Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 10 listopada 2008 | autor Grzegorz Łuczko

6

Maroko 2008: Ucieczka na poludnie

Wiedzialem, ze cos jest nie tak, po prostu wiedzialem.. Wysiadlem z autobusu zmierzajacego do Mulaj Idriss i powiedzialem sobie, ze pieprze to, nie obchodzi mnie zadne swiete miasto, w ktorym pewnie i tak nie bedzie nic ciekawego, wyskoczylem wiec z autobusu, wokol mnie pojawila sie wreszcie przestrzen.. No i to bylo to! Przez caly tydzien, ktory spedzilem w Maroku
caly czas po glowie chodzilo mi pytanie, czego tak naprawde oczekuje od podrozowania, od bycia w drodze? Czy faktycznie zaliczanie kolejnych miast, ktore szybko zaczely mnie nudzic to jest to? Nagle zrobilo sie cicho, czasem tylko przejezdzajacy samochod zaklocal idealny spokoj, w oddzali dostrzeglem ruiny Volubilis a pod nogami poczulem twarda nawierzchnie i zrozumialem, ze to nie zgielk miast mnie pociaga ale przyroda, cudy natury. To bylo banalne odkrycie, ale jakos o tym zapomnialem..

Jestem w Midelcie, malym miescie na granicy Atlasu Sredniego i Wysokiego, znow wybralem hotel z tarasem, poluje na takie z uporem maniaka. W miastach to byl moj bufor, nieswiadoma ucieczka przed zgielkiem i brakiem przestrzeni. Z jednej strony podziwiam panorame miasta z niemalze pustynnym plaskowyzem, a z drugiej szczyty Atlasu Sredniego. Piekne miejsce.

Wczoraj nieformalnie zakonczylem tydzien miejski w Maroku, nastepny to pustynno wawozowy, a trzeci i ostatni etap podrozy rozegra sie w Atlasie Wysokim. Meknes znudzilo mnie, przyznaje szczerze, nudna i nijaka medyna, na plus zaliczyc mozna interesujacy plac glowny i dobre jako miejsce wypadowe do Volubilis, ruin rzymskich. Miejsce zdecydowanie z klimatem. Tak jak przyjemny Midelt, w ktorym to wydarzyly sie 2 ciekawe rzeczy.

Po pierwsze, sprobowalem ruszyc w gory, niestety bezskutecznie, droge zagrodzila mi rzeka, nie mialem za bardzo czasu jej obchodzic i szukac jakiejs przeprawy totez z zalem zawrocilem. A szkoda, widok na grzbiet z osniezonymi szczytami Atlasu Sredniego wielce byl pociagajacy. Podczas marszu w kierunku gor musialem przeprawic sie przez przedmiescia Mideltu i niemalze przedrzec przez tlumy dzieciakow. Bac sie nie balem ale to uczucie, gdy maszeruje sie samemu pomiedzy grupka kilkunastu rozwydrzonych maloletnich na dlugo zapadnie mi w pamiec.

Druga rzecz warta odnotowania to kolejne przemyslenia wzgledem naciagaczy. Wracam z gor, zaczepia mnie mlody Berber, gaworzymy chwile, ja przekonany, ze wyrwalem sie poza obszar dzialania maj frendow ufnie podazam za nim, chce mi pokazac jakis adres goscia z Polski, z ktorym sobie koresponduje. OK, dzielnica bezpieczna, trzeba w koncu troche poznac lokalne zwyczaje itd. Przed domem poznaje Rashida, a mlody Berber to oczywiscie Mohammed.. Wchodzimy do srodka, a tam pelno dywanow, o ja cie, pomyslalem, no to wpadlem.

Trzeci z Marokanczykow, wlasciciel zdaje sie, zaprasza mnie do srodka, Rashid idzie zrobic herbate a Mohammed po owy adres. Dostaje ksiege wpisow z zadowolonymi, lub nie, opiniami klientow. Polacy, nie dajcie sie tym p.. naciagaczom, Anglicy, Australijczycy, super dywany, szkoda, ze nie mamy tyle pieniedzy, bedzie tutaj trzeba wrocic.. No i niech nikt mi nie mowi, ze stereotypy nie maja pokrycia w rzeczywistosci! Ja pomyslalem, na cholere mi jakis dywan.. Moze dlatego ludzie na ulicy wiedza, zem z Polski? Hehe. Nawet nie pytalem o cene, wystarczyla mi proba kupna berberyjskiej chusty, kawal szmaty, a cena wyjsciowa 400, czyli ponad 100 zlotych, o matko!

Zdjec niestety nie ma, mideltowy internet nie grzeszy predkoscia. Mapy rowniez nie udalo mi sie zaktualizowac, tak czy inaczej dalej podazam na poludnie, jutro kierunek Ar Raszidija, Meski i moze uda mi sie dotrzec do Merzougi, na pustynie.. Jesli nie jutro, to pojutrze bede tam. Nie wiem jak tam z internetem, postaram sie napisac tak szybko jak bede mogl. W Polsce tez jest tak cieplo? Hyhy. Ja wracam na moj taras, na pocieszenie dla Was dodam, ze wieczorami robi sie chlodno i tutaj w gorach dosc mocno wieje.

PS. Zdjecie z neta.


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



6 Responses to Maroko 2008: Ucieczka na poludnie

  1. Paweł mówi:

    Ja pierniczę, z tymi dywanami i „mejfrendami” to kapitalna historia, a ja myślałem że to przesadzone, trochę podbarwione opowieści podróżników. Wygląda na to, ze wciskanie dywanów to rzeczywiście sport narodowy Marokańczyków.

    A z tą berberyjską chustą to trzeba było się targować, ponoć Arabowie są bardzo elastyczni w kwestii cen. Może ostatecznie kupiłbyś tę szmatkę za 10 zł. Tylko trzeba by pewnie na tym stracić pół dnia targów:)

  2. ralph.ellison mówi:

    osniezone szczyty atlasu wysokiego widzialem tylko z okna autobusu, ale i tak robily mocne i niezatarte wrazenie

  3. ralph.ellison mówi:

    pies.

    i stargowac mozna ja kupilem taki szal berberyjski za 20 dirh. czyli za niecale 2 euro

  4. Kazig mówi:

    Kuerti, kup mi ten dywan, proszę Cię 😉 oddam w Polsce

  5. Paweł mówi:

    :))) Wyobrażam sobie Grześka chodzącego przez dwa następne tygodnie po górach i targającego oprócz plecaka także dywan dla Kazig’a.

    P.S. a czy są dywany o bardziej nowoczesnych wzorach, np. z pięknymi, młodymi skąpo odzianymi Berberyjkami?

  6. Kuerti mówi:

    Zakupy zrobie w Marakeszu.

    Poza tym te dywany w wiekszosci mi sie po prostu nie podobaja. Skapych Berberyjek nie ma niestety, np. tu na poludniu to wiekszosc kobiet odslania tylko oczy..

    Kazig,

    Ty wez sobie jaj nie rob, bo jeszcze naprawde kupie i bedzie!

    Jip,

    Zatyczki sie przydaja, dzieki za rade. W Midelcie nocowalem o rzut beretem od glosnika z muezinem, w dodatku na tarasie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑