na punkt dobiegam jednak w sporym towarzystwie, spotykamy się na rozwidleniu dróg – ja wpadam z jednej strony, kilka osóbz drugiej. Pierwsza trójka – Maciek Więcek, Michał Jędroszkowiak i Marcin Krasuski (trzech panów na M) są gdzieś przed nami. My natomiast jesteśmy w peletonie, który nieśmiało próbuje ich gonić. Na PK3 tracę kilka minut. Czerwony szlak, który w rzeczywistości prowadzi wprost na punkt na mapie zakręca w innym miejscu – sugeruję się mapą i muszę korygować swój błąd. Z punktu wypadam jako 4 zawodnik. Rok temu przez pierwsze godziny prowadziłem razem z Michałem, wtedy jednak wraz z upływem czasu słabłem i wciąż spadałem w klasyfikacji. Pomyślałem więc, że to chyba lepiej jeśli gonię niż jestem goniony.

Upalne powietrze dawało się we znaki. Zabrałem ze sobą tylko 2 litry picia i już po 3 godzinach zastanawiałem się czy po raz pierwszy na zawodach nie padnę ofiarą odwodnienia. Trudno było mi pohamować pragnienie – dopadałem ustnika camelbacka i z trudem odrywałem usta od słodkiego napoju, który wcale nie gasił pragnienia. Marzyłem o tej pół litrowej butelce pepsi, która spoczywała na dnie plecaka. Biegłem i myślałem o wodzie, o pepsi i wszystkich innych napojach tego świata, które w tym momencie były poza moim zasięgiem. Gdzieś za PK4 zacząłem słąbnąć – zaczynała ogarniać mnie senność, a przede wszystkim chciało mi się potwornie pić! Nie wytrzymałem i sięgnąłem po Pepsi przeznaczoną na czarną godzinę – to była właśnie ta godzina!

Po kilku łykach wróciłem do życia, wróciły mi siły i kryzys minął. Przy dobiegu na PK5 mija mnie najpierw Maciek, a chwilę później Michał z Marcinem. Michał rzuca tajemniczo: przyda Ci się ponton! Jaki ponton do cholery? Myślę sobie. Po kilku minutach już wiem o co mu chodziło z tym pontonem – aby dojść do punktu trzeba przeprawić się na drugą stronę kanału. Stoję chwilę skonsternowany na brzegu i zastanawiam się co robić dalej? Włazić w tą ohydną breję? Skoro jednak oni mogli to dlaczego nie ja?! Robię pierwszy krok i o dziwo, obok obrzydzenia pojawia się uczucie przyjemności – ta breja choć cuchnie przyjemnie chłodzi w tą upalną noc! Brodzę po pas przez kilka metrów i po chwili jestem na drugiej stronie. Na punkcie dowiaduję się, że jestem czwarty, do Maćka mam jakieś 20 minut straty.

Kolejne punkty PK6 i PK7 nie sprawiają mi trudności. Tylko na szóstce tracę kilka minut bo za wcześnie zaczynam „czesać” okoliczne krzaki w poszukiwaniu punktu. Do PK7 dobiegam w przyzwoitej formie, zamykam półmetek z czasem 6 godzin i 20 minut. Po drodze na kolejny punkt jest możliwość dobrania wody w bazie. Nie trzeba nadkładać drogi, tak czy inaczej trasa prowadzi przy szkole, w której zorganizowano WSS. Już w Mosinie dostrzegam przed sobą sylwetkę napieracza. To może być tylko ktoś z trójki panów M. Przyśpieszam aby dogonić go przed przepakiem. To Marcin Krasuski. Przed startem analizując listę startową stwierdziłem, że jestem w stanie powalczyć o podium, a później w ostatniej chwili na start zdecydował się właśnie Marcin – no to klops, pomyślałem, nie będzie tak łatwo! Teraz jednak nie zamierzałem odpuszczać, zwłaszcza gdy okazało się, że Michał wyszedł z przepaku kilka minut przed nami. Tylko Maciek wydawał się być już poza zasięgiem – miał już 30 minut przewagi nad naszą trójką.

Szybko dolewam wodę do camela i wybiegam z bazy. Po 5 minutach doganiam Michała, który kończy właśnie uzupełnianie kalorii. Napchał się jak nie przymierzając świnia 🙂 . Po chwili dogania nas Marcin i tak napieramy wspólnie przez kilkanaście minut. A później zaczyna się już ściganie. Najpierw uciekam ja. Wiem, że Michał i tak mnie dogoni, więc to nie jest „ucieczka” sensu stricte, a raczej próba powrotu do samodzielnego napierania. Marcin zostaje nieco w tyle, zastanawiam się czy po prostu jest w słabszej formie czy to jakaś forma taktyki? Wkrótce i Michał zaczyna biec – szybko mnie wyprzedza i oddala się z zasięgu wzroku. Marcina również nie widzę, zostaje więc znów sam. Próbuję podbiegać, ale nie mam sił. Czuję, że nieco sobie zniszczyłem stopy przez tą przeprawę przez kanał. Staram się natomiast trzymać mocne tempo marszu i czekam aż kryzys przejdzie.

Przy dojściu na PK8 o dziwo mijam się z Michałem, tracę do niego jakieś 2 minuty. A co tam, biegnę! Do ósemki chciałem po prostu podbiegać, tyle ile mogę, a od tego momentu chciałem zastosować jeden z patentów, które często wykorzystuję na rajdach w chwilach gdy zachodzi potrzeba zmuszenia się do biegu – zaczynam biec na czas. Minuta biegu, minuta marszu. Skupiam myśli na tych 60 sekundach – tylko przez tyle czasu muszę biec, później mogę odpocząć w marszu. Tym się motywuję, na to czekam. Czas mija niepostrzeżenie odmierzany 60 sekundowymi interwałami. Po 30 minutach przychodzi jednak kryzys. Bolą mnie plecy, stopy i generalnie nie mogę zmusić się do biegu – mam jeszcze siły, ale wykończyły mnie na tą chwilę „mechaniczne” problemy.

Przy powrocie z PK10 mijam się z Marcinem. Znów czuję ciepły oddech przeciwnika na plecach. Poza tym dzień wstaje już na dobre, puszcza mnie poranny kryzys, stopy nie dokuczają tak bardzo, a i plecy się uspokoiły – znowu zrywam się do biegu, w końcu musze obronić to trzecie miejsce! Zwykle liczy się dla mnie czas – tak też było i tym razem. Miejsce jest wtórne wobec czasu – przynajmniej na setkach, jeśli będę zadowolony z wyniku na mecie to i miejsce będzie przyzwoite. Jednak jeśli już miałem szansę powalczyć o podium to nie zamierzałem odpuszczać – dobre miejsce zawsze dodaje pewności siebie, jeszcze większej motywacji. Nie musiałem sobie tego 2 razy powtarzać – adrenalina zadziałała i zacząłem swoją ucieczkę.

Przy jedenastce jednak przeżywam małe zaćmienie umysłu – najpierw znajduję kask na drodze, a później skołowany zaczynam w jego pobliżu szukać punku – bo wydaje mi się, że to właśnie gdzieś tutaj jest ten skraj polany, na którym ma być punkt. 10 minut później dostrzegam białą koszulkę Marcina – no tak, przecież jestem za wcześnie! Prosty błąd. Za prosty. Może to zmęczenie? Może upał daje się już we znaki? Gonię mojego konkurenta i przez czas jakiś napieramy wspólnie. Do momentu, w którym znów zaczynam truchtać – szybko zyskuję dystans i poczucie, że chyba jestem „bezpieczny”. Czar pryska gdy ni stąd ni zowąd Marcin wyłania się gdzieś z krzaków na prawo przede mną! Ale jak?! Jak?! Skubaniec! Gdyby tylko trasa była trudniejsza nawigacyjnie nie miałbym z nim szans – tutaj mogę nadrobić mocną łydką, ale do jego umiejętności nawigacyjnych wiele mi jeszcze brakuje.

Znów napieramy chwilę razem i znów próbuję się urwać. Przed nami ostatni punkt na trasie – PK13. Biegnę jakąś polną piaszczystą drogą, słońce stoi wysoko a z nieba leje się żar. Oglądam się za siebie, ale Marcina nie ma. Czyżby wreszcie mi się udało? Spoglądam na zegarek – mam jeszcze szansę na złamanie 13 godzin! Próbuję przyśpieszyć i nagle czuję jak na łydce powstaje mała gulka – no nie! Łapią mnie skurcze! Kurwa. Szanse przepadają, mogę truchtać, ale nie jestem w stanie zerwać się do ostatniego finiszu. Dziś już nie powalczę… W dodatku mam problem z ostatnim punktem . To szczyt górki. Wchodzę na TĄ przecinkę a TEJ górki nie ma! No nie! Teraz?! Na 5 kilometrów przed metą?! Przeczesuję kilka wzniesień, ale nic nie ma. Cofam się i… no tak, no i widzę Marcina!

To jakieś szaleństwo! Chwilę potem podbijam punkt – stał 100 metrów na zachód od przecinki, na której byłem. Ale jak? Przecież musiałem być na tej właściwej?! To już nie ważne. Zbiegam na asfalt i zaczynam znów truchtać, znów mijam Marcina i znów zaczynam się oddalać, ten rzuca jeszcze: „tylko się nie zgub!” i rozstajemy się na dobre. Mijam most na Warcie i kilkanaście osób, które dopiero co wychodzą na drugą pętle. Truchtam nieśmiało by nie zmogły mnie skurcze i powoli zbliżam się do mety. Jeszcze tylko kawałek po torach, skręt w uliczkę prowadzącą do szkoły i wpadam na metę po 13 godzinach i 17 minutach.

***

Nie czuję się wcale tak jak gdybym zrobił jakiś super wynik. Pamiętam jak rok temu chłopaki ze Świętoszowa wykręcili podobny czas na Rajdzie Dolnego Sanu, myślałem wtedy, że to jest naprawdę coś, że trzeba się mocno namęczyć, żeby osiągnąć taki rezultat. Nieco rok później sam nabiegałem podobny wynik i teraz zupełnie inaczej to widzę. Wcale nie kosztowało mnie to nie wiadomo jakiego wysiłku, nie musiałem przekraczać, żadnych barier ani fizycznych, ani psychicznych. Po prostu byłem dobrze przygotowany. Tylko albo aż tyle. Nie wydaje mi się również, żeby na tych 13 godzinach zawisła moja granica możliwości. W drugiej części sporo maszerowałem i zrobiłem kilka małych błędów nawigacyjnych. Czuję w sobie jeszcze pewne rezerwy – dla porównania, nabiegałem 13h z treningu o objętości rzędu 40-45km na tydzień, Maciek Więcek robi tych kilometrów 3 razy tyle. Nie chciałbym jednak śrubować swojego rekordu biegając na tak łatwych setkach jak WSS, moje kolejne starty planuję na bardziej wymagających imprezach. Sam czas na mecie nie jest w żadnym stopniu miarodajny.

PS. A jak Wam poszło? Zadowoleni jesteście ze startu? Jak Wam się w ogóle podoba WSS i cała idea szybkich setek?


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



34 Responses to WSS: Relacja

  1. Lupus mówi:

    Gratulacje!

    Widzę że los przestał rzucać ci kłody pod nogi 🙂 Trzymaj tak dalej.

    Relacja wydaje mi się trochę „sucha” – widocznie nie wysiliłeś się na WSS za bardzo 🙂

  2. robert59 mówi:

    Gratulacje. Cieszę się, że zaczyna Ci wychodzić. Jak czytam to sam mam ochotę wystartować w setce. Mam już zapłacony start w Klagenfurcie 4 lipca 2010. Może zadebiutuję na po startowej hiperkompensacji w WSS za rok a może już w jesiennym Harpaganie? Przepraszam, że w chwili Twojego sukcesu piszę o sobie, ale Twoja relacja budzi we mnie takie marzenia :).

  3. Kuerti mówi:

    Lupus,

    Dzięki 🙂 . W tym momencie żałuję, że nie będzie mnie na Przejściu, może udałoby mi się przeskoczyć zeszłoroczną poprzeczkę, którą sobie postawiłem 🙂 . Relacja jest nieco „sucha” bo jeśli na trasie nic się nie dzieje – przede wszystkim chodzi mi teraz o przeżycia mentalne, czyli wszelkie kryzysy itp. – to nie ma o czym pisać. Po prostu biegnę, maszeruję, znów podbiegam – wszystko trwa 13 godzin i już 🙂 . Relacja Maćka to dopiero musiałaby być nudna! Coś w stylu: „Zacząłem biec i przestałem po 11 godzinach” 😉 .

    Robert,

    Dziękuje. Zdecydowanie polecam i namawiam na start w setce, to inne doświadczenie niż start w IronManie czy maratony. A WSS jest idealny na debiut – łatwa nawigacja nie uprzykrzy Ci tak życia, a będziesz mógł bardziej skupić się na pokonywaniu kolejnych kilometrów. Na początek jak znalazł.

    Pisz o sobie, pisz! Ja napisałem już całą relację, starczy! 😉

  4. Marek mówi:

    „nabiegałem 13h z treningu o objętości rzędu 40-45km na tydzień, Maciek Więcek robi tych kilometrów 3 razy tyle.”
    MACIEK,
    Proszę, napisz coś o swoich treningach.

  5. Misiek mówi:

    Hej,

    zacznę od gratulacji dla wszystkich. Ukończyć setkę jest czymś, co zawsze satysfakcjonuje a dokonać tego w czasie jak bohaterowie relacji to wyczyn.

    Osobiście startowałem na trasie rowerowej 150 km jak zwykle wyłącznie dla satysfakcji z ukończenia w limicie. Znów się udało 🙂 choć miałem obawy po obejrzeniu mapy (nie jestem dobrym nawigatorem 🙁 ).

    Chciałbym zwrócić może uwagę na to co mi daje satysfakcję na takich imprezach.
    1. Wszystko się może zdarzyć i trzeba sobie poradzić.
    2. Błądząc uczymy się znajdować spokój i rozwiązanie działając pod presją czasu – bezcenne.
    3. Uczymy się logistyki.
    4. Obcujemy z przyrodą, docieramy do ciekawych miejsc.

    A na tegorocznej WSS:
    1. Można było zajrzeć w oczy sarnie (w nocy są zielone :))
    2. Przepiękne było rozświetlone błyskawicami niebo na południu między 1 a 3 w nocy.
    3. Podjazd pod ostatni PK a potem zjazd niezwykła frajda.

    Jeszcze raz gratulacje dla wszystkich uczestników i dzięki dla orgów było super.
    Zachęcam wszystkich do brania udziału w takich imprezach.

  6. Zdzichu mówi:

    Ja startowałem w WSS 2009 na trasie 50 km. Przedstartowe założenia zrealizowałem, tzn. zaliczyłem wszystkie PK i ukończyłem trasę w limicie. Kuerti w swojej relacji napisał „Miejsce jest wtórne wobec czasu – przynajmniej na setkach”. Potwierdzam. Mimo zajętego 12 miejsca na swojej trasie cieszę się z czasu – 10 godz. 29 min. Wiem, że w zestawieniu z wynikiem Kuertiego to cienizna, ale jak na gościa, który tylko maszeruje (a nie biegnie), to mnie taki czas satysfakcjonuje. Popełniłem krótką relację z tego rajdu dla PK4.pl Team’u (która na tą chwilę jeszcze się na stronach nie pojawiła) i podobnie jak relacja Grześka jest to bardzo „sucha” relacja, gdyż na trasie faktycznie niewiele się działo. Mi udało się popełnić tylko jeden błąd nawigacyjny, który zresztą szybko naprawiłem. Cała trudność na WSS polegała na znajdowaniu optymalnego przejścia między PK i szybkim pokonywaniu tych przelotów, bo odnajdywanie PK (na trasie dziennej) nie nastręczało jakichkolwiek problemów. W swojej relacji dla PK4.pl Team napisałem, że WSS to dobra impreza do bicia życiówki. Osobiście preferuję jednak rajdy trudniejsze nawigacyjnie, z większą ilością PK, które trudniej odszukać w terenie. Siedem punktów kontrolnych na dystansie pięćdziesięciu km to trochę mało. Ale w przyszłym roku wybieram się na WSS ponownie, być może na trasę 100 km. Satysfakcja z imprezy zależy od przyjętych założeń przedstartowych i od faktu, czy te założenia udało się zrealizować. Ja myślę o przejściu swojej pierwszej setki na orientację (dotychczasowe próby były nieudane). WSS nadaje się do tego doskonale.

  7. Mickey mówi:

    Na trasie rowerowej też niestety preferowana była mocna łyda, przynajmniej na drugiej pętli trasy R1. Dobór właściwego kierunku zaliczania i brak poważnych błędów zaowocował prowadzeniem po scorelaufie, niestety długie przeloty na drugiej pętli i niezbyt trudne punkty faworyzowały ścigantów. Kilka błędów w końcówce i wypracowana przewaga wyparowała. Grzesiek, na kolejnej lekcji nawigacji mogę pokazać jak się przegrywa pierwsze miejsce.

  8. memor mówi:

    GRATULUJĘ!!!

    Bardzo chciałem wystartować w tegorocznej WSS ale niestety praca w ten weekend okazała sie ważniejsza:((

    Nawiasem mówiąc jestem na tej samej klagenfurckiej liście startowej co Robert:)

  9. Kuerti mówi:

    Marek,

    Maciek czyta PK4 regularnie, namawiam go na aktywniejsze czytanie – tzn. komentowanie wpisów. Jeśli sam się nie odezwie to na pewno wypytam go o trening przy okazji wywiadu, który planuję z nim przeprowadzić. Maciek ma naprawdę ciekawy plan treningowy!

    Misiek,

    Fajna lista. Przymierzam się do napisania tekstu pt. „Czego nauczyłem się podczas startowania w rajdach” czy coś w ten deseń, kilka z Twoich punktów jest również i na mojej liście. W odpowiednim czasie pozwolę sobie przenieść Twój komentarz w odpowiednie miejsce 🙂 .

    Zdzichu,

    Witaj na PK4 jako komentujący 🙂 i jednocześnie gratuluję udanego startu!

    „Cała trudność na WSS polegała na znajdowaniu optymalnego przejścia między PK i szybkim pokonywaniu tych przelotów”. Zgadzam się w pełni! Jak również ze zdaniem, że WSS to idealna setka dla debiutantów – zdecydowanie tak! Pokonać 100 kilometrów to zawsze jest wielki wysiłek, dla początkujących szczególnie wielki, dlaczego więc na początku drogi komplikować sobie życie trudną nawigacją? Na to przecież też przyjdzie jeszcze pora!

    Mickey,

    Nie chciałem robić po WSS lekcji nawigacji bo stwierdziłem, że trasa była za łatwa – nie ma nad czym się zastanawiać. Jednak jeśli na rowerze było ciekawiej i chciałoby Ci się przygotować „case study” swojego startu to chętnie umieszczę to na PK4.

    Memor,

    Dzięki! Swoją drogą to startowałeś kiedyś na setce? Bo jakoś teraz nie mogę sobie przypomnieć…

  10. Karpaty mówi:

    Witam!
    Zachęcony przez Grzegorza do komentowania komentuję 🙂
    1. Gratuluje Grzegorzowi i czołówce świetnych wyników, domyślam się ile treningów i wyrzeczeń trzeba pokonać, aby mieć taką formę!
    2. Denerwuje mnie pisanie o WSS „łatwa”, może z punktu widzenia zawodowców jest łatwa, ale czy pokonanie jakichkolwiek 100km nawet bez nawigacji jest łatwe? Pokonanie tych 100km na WSS w tym potwornym upale z pewnoscią nie było łatwe, 1/3 w ogóle nie ukończyła. W końcu organizatorzy się zdenerwują i zrobią taką trasę, że skończy 10 osób :-)). Upał – nie wiem dlaczego ale w nocy pot lał się ze mnie strumieniami, w dzień już o wiele mniej, a druga pętlę zrobiłem przecież szybciej.
    2. Nawigacja. W dzień nie sprawiała problemu, w nocy pięknie udał się organizatorom przebieg z 5 na 6. Masa ludzi po 15-30 minutach szukania przejścia na północy od 5 wraca się i robi extra 3km więcej obchodząc starorzecze. Reszta w butach lub bez (jak ja) brodzi przez kanał. Do tego komarzewo totalne.
    3. To był mój 3 start w setkach i z tego co widzę to poziom ciągle rośnie. Biegacze śrubują coraz lepsze wyniki, ale większość stanowią tacy ludzie jak ja – turyści ze sportowym zacięciem. My też coraz lepiej się przygotowujemy, zaczynamy biegać, inwestujemy w sprzęt. Myślę, że coraz więcej ludzi będzie końćzyć setki, już tak się dzieje, np. Kierat. Czy to oznacza, że setki są coraz łatwiejsze?

  11. memor mówi:

    Grzesiek, właśnie sobie myślałem że WSS to dobre miejsce na debiut….jesienny harp przypada na ten sam termin co „wyzwanie”, na NM raczej się nie zdecyduję, więc w tym roku niestety setka chyba odpada:(

  12. Tomek mówi:

    Grzesiek i Inni – najpierw szacun za wyniki! Rewelacja…
    Dla mnie była to druga setka, a pierwsza, którą ukończyłem (w Nocnej Masakrze poległem przez kontuzję). Mój czas 23h z hakiem „nie poraża” ale trudno o lepszy jeśli z biura pędzi się (samochodem:)) do domu, dzieci, w delegację itp. a trenuje z doskoku.
    Samo przejście było dla mnie ciekawą lekcją zmagań z sobą. (1) Parę razy musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie: po co to robię? Z pęcherzami na stopach i piętach (o średnicy do 5 cm) trudno mi było wmówić sobie, że łażę tu bo lubię, bo jest fajnie, zdrowo itp (fajnie to jest dzisiaj jak mogę już w miarę normalnie chodzić). Odpowiedź znalazłem i dlatego planuje dalsze starty i treningi. (2). Kryzysy – bardzo ciekawa sprawa… W jednej chwili chcę się poddać bo wydaje się, że już nie dam rady. A za chwilę, np. po znalezieniu PK albo ciekawego wariantu przejścia – euforia i nowe siły. (3). Gdzieś (chyba na PK4) ktoś stwierdził, że przejście 100 to bardziej kwestia psychiki niż możliwości fizycznych. Muszę się z tym zgodzić (pomijając kwestię kontuzji) – człowiek może duuuuużo tylko trzeba chcieć „chcieć”.

    Ogólnie fajny Marsz dla amatorów takich jak ja, bo daje realną szansę na przejście i pozwala nabrać doświadczenia przed trudniejszymi wyzwaniami. Pozdrawiam serdecznie!!!

  13. Paweł mówi:

    Zdzichu,

    Może jeszcze zdecydujesz się na nawigatora? Trasa piesza 100 km – 33 PK, trasa piesza 50 km – 17 PK. cześć map zwykłych, część do BnO. Nawigowania powinno być dużo.

  14. Kuerti mówi:

    Witam nowych komentujących!

    Karpaty,

    Dzięki!

    Co do punktu pierwszego: wcale TAKA forma nie wymaga wielkich wyrzeczeń ani poświęceń, o ile masz w sobie zacięcie sportowe i chcesz być coraz lepszy. Myślę, że to w głównej mierze dzieli ludzi na tych, którzy startują od przypadku i na tych, którzy ze startu na start są coraz lepsi. To ile masz w sobie motywacji, ambicji będzie wyznacznikiem Twojego poziomu sportowego. Dlatego też nie uważam, żeby robienie 13h czy nawet 11h wymagało wielu poświęceń. Ja zrobiłem to z przebiegu rzędu 40km tygodniowo – to daje ok. 4 godzin treningu tygodniowo… No bez jaj, to śmieszna liczba! Oczywiście oprócz tego zwykle dokładałem jeszcze 4-5h jazdy na rowerze, ale podstawowy trening biegowy to tylko 4h. Poza tym ja lubię, uwielbiam trenować. Dla mnie wyjście na trening późno w nocy po pracy, albo w fatalnych warunkach pogodowych to nie jest przełamywanie siebie, to coś naturalnego co przychodzi mi z łatwością. Dla kogoś innego to będzie poświęcenie, dla mnie to przyjemność.

    Punkt drugi. Mam odmienne zdanie i niedługo napiszę na ten temat dłuższy tekst. Podobnie jak wyżej, uważam, że wiele o ile nie wszystko zależy od punktu widzenia, tego kto patrzy. To, co dla jednego będzie wyzwaniem ponad siły drugi zrobi z uśmiechem na ustach. Nawet w tym nocnym upale, który nawiasem mówiąc był straszny. Jeszcze nigdy w nocy nie biegłem w takiej temperaturze, ze mnie również pot lał się strumieniami.

    Punkt trzeci. Poziom zdecydowanie rośnie! Zbieramy doświadczenie, każdy start to kolejna cegiełka, z której budujemy mocne fundamenty naszej formy. Nie wydaje mi się, żeby setki natomiast robiły się coraz łatwiejsze – mamy cudowne zróżnicowanie, do wyboru do koloru, od setek względnie łatwych bo skrajnie trudne. Chciałbym też zauważyć, że mniej więcej od boomu z lat 2004-2005 tych setek przybywa, trudno żebyśmy nie byli coraz mocniejsi, jako ogól i jednostki.

    Memor,

    Jak skakać, to od razu na głęboką wodę! Masakra to impreza wyjątkowa! Nie zastanawiaj się nad startem tylko rezerwuj czas na weekend przed wigilią 🙂 .

    Tomek,

    Dzięki!

    Zawsze zapala mi się czerwona lampka w głowie gdy ktoś tłumaczy się brakiem czasu na trening 😉 . Zwłaszcza gdy miałem okazji nieco porozmawiać z Maćkiem Więckiem, który po prostu biega – nie jeździ samochodem! – do pracy. To jeszcze nic, on jeszcze wraca biegiem z tej pracy (i tu chyba jest ukryta tajemnica jego sukcesu!)! Czy aby na pewno nie możesz sobie tak ustalić grafiku zajęć, żeby wygospodarować trochę czasu na trening? Mi udało się zrobić dobry czas przy 4h treningu na tydzień. Przykład Maćka w genialny sposób pokazuje jak można do maksimum wykorzystać ten czas, który jest nam dany.

    Ciekaw jestem odpowiedzi na pytanie „po co?”, co Cię przekonało do dalszych treningów i startów? U mnie to się chyba cały czas zmienia… Teraz pewnie skłonny byłbym powiedzieć, że to po prostu część mnie, przyzwyczaiłem się, zrosłem się z takim stylem bycia.. Oczywiście poza tym jest ta cała gadanina o przełamywaniu siebie, odkrywaniu potencjału itd. Ale codzienność zwykle jest mniej wzniosła 😉 .

    Chcieć „chcieć”, to jest to o czym pisałem wyżej, ta różnica między najszybszymi i nieco wolniejszymi. Moim zdaniem to wszystko wychodzi z głowy, jeśli ktoś nie ma takiego swego rodzaju parcia do przodu, na wynik (bynajmniej nie w tym bardzo negatywnym kontekście) to trudno będzie mu wyraźnie się poprawić, bo i po co?

    Paweł,

    Kurde, ciekaw jestem tego Nawigatora strasznie 🙂 . Jakby co to już rezerwuje u Ciebie ładny komentarz i przebiegi do trasy na 100km 🙂 . No i życzę powodzenia oczywiście!

  15. Zdzichu mówi:

    Pawle,

    na Nawigatora już się zapisałem, jestem pierwszy na liście startowej na 50 km. Zapowiada się znacznie ciekawiej niż na WSS – 17PK (przy siedmiu na WSS), to średnio co 3 km punkt. Na tą chwilę nie wiadomo jednak, czy maraton pieszy na Nawigatorze się odbędzie, bo org pisał, że do 20 VII musi się złosić minimum 30 luda, a na teraz na listach startowych jest 22. Miejmy nadzieję, że za tydzień będzie sobie można pohasać po mazowieckich polach i lasach.

  16. BartekW mówi:

    „To ile masz w sobie motywacji, ambicji będzie wyznacznikiem Twojego poziomu sportowego. Dlatego też nie uważam, żeby robienie 13h czy nawet 11h wymagało wielu poświęceń. Ja zrobiłem to z przebiegu rzędu 40km tygodniowo – to daje ok. 4 godzin treningu tygodniowo… No bez jaj, to śmieszna liczba! Oczywiście oprócz tego zwykle dokładałem jeszcze 4-5h jazdy na rowerze..”

    Kuerti, co Ty za herezję tutaj prawisz!?

    Od 11 do 13 godzin to jest ponad 18% różnicy! To taj jakby w maratonie z 4:04 zjechać do 3:26. Dla całkiem sporej grupy ludzi to zupełnie niewykonalna sprawa. Pokaż mi człowieka, który przygotowywał się do maratonu i (z trudem!) nabiegał te cztery godziny żeby w następnym sezonie poprawić wynik o 40min.

    Wątpię żebyś był w stanie poprawić wynik o te 18% zwiększając trening nawet o 50%. Już za wysoko jesteś na tej drabince. Taki skok to jest możliwy na poziomie ‘rookie’. Ta sama uwaga dotyczy motywacji. Innymi słowy: samo chcenie może Ci pozwolić ukończyć jeśli jesteś początkujący albo doczłapać do mety kiedy warunki są naprawdę paskudne. Chęć nie sprawi jednak, że będziesz szybciej biegł! 😀 ..no kaman!

    a po drugie:
    4h + 5-4h tygodniowo to mało??? Jest choć jedna rzecz, oprócz spania, pracy i jedzenia, której poświęcałbyś więcej czasu niż trening? Masz jakieś hobby? Sklejasz modele, grasz w pingponga – cokolwiek, godzinę dziennie, dzień w dzień?

    Myślę, że 13:17 to sporo przygotowań i dlatego szacun dla Ciebie, Maćka i Michała. I gratulacje dla wszystkich innych co dali nieźle czadu.

  17. Kuerti mówi:

    Bartek,

    Nie bardzo rozumiem o jaką herezję Ci chodzi? Przykład podany przez Ciebie z życiówkami w maratonie wcale nie pokazuje, że taki skok jest niemożliwy – akurat przejście z 4:04 na 3:26 to chyba nie jest aż tak wielki wyczyn. Nie potrafię teraz przywołać źródła, ale gdzieś mi się obiły o uszy podobne „skoki”, pewnie czytałem o tym na jakimś forum, może biegajznami.pl? Poza tym nie napisałem nigdzie, że przejście od 13h do 11h to jest coś łatwego, wręcz przeciwnie, uważam, że wynik Maćka to jest naprawdę wielka sprawa.

    Nie wiem jednak dlaczego miałbym kiedyś nie być w stanie nabiegać taki czas? Napisałeś, że wątpisz w moje szanse, ale szanse kiedy? Za miesiąc, za rok, za pięć? Kiedykolwiek? Czyli co, osiągnąłem już swój maks i teraz będę się tylko staczał po równi pochyłej? Nie chcę mi się w to wierzyć, bo już tydzień temu gdyby nie skurcze mogłem pokusić się o połamanie 13h. Rezerwy są więc jeszcze, poza tym jest jeszcze rezerwa w postaci ściśle zorientowanego pod setki treningu. Naprawdę bieganie 40-50km a 120km na tydzień robi różnicę! Bo jeśli ktoś jest w stanie znieść takie obciążenie to znaczy, że jest naprawdę świetnie wytrenowany. Ja w tym momencie mam wątpliwości czy mój organizm dałby radę poradzić sobie z takim kilometrażem. Niemniej jestem pewien, że jestem w stanie biegać jeszcze szybciej.

    Jeszcze jedna sprawa, napisałeś, że trudno będzie mi poprawić swój wynik zwiększając trening o 50%, ale to będzie raptem 60km w tygodniu! Żeby mógł marzyć o zbliżeniu się do wyniku Maćka to musiałbym ganiać przynajmniej po te 80 może i 100km w tygodniu, a to już jest grubo ponad 100% tego, co robię obecnie.

    Celowo wypukliłem tylko trening biegowy odpowiadając na komentarz Karpat, chciałem pokazać, że i z takiego przebiegu da się nabiegać fajny wynik. Oczywiście sesje treningowe na rowerze dają mi bardzo dużo – tego nie będę negował, ale gdybym miał z nich zrezygnować to pewnie mój wynik nie byłby wiele gorszy – nawet gdyby miałobyć to „tylko” 15h to pewnie dla wielu ludzi to i tak jest świetny czas.

    Motywacja oczywiście nie pobiegnie za Ciebie szybciej, ale dzięki niej będziesz trenował na co dzień – a przecież formę robisz u siebie w domu trenując a nie podczas startów – tam zbierasz żniwo swej pracy. Jeśli kiepsko u Ciebie z motywacją i będziesz odpuszczał treningi to jak możesz oczekiwać, że później ni stąd ni zowąd nabiegasz świetny wynik?

    Moim hobby są rajdy przede wszystkim i blog. Tym zajmuję się w wolnym czasie, nie wiem czy 8-9h tygodniowo to dużo czasu. W ostatnich tygodniach tylko przed Grassorem wyszły mi 2 tygodnie, w których na trening poświęciłem 8h, później były 2 po ok. 5h i 2 tygodnie startowe, w których trenuję nieco mniej. Średnia z 6 ostatnich tygodni to 5,5h treningu… Nie sądze by to było wiele. Po prostu jest tak, że czasem musisz zrobić te 8 czy nawet 10h w tygodniu, może nawet 2 tygodnie pod rząd, ale później przyjdą 2 takie, w których zrobisz tylko po 5h…

    Nie, dla mnie nabieganie 13:17 nie wymagało wielkiego poświęcenia. Rozumiem, że z Twojej perspektywy może to wyglądać inaczej. Pisałem już wcześniej o tym czym jest dla mnie trening. Może tutaj się nie rozumiemy? Dla mnie nawet ta godzina krosu, po której później ledwo chodzę, bo taki jestem zmęczony jest ostatecznie czymś przyjemnym – gdyby zebrać kilkoro ludzi losowo wybranych z populacji to pewnie średnia opinia byłaby taka, że to jest cholernie obciążające i taki trening musi być wielkim poświęceniem. Tylko czy to będzie prawdą dla mnie? No właśnie…

  18. BartekW mówi:

    „Poza tym nie napisałem nigdzie, że przejście od 13h do 11h to jest coś łatwego, wręcz przeciwnie, uważam, że wynik Maćka to jest naprawdę wielka sprawa.”
    o tutaj:
    „Dlatego też nie uważam, żeby robienie 13h czy nawet 11h wymagało wielu poświęceń.”


    „Napisałeś, że wątpisz w moje szanse, ale szanse kiedy? Za miesiąc, za rok, za pięć? Kiedykolwiek?”

    Tak, kiedykolwiek. Moje zdanie jest takie, że jeśli będziesz biegał 6h/week (4h x 150%) to nigdy nie zrobisz stówy w 11h 😀

    ..i to jest właśnie ta herezja, o którą zapytałeś. Myślę że nabieganie 11h wymaga zajebistej pracy a nie jak to określiłeś (nie)’wymagało wielu poświęceń’.
    😀

  19. Kuerti mówi:

    Niezrozumienie wynika stąd, że co innego rozumiemy pod pojęciem poświęcenia.

    Mi chodziło o mentalną stronę, Tobie natomiast chyba chodzi o stronę czysto fizyczną. Jeśli robisz coś co lubisz czy nawet kochasz to ciężko nazwać to poświęceniem, myślę, że biegając 11h na setkę trzeba po prostu to uwielbiać robić, uwielbiać trening i zawody. Nikt nam za to nie płaci, więc opcja gratyfikacji za trud odpada (chyba, że krzywik Silvy, który wygrał Maciek, albo mój kompas MicroRacer zrekompensuje te litry potu wylane na treningach 😉 ), a jeśli nikt Ci za to nie płaci, kochasz to robić to gdzie tutaj praca i poświęcenie? Nie kwestionuję fizycznego obciążenia, pewnie, że czasem nie jest lekko i tylko przyjemnie, a jednak nie rozpatruje mojego treningu w kategoriach poświęcenia. Potrafię sobie natomiast wyobrazić trening to IronMana – coś w stylu rano basen, po południu rower, kolejnego dnia znów base, a później bieganie. Tak, dla mnie to byłoby poświęcenie. Nie wiem czy długo bym wytrzymał, pewnie nie…

    Ale kto tutaj pisze o 6h, które wystarczą na bieganie 11h? 🙂 . No bez jaj. Oczywiście to być może jest możliwe, ale ja po sobie wiem, że bez tej stówy tygodniowo wybieganej pewnie się nie obejdzie. Chętnie poznałbym zdanie Maćka – bo widzisz, w jego przypadku jego treningi dla mnie osobiście oceniałbym właśnie jako mocno obciążające – przede wszystkim psychicznie. Dla niego może być jednak inaczej i chyba jest – bo to sformułowanie „nie wymagało wielu poświęceń” napisałem po naszej rozmowie na temat treningu.

    Myślę, że w przypadku takiej setki jak WSS bieganie w okolicach 13h można jeszcze zrobić uśmiechając się na co dzień 😉 . Tzn. to nie jest na tyle obciążające, że trening pochłania Ci cały czas, np. nie zwracam szczególnej uwagi na to co jem (choć odżywiam się względnie zdrowo), pije, nie stosuje żadnych technik regeneracji, super metod treningowych itd. Czyli tego wszystkiego co obecne jest w światku biegowym – ale to pewnie inna bajka, ja biegam na dystans, oni na intensywność, tempo. Chętnie wrócę do tej dyskusji jak już kiedyś będę biegał te 11h 😉 .

    Jest takie powiedzenie, przeceniamy to, co możemy zrobić w ciągu dnia, a nie doceniamy tego czego dokonać możemy w ciągu roku (czy jakoś tak). 365 dni to naprawdę sporo czasu – pomyśl o tym, to jest 50 tygodni, jeśli w tym czasie wejdziesz na kilometraż rzędu 80-100km to nie ma bata, żebyś fizycznie nie był w stanie nabiegać na takiej setce jak WSS 10 czy 11h – przy założeniu, że nie jesteś zupełnie zielony ani w treningu ani w setkach. Istnieje taka możliwość inna sprawa to wcielić to wszystko w życie – tutaj jak zawsze pojawiają się problemy.

  20. BartekW mówi:

    hoho…
    widzę, że do dziesięciu już zjechałeś! 😀
    Bardzo lekko Ci się te godziny odejmują. To już ponad 1/4 lepszy czas niż tydzień temu.. Nie przesadzasz aby?

  21. Petro mówi:

    E, ja tam nie wiem jakie dokładnie trudności ma WSS, ale skoro ja mogłem nabić chyba 13:30, z tego co pamiętam, na Kampinoskiej Setce (orientacja liniowa wyłącznie, więc de facto fizolstwo) w pierwszym sezonie mojego biegania, to znaczy to, że fizycznie (!) nie jest to samo w sobie problemem chyba. Jasne, że dochodzi orientacja, ale to już jakby oddzielny problem umiejętności w tym zakresie. Pod tym względem zgadzam się z Kuertim, że się da i nie jest to pułap nieosiągalny. Dla przykładu Kazig w zeszłym roku zrobił w Kampinosie 11 h zdaje się, musiałby sam powiedzieć, czy miał jeszcze rezerwę, ale ja się spodziewam, że tak. Podbicie czasów w okolicze 11 h jest możliwe a nawet powiedziałbym nieuniknione przy regularnym treningu (chodzi mi o trening a nie rekreacyjne pobiegiwanie).
    To tak jak z treningiem maratońskim. Jak ktoś NAPRAWDĘ trenuje, to zwykle dochodzi do tego pułapu w okolicach trójki. A takich osób jest sporo. Poniżej 10 h na setkę też pewnie spokojnie nabiegają. Dlaczego więc nabieganie ciut więcej przy względnie łatwej orientacji miałoby być dla nich nieosiągalne?

  22. BartekW mówi:

    „Jak ktoś NAPRAWDĘ trenuje”

    a jak ktoś NAPRAWDĘ trenuje to się poświęca czy nie, bo nie wiem?
    ;D

  23. Kuerti mówi:

    Nie wydaje mi się, żebyśmy byli w stanie to ocenić. Ja mogę mówić tylko za siebie – wiem, że jest taki moment, w którym po prostu czuję, że tego treningu jest już za dużo – i objętościowo i jeśli chodzi o intensywność. Wtedy zaczynam się męczyć, przede wszystkim psychicznie i tak, wtedy mógłbym nazwać ten stan poświęceniem. Akceptuję taki stan o ile pojawia się raz na jakiś czas, bo tego wymagają przygotowania pod konkretne zawody w konkretnym czasie przed startem itp.

    Myślę, że ta granica kiedy trening staje się po prostu mentalną orką jest dla każdego inna.

  24. Krolisek mówi:

    czasy na asfaltowych setkach schodzą

  25. Krolisek mówi:

    (coś ze znaczkami nie tak?)

    napisałam, że poniżej 8 h, ostatnio w Kaliszu chyba 7 h 54 min.

    ciekawe, ile da się zejść w terenie 😉

  26. Kuerti mówi:

    Widzę, że jakieś problemy z komentarzami się pojawiły, ale nie mam pojęcia dlaczego.

    Myślę, że na terenowych setkach jest jeszcze sporo do zejścia w dół, problem zaczyna się tam gdzie pojawia się stosunkowo wymagająca nawigacja, tam pewnie ten limit będzie wyżej, strzelam – 12-13h?

  27. Paweł mówi:

    Sporo myślałem o treningu Maćka Więcka. W genialny sposób rozwiązuje tzw. brak czasu którym wiele osób usprawiedliwia odpuszczanie treningów (Sam do takich osób należę, od przeprowadzki do Warszawy trenuję tak nieregularnie, że cudów na Nawigatorze się nie spodziewam). Obecnie spędzam 2 godziny dziennie na dojazdach do pracy, najpierw w metrze później w tramwaju. Cholerna strata czasu. Bardzo podoba mi się Maćka sposób na formę i zastanawiam się czy nie pójść w jego ślady. Ale jest jeden szkopuł: Maciek cały dystans, 5 dni w tygodniu, 2 razy dziennie tłucze po betonowych chodnikach i asfalcie. To mnie niepokoi. Naczytałem się kiedyś i nasłuchałem od pewnego trenera jak to trening na twardej nawierzchni jest niezdrowy, jak to później wychodzi bokiem. Problemy ze stawami itp. Z drugiej strony Maciek biega, robi świetne czasy i czuje się świetnie. Nie wiem co o tym sądzić. Czy zaryzykować trening po twardej nawierzchni dbając tylko by przebieg butów nie przekroczył np. 800 – 1000 km, czy być ostrożniejszym i większość treningów spędzać jak dotychczas, na nawierzchni miękkiej.

  28. Kuerti mówi:

    Co do treningu Maćka, wydaje mi się, że o ocenę ewentualnych skutków zdrowotnych możemy pokusić się dopiero za kilka, a może więcej lat. Tak samo jak z tym bieganiem ultra i rajdami w młodym wieku. Startuję od 5 lat, czyli od 19 roku życia. Trenuję regularnie powiedzmy od 3 lat. Trafiają mi się naprawdę wyczerpujące zawody takie jak Maraton Piasków (wersja polska), setki, Przejście Kotliny 145km czy starty w rajdach przygodowych. Do tej pory nie miałem żadnych problemów z kolanami, na które nagminnie uskarżają się biegacze „asfaltowi”.

    Teraz pytanie, czy to znaczy, że ultra niejako u podstaw związane z bieganiem w terenie nie niszczy tak organizmu mimo wielkich dystansów? Czy chodzi o podłoże, a może intensywność? Na asfalcie i masz twardą nawierzchnię i biegasz na maksa.

    Trudno mi stwierdzić w tym momencie czy rajdy wpłynęły negatywnie na moje zdrowie i kondycje nóg. Pewnie rozsądną opinie będę mógł wydać za jakieś 15-20 lat.

  29. Marek mówi:

    Możesz oszczędzić organizm prowadząc siedzący tryb życia 🙂
    tyle że wtedy dopadnie cie co innego. Nie ma rady życie, po prostu jest nie zdrowe.

  30. Paweł mówi:

    Grzesiek słusznie napisał, że okaże się za kilkanaście, dwadzieścia lat. Wiele też zależy od indywidualnych predyspozycji, od używanego obuwia (może to produkowane dzisiaj jest dużo lepsze i bezpieczniejsze niż to używane 20 lat temu przez starych mistrzów piszących dziś poradniki?). Pewnie też rację ma Maciek mówiąc, że bieg wolnym tempem, nawet po twardej nawierzchni nie obciąża tak stawów.

  31. Kuerti mówi:

    Marek,

    Ciekawy punkt widzenia! Podoba mi się 🙂 . Może rzeczywiście czasem tak zastanawiając się nad tym czy rajdy są zdrowe pomijamy zasadnicze pytanie, a co jeśli nie rajdy? Tutaj zgodnie z komentarzem Marka – wykończy nas co innego niż dziesiątki kilometrów przebiegnięte 🙂 .

  32. jip mówi:

    Marek, rzeczywiście życie jest chyba niezdrowe haha 😉

    Co do skutków biegania po twardym. Odradzam wszystkim takie pomysły. Właściwie powinno to być zabronione :/

    Grałem dość intensywnie w kosza od liceum, fakt obuwia wtedy dobrego nie miałem, efekt bolą mocno kolana. Obecnie zdecydowanie czuję różnicę w biegu po asfalcie i biegu w terenie, więc mogę Wam powiedzieć z pierwszej ręki jak to niestety jest. Za ilustrację, taki obrazek: na początku sezonu biegłem w Międzyzdrojach po plaży, potem wskoczyłem na stadion – świetny nowiutki tartan – i co? kilka kółek nawet na tartanie wystarczyło by zejść z niego pokornie. W tym czasie lekkoatleci biegali po murawie – mądrzy ludzie. Biegam w lesie i mówię wam jest to zdecydowana różnica dla stawów. Leśna wyściółka to świetna redukcja wstrząsów 🙂

  33. Marek mówi:

    Różnica oczywiście jest. Z tego co kojarzę to Skarżyński w ” Biegiem przez życie ” pisał że sam problemów nie mia i że prawdopodobnie zawdzięcza to często zmienianym i dobrym butą. Myślę że obecnie nawet „amatorskie” buty są dość dobre.
    Jednak jeśli ktoś ma wybór lepiej niech biega po „miękkim”

  34. jip mówi:

    Może Skarżyński jest po prostu fuksiarzen i ma lepsze kolana niż przeciętne, a buty to tylko dodatek? Tego nie dowiemy się. Natomiast żaden but nie zapewni takiej amortyzacji jak las. Każdy odpowiada za siebie. A szkoda, bo żałuję że mnie nikt nie chwycił za t-shirta i nie przemówił do rozumu.

    Myślę, że ultra mimo ilości kilometrów lepiej chronią kolana niż bieganie asfaltowe. Maksymalne wysiłki wydają mi się „jednorazowe”, jest to w dużej mierze wysiłek całego organizmu i charakteru rozłożony na wiele godzin. Trening jest generalnie w terenie, sporo chodzenia, przerwy w biegu, odpoczynek gdy zaboli etc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA