Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 4 stycznia 2009 | autor Grzegorz Łuczko

8

Maroko cz.4

Zobacz poprzednie części.

Rankiem wróciliśmy do wioski, pożegnałem się z „moimi” Berberami i poszedłem łapać stopa do Rissani. Po kilkudziesięciu minutach bezowocnych prób ruszyłem po prostu przed siebie, samochodów było i tak na lekarstwo, pomyślałem, że lepiej maszerować niż siedzieć bezczynnie. Czas płynął z wolna a mi się nigdzie nie śpieszyło i nagle znów wpadłem, rzeczywistość dostała nagłego przyśpieszenia. Najpierw duży Mercedes, który robi za taksi i 6 osób w środku, jedziemy do Rissani. Tam przesiadka do busa wypakowanego do granic możliwości i przejazd do Erfudu. Nie zdążyłem jeszcze wyprostować nóg gdy w Erfudzie zaczepił mnie kolejny szalony motocyklista. Szukałem dworca, a on ochoczo zaproponował pomoc… Czasem moja naiwność nie miała granic…

Zew przygody co się naiwnością zowie

A może to nie naiwność tylko zew przygody? W końcu lepiej pędzić przez miasto na bagażniku małego motorka z wielkim plecakiem na plecach niż włóczyć się po tych samych uliczkach na piechotę? Chwilę później śmigamy już po mieście. Najpierw kupuje bilety na autobus do Tinerhiru, a później jedziemy do banku i cały czas zastanawiam się o co chodzi temu kolesiowi? Przecież nie pomaga mi ot tak sobie, to chyby niemożliwe? Nie mylę się, po drodze pokazuje mi swój sklep z dywanami… A myślałem, że te wszystkie opowieści o naganiaczach i ich absolutnie kosmicznych sposobach na przyciągnięcie turysty były przesadzone! Nie są! Oni naprawdę mają taką bujną fantazje! Po części jestem pod wrażeniem, ale jednocześnie planuje jak by się uwolnić od wizyty w sklepie. Ostatni punkt w objazdowej wycieczce po Erfudzie to kafejka internetowa – na wieść o tym, że zamierzem spędzić tam aż godzinę naganiacz marnieje w jednej chwili. Nie mam skrupułów, jak Wy mi, tak ja Wam! A co!

Plan na kolejne dni to zwiedzanie wąwozów w Todrze i Dades. Do Tinerhiru zajeżdzam już po zmroku, zastanawiam się przez moment czy to nie utrudni szukania noclegu… Po 5 minutach mam już swój pokój… Nie zdążyłem nawet wyciągnąć plecaka ze schowka a już wokół autobusu kręciło się stadko naganiaczy. Taras jest? Jest! Ciepły prysznic? Jest! I to wszystko za 35 dirhamów? Tak! Jak tak, to co mi tam, prowadźcie! I tym sposobem trafiłem na najsympatyczniejszy nocleg w ciągu całej wędrówki (no może oprócz kilku niezwykle klimatycznych miejsc w Atlasie…). Na tarasie uwiłem sobie sympatyczne gniazdko z pozostawionych samopas poduszek, miałem dobry punkt widokowy na centrum miasta, przystanek autobusów i stację benzynową, nieco wyżej stała stara kazba (budynek warowny, zameczek?), którą chodziłem oglądać w różnych porach dnia. Postanowiłem zostać tutaj na 2 noce, chciałem zregenerować siły, a może po prostu taras był tak wygodny a herbata tak słodka?

Zawsze chciałem mieć takie coś…

Z rana wsiadłem na różowy rower i popędziłem do wąwozu Todra. Miałem nie tylko różowy rower ale i plecak tego samego koloru! Brak małego plecaka to jeden z moich najpoważniejszych błędów sprzętowych jakie popełniłem podczas tego wyjazdu. Nie mając wyjścia wybrałem się więc prawie cały na różowo! Rower był oczywiście niesprawny, hamulce prawie nie hamowały, przerzutki nie przerzucały (purystów rowerowych proszę o powstrzymanie się od kąśliwej uwagi, celowo użyłem takie a nie innego sformułowania 😉 ), a w oponach brakowało powietrza. No i byłem bez formy. Po kilkunastu minutach jazdy powoli zaczął do mnie docierać ten przeraźliwy fakt – nie trenowałem od prawie 2 tygodni! Z własnej, nieprzymusowej woli zdałem się na takie okrucieństwo i po co? Żeby zobaczyć tylko jakieś Maroko? Phi!

Droga pięła się delikatnie pod górę. Mijałem nieciekawe wioski i podziwiałem efektowne dla odmiany okolice, w których były położone. Po jakichś 16 kilometrach wreszcie dortarłem na miejsce, trudno byłoby je przegapić, skalne ściany nagle zwęziły się na szerokość kilkudziesięciu metrów. Wewnątrz wiało przeokrutnie, następnego dnia pewnie mnie „załatwi” ten wiatr, pomyślałem. I tak też się stało, ale nie uprzedzajmy faktów, tymczasem podziwiałem pionowe ściany wąwozu. Po kilkudziesięciu minutach stwierdziłem, że czas już wracać, zwłaszcza, że miałem szanse uniknąć wyższej opłaty za wypożyczenie roweru. Cały dzień kosztował 100 dirhamów, 3 godziny o połowe mniej. Została mi mniej niż godzina, pomyślałem, że w sumie czemu by nie spróbować? Wskoczyłem na rower i przycisnąłem mocno w pedały. Z minuty na minutę coraz bardziej wkręcałem się w ten mój prywatny wyścig z czasem. Droga wydawała się nie mieć końca, a przecież to było tak blisko! 5 minut. Jestem tuż przed miastem. 3 minuty, wpadam na pierwsze budynki. 3,2,1.. jestem! Zdążyłem przed czasem. Widoków co prawda nie miałem czasu podziwiać, ale byłem strasznie zadowolony z siebie, ale i okrutnie zmęczony.

Chory i zmęczony i w ogóle bez życia

Wyszły braki w treningach, resztę dnia spędziłem snując się po mieście, leżąc na ławce w brudnym parku, zaglądając na peryferia i jedząc mandarynki na tarasie. Spodobał mi się ten Tinerhir, taki cichy i spokojny, nieśpieszny i nieco senny. Atmosfera sprzyjała wypoczynkowi. Żal mi było opuszczać to miejsce, ale cóż droga wzywała… Budzę się z przekonaniem, że to będzie jeden z najgorszych dni do tej pory, boli mnie głowa, nos mam cały zawalony i generalnie nie chcę mi się żyć. I co ja robię tuuu?! No i jeszcze ten pieprzony autobus spóźnia się o godzinę… 2 godziny później siedzę już w busie, który zmierza do doliny Dades, ja również się tam wybieram ale w zasadzie to nie wiem dokładnie gdzie, a tak po prawdzie to mi się nie chce, zwłaszcza gdy pomyślę o ponoć atrakcyjnej pieszej wędrówce z powrotem. Napisali w przewodniku, że wielu turystów jedzie kilkanaście kilometrów wgłąb doliny i wraca o własnych siłach i że ponoć to ciekawe. Zapamiętać, nie wierzyć przewodnikom i nie wybierać się tam gdzie jeżdzą wszyscy! Aaaa!!

Wszyscy współpasażerowie już wysiedli. Zostałem ja, kierowca i bileter. Nagle widzę zwężające się ściany, może to ten wąwóz Dades? Wysiadam. To chyba nie to, zastanawiam się na głos. Wokół nie ma ludzi, a lubię myśleć na głos, bo łatwiej mi wtedy skupić myśli. Mówię więc sam do siebie, to tu czy nie tu? Przecież tu nic nie ma! Pomysłu nie miałem żadnego, obróciłem się więc i zrezygnowany ruszyłem z powrotem! Oj, to żeś wymyślił Kuerti! Piękna wycieczka, co? Przedrzeźniałem sam siebie. To musiało być dziwne miejsce, bo plecak z minuty na minutę robił się coraz cięższy a okolice potwornie mało ciekawe. Przez jakąś godzinę maszerowałem wzdłuż wioski, w której nie działo się absolutnie nic ciekawego. Czułem się coraz gorzej, nie miałem ochoty na dalszy marsz…

Pośrednio daje poznać się jako wywyższający się nad innych

W końcu opuściłem ostatnie zabudowania wioski i zacząłem podchodzić w kierunku niezwykle efektownie wyglądających skał. Wydawały się jakoby odciskami palców wyrzeźbionymi w skale. Zatrzymałem się tam na dłużej co by w zadumie nad tworem natury zastanowić się nad dalszymi planami i sensem kontynuowania tej gehenny. Miejsce było naprawdę wyjątkowe, jego wyjątkowość przebijała się nawet przez moje fatalne samopoczucie, zmęczenie i totalną niechęć do czegokolwiek, tak.. to musiało być wyjątkowe miejsce…Nagle tuż obok mnie zajechała nowoczesna terenówka. Po chwili wysypało się z niej kilka osób, jak na zawołanie wyciągnęli aparaty, pstryknęli po kilka zdjęć – przede wszystkim sobie (tak jakbym to ja nie był narcyzem) i po jakichś 2 minutach wskoczyli ponownie, szofer nie gasił nawet silnika, mogli więc odjechać bez zwłoki. Po kolejną atrakcję, po kolejny cud natury. Kurwa.

A właściwie, to co mnie to obchodzi. Przepraszam więc za kurwę. Ale tak to właśnie wygląda, najpierw człowiek się złości, denerwuje, irytuje a później zastanawia i dochodzi do wniosku, że tak w zasadzie to jemu to lotto. Bo co mnie to obchodziło tak naprawdę? Siedziałem sobie w zajebistym miejscu, jeśli ktoś nie potrafił dostrzec tego piękna to albo jest ślepy, albo nie nadaje na tych samych falach co ja, mówi się trudno. Podnosi tyłek, zarzuca ciężki wór na plecy i z grymasem twarzy rusza dalej… Tak, to musiało być cholernie przyjemne… Może lepsza byłaby jednak ta terenówka? Mógłbym rozsiąść się jak pan w klimatyzowanym samochodzie, plecak wrzuciłbym do bagażnika i jak bym zapłacił to nawet nie musiałbym robić sam zdjęć! Poprosiłbym szofera, a później obejrzałbym sobie je na małym ekraniku aparatu. Może nawet miałbym jakieś przenośne dvd? Obejrzałbym sobie jakiś ciekawy film, a wieczorem przy piwku odebrałbym aparat od szofera i przejrzał na zdjęciach to, co widzieliśmy w ciągu dnia… Tak, to byłyby prawdziwe wakacje!

Jest wielce prawdopodobne, że oskarżony Pan K. myślał istotnie w ten sposób owego dnia i w owej godzinie. Choroba dokuczała mu bez litości, zmęczony był i obolały od noszenia plecaka, który w istocie ciężki nie był, ale takowy się wydawał. Jak zeznają naoczni świadkowie incydentu – kamień co Pan K. był na nim siedział i wieśniak z pola poniżej wzmiankowanego miejsca spoczynku oskarżonego. Oskarżonemu stawia się następujące zarzuty, że jest świnia bo bluźni bez przyczyny, i że jest narcyz i egoista, oskarża się go o niczym nie usprawiedliwione ohydne poczucie wyższości, co występkiem jest przeokrutnym. Kara winna być odpowiednia, skazuje się więc Pana K. na przymusowe wczasy zorganizowane z biurem podróży! [Sprawiedliwość]

[Dobrze mu, dobre mu tak! Niech jeszcze każą mu leżeć bykiem na plaży przez te 2 tygodnie! Wtedy będzie miał dopiero! – rozentuzjazmowany tłum na sali rozpraw]

Wcale nie robię sobie jaj. A jeśli to tylko odrobinę. Po prostu wolę męczyć się choćby i cały dzień jeśli wiem, że w końcu trafię na takie miejsce jak to i te wszystkie ciężkie chwile pójdą w niepamięć… Po kilkunastu minutach złapałem stopa z powrotem do Boumalne Dades, pomyślałem, że nie ma sensu się dłużej męczyć. Później szybko wsiadłem w autobus do Warzazate i powoli moja wyprawa, a przynajmniej jej trampingowa część dobiegała końca… „Zobaczyć Warzazate i umrzeć”. Ponoć Marokańczycy właśnie w ten sposób reagują na to miasto. Nie wiem skąd się to wzięło, w przewodniku również nie bardzo wiedzieli, tak samo jak mój krótki pobyt tam nie rozwiązał tej kwestii. Bardziej interesowało mnie jak najszybsze dostanie się do Marakeszu. Miałem spotkać się tam z Markiem i Kamilą, z którymi umówiłem się na treking po Atlasie.

Długość dźwięku samotności

Samotność zaczęła mnie już nieco przytłaczać. Męczyła mnie ta ciągła presja. To ja sam zawsze musiałem załatwić sobie nocleg, to ja sam musiałem kombinować transport, to ja sam musiałem wyznaczać sam sobie kierunek. Mówiąc wprost, nie miałem na kogo zwalić wszystkich tych czynności. Tak! Czasem miałem ochotę stać się uczestnikiem jakiejś zorganizowanej wycieczki, tak jak ci ludzie z dżipa, o których pisałem powyżej. Niemalże każdy dzień witałem w innym miejscu, nigdy do końca nie wiedziałem gdzie spędzę najbliższą noc, przez to nieustannie towarzyszyło mi uczucie niepokoju. Czasem mniej lub bardziej odczuwalne, ale ciągle obecne, nie byłem w stanie się go pozbyć, choć bardzo chciałem. Jednak już później gdy podróżowaliśmy we trójkę zniknęło ono zupełnie…

A może już wcześniej zacząłem przyzwyczajać się do bycia w drodze? Uwielbiam to określenie i zdaje się, że w stosunku do moich wojaży używam go nieco na wyrost, bo 3 tygodnie podróży to za mało, żeby przestawić się na zupełnie inne tory. To za mało, żeby znaleźć ten luz człowieka w drodze… Po ulokowaniu się w hotelu tuż przy dworcu poszedłem na wieczorny spacer, chciałem rzucić okiem na Warzazate i ponapawać się tym co przeżyłem do tej pory, ułożyć sobie to jakoś w głowie. Zmiana. Po prawie 2 tygodniach wiecznego przemieszczania się, nocowania w różnych dziwnych miejscach i byciu tylko z samym sobą w obcym świecie coś musiało się we mnie zmienić. Moi najbliżsi przyjaciele – stres i niepokój wciąż byli oczywiście obecni, ale jakby mniej odczuwalni. Czasami wręcz wydawało mi się, że nie ma ich zupełnie, że opuścili mnie na dobre…

Znów mu ciężko [Kuerti, Ty to lepiej zostań se w domu i nie jedź już nigdzie więcej! – dop. korekta]

Może to odbywa się na takiej samej zasadzie jak zapełnienie wrażeniami, o którym pisałem wcześniej? Doświadczasz czegoś w nadmiarze i w pewnym momencie przestaje robić to na Tobie wrażenie, obojętniejesz. Bo ile można się stresować? Zresztą czy jest czym? Jeśli nie znajdę noclegu w jednym hotelu to znajdę go w drugim, jeśli spóźnię się na autobus to przecież świat się nie zawali! Powoli więc obojętniałem. Nie wiem czy obojętnienie jest dobrym określeniem bo zakłada coś negatywnego. Obojętność nie wydaje mi się pociągająca. Jest taka bez życia. To nie jest pozytywna cecha. Wolałbym nazwać to stanem przepływu, po prostu płyniesz z prądem zamiast się niepotrzebnie szamotać. Ledwie kilka razy otarłem się o tak rozumiany przepływ, przez większość czasu byłem podszyty niepokojem a przez resztę po prostu obojętny…

Następnego dnia wbrew oczekiwaniom mój stan zdrowia wcale się nie poprawił. Czułem się fatalnie, jeszcze gorzej niż w dniach poprzednich. W dodatku byłem przekonany, że dzieje się coś nie tak z moim brzuchem, czyżby zaszkodził mi ten wczorajszy przypalony tadżin? Do tej pory nie miałem żadnych problemów żołądkowych, o dziwo, bo zgodnie z tym co wyczytałem czy usłyszałem od ludzi to stały element wycieczek do Maroka. Dopiero po jakimś czasie skojarzyłem, że ból brzucha to wcale nie efekt jakiegoś zatrucia, ale szalonej jazdy przez Atlas i pokonywania dziesiątek serpentyn. Co chwila kręciliśmy to w jedną to w drugą stronę, nigdy nie miałem choroby lokomocyjnej, ale nigdy wcześniej nie jeździłem po takich zawijasach! Na domiar złego bolała mnie głowa, rozkładało mnie jakieś przeziębienie. Pomyślałem o nadchodzącym tygodniu i trekingu po Atlasie. Przez głowę zaczęły przelatywać naprawdę czarne myśli…

Znów mi ciężko [Korekta, a Ty se lepiej spadaj na księżyc, ot co! – dop. Kuerti]

Pierwszy raz podczas tego wyjazdu tak naprawdę pomyślałem o wcześniejszym powrocie. Owszem wcześniej pojawiały się takie myśli, ale ani one mnie ani ja ich nie traktowałem poważnie. Wiedziałem, że to taka zabawa z samym sobą, ale teraz było naprawdę źle. Pocieszałem się myślą, że nie pękam z powodu słabej psychy a z kiepskiego stanu zdrowia. Zaraz jednak pomyślałem, że przecież nie jest ze mną AŻ tak źle. Przecież nie jestem jakimś cyborgiem, tak? Mój organizm może odmówić posłuszeństwa, tak? Chwilowa niedyspozycja to przecież nie powód to wcześniejszego powrotu! To postawiło mnie na nogi. W teorii. W praktyce zbawienna okazała się puszka pepsi na postoju gdzieś pośrodku niczego i kilkanaście minut przerwy od jazdy.

Wytrzepałem głowę z resztek niemądrych myśli i zacząłem nastawiać się na Marakesz. Marakesz. Kurde, to ten Marakesz, ten słynny i w ogóle. Starałem się, ale nie potrafiłem wzbudzić w sobie żadnej ekscytacji na myśl o tym, że zobaczę słynny plac Dżemma el Fna, że będę w tym mieście… Nie. To było normalne, nie było w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu znalazłem się na środku wielkiego placu i już. Po prostu. I tyle. Skłamałbym jednak gdybym nie napisał, że na początku byłem porażony ogromem tego miejsca, i tego co tam się działo. Moja uwaga nie była tak pojemna, żeby zaobserwować wszystko podczas tych piewszych kilku minut, po prostu działo się tam zbyt wiele!

Kilka godzin później…

Na placu zaroiło się od ludzi. Było ich po prostu pełno. Plac ożywał, dopiero budził się do życia, za dnia lekko przysypiał ale tylko gdy zaczyna robić się ciemniej… Dzielni właściciele mobilnych restauracji rozstawiają swoje ogródki na środku Dżemma el Fna, późno w nocy, a może nad ranem złożą to wszystko z powrotem, aby kolejnego dnia, gdy znów zacznie się ściemniać znów rozpoczną swoją układankę… Na dachach ogródków powieszone są oślepiające światła, które zmieszane z dymem, który pojawia się niewiadomo skąd tworzy niesamowitą atmosferę. Po całym placu rozkładają się przeróżni jegomościowie, są i zaklinacze węży, sprzedawcy sztucznych szczęk (można taką przymierzyć?!), tancerze, akrobaci, bajarze i sprzedawcy różnych mniej lub bardziej wymyślnych pomysłów na konkursy. Na całym placu panuje atmosfera wiecznego święta… Stanąłem gdzieś pośrodku tego wszystkiego i spojrzałem na zegarek: 19:45. O cholera! Marek z Kamilą za 15 minut będą na dworcu, nie mamy ze sobą kontaktu bo komórki coś zastrajkowały, jeśli nie zdąże to będzie kiepsko!

Rozejrzałem się bezradnie dookoła i próbowałem znaleźć wyjście, za dnia nie miałem z tym problemów, ale teraz gdy wokół nie było nic widać pojawił się problem. Na szczęście miałem ze sobą kompas. Jakoś udało mi się wyjść, ale czasu zostało coraz mniej. W jednej ręcę trzymam kompas a w drugiej przewodnik z mapą. Zaczynam biec. 10 minut. O ja! Tylko się nie zgubić. Bieg na orientację nocą po Marakeszu, to ci dopiero! Mapa jest niewyraźna, ale chyba wszystko gra. Skręcam na lewo, później na prawo, 5 minut. Przyśpieszam. Co za głupek, czemu nie wyszedłem wcześniej! 3 minuty! Przebiegam ulicę i chyba jestem na miejscu! Pytam się jeszcze kogoś dla pewności, tak to tutaj. Wpadam na stację i… i dowiaduję się, że pociąg przyjedzie dopiero za 30 minut, ma opóźnienie! Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zaśmiać się z samego siebie.

Stoję przed szybą i spoglądam na peron. Nie mogę wyjść na zewnątrz, bo nie mam biletu, a tylko posiadacze takowego mają taki przywilej… Nagle z pociągu wyłania się rzeka ludzi, dosłownie rzeka! Jest ich tam dobre kilka setek. Nie znałem wcześniej ani Marka ani Kamili, nie wiem więc jak wyglądają, ale czuję, że nie będę miał trudności z ich rozpoznaniem, sam nie wiem dlaczego, może dlatego, że są biali i będą mieć duże plecaki? 😉 . W końcu widzę „moją” dwójkę, faktycznie mają plecaki, a nawet i wielgachną torbę, którą taszczy Marek. Witamy się i wracamy do hotelu…

Koniec części czwartej… Niestety nie ostatniej…

Zobacz wszystkie części:

Cześć 1
| Część 2 | Część 3 | Część 4 | Część 5 | Część 6


Galeria zdjęć z podrózy po Maroku.


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



8 Responses to Maroko cz.4

  1. gloomy84 mówi:

    🙂 Super sie to czyta. Zrobie tak jak Ty, tylko po Europie na poczatek. Yeah! Wolnosc!

  2. Kuerti mówi:

    Gloomy,

    W Europie ciężko będzie Ci zrobić podobną wycieczkę, mam na myśli zachód. Drogo i mało przygodowo. Jak już to kieruj się na Wschód. A jeszcze lepiej od razu w jakąś mocną egzotykę 🙂 . Podróżując po Europie Zachodniej myślę, że w pojedynkę byłoby strasznie nudno, jeśli już to więc w grupie fajnych osób.

  3. Marta mówi:

    oj, Kuerti już nie przesadzaj, Europa jest piękna 🙂 tylko trzeba zejść z turystycznych szlaków i ruszyć swoją drogą

  4. Kuerti mówi:

    Marta,

    Rzeczywiście nieco przesadziłem, masz rację 🙂 . Problem może być tylko w tym, żeby ruszyć swoją drogą potrzeba więcej kasy niż podróżując po takim Maroku, to miałem na myśli.

  5. Marta mówi:

    Kuerti,

    I znowu powinnam się nie zgodzić, ale nie chcę kontynuować tego wątku 🙂
    Każdy ma własną wizję podróżowania, moje podróże to w zasadzie bardziej włóczęgi – z namiotem i autostopem. Skupiam się na ludziach i miejscach, zabytki i większe miasta grają drugorzędną rolę.

    A jak już mowa o podróżach to podam linka do relacji z 5-letniej podróży Kingi i Chopina: http://www.geocities.com/kingachopin/ może kogoś zainspiruje 🙂

  6. Kuerti mówi:

    Marta,

    No tak, ja niestety nie jeżdzę stopem, przymierzam się co prawda od dłuższego czasu, ale jakoś zebrać się nie mogę. 🙂 .

    O Kindze i Chopinie słyszałem już dawno, to wielka inspiracja, ale jednocześnie nieco przerażająca – ja bym chyba nie potrafił tak się wyrwać na 5 lat…

  7. harpoon mówi:

    Zabrałem się za czytanie z nadzieją ,że coś o Atlasie Wysokim znajdę…Relacja świetna! Czyta się super!

  8. Kuerti mówi:

    Harpoon,

    Dzięki! Atlas w kolejnej części 🙂 . Prawdę powiedziawszy to kilka dni temu skończyłem całą relację, a teraz czekam tylko na odpowiedni moment z publikacją 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGrzesiek Łazarz Ładowanie strony trwa bardzo długo... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAlbany, Georgia auto insureance Die sehen aber lecker aus - ich denke, die mache ich demnächst auch mal, vorallem ist die Apfel-Zimt-Kombi so schön... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikahttp://www.vegetarianminimeals.com/ man muss es halt anders aufziehen: wird es als gegendemo verkauft, so kommen wenige piraten. wird es als spontaner flashmob... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikajumbo auto and truck plaza Excellent blog! Do you have any tips for aspiring writers? I’m hoping to start my own website soon but I’m... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
    • Bunkry s i jest fajnie  trailrunning mountains karkonosze runninghellip
    • Jak mija Wam majwka?  Pogoda dopisuje? nbrteam buja sihellip
    • Kierownik wrci po dwch latach na t sam tras cortinatrailhellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
  • ARCHIWA