Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 14 grudnia 2008 | autor Grzegorz Łuczko

11

Maroko 2008 cz.1

Wstęp: Zanim zakończę ostatecznie kwestię marokańską minie pewnie jeszcze nieco czasu… Tymczasem pierwsza część relacji.

Hello! Where are you from? Poland? A! Lato! Boniek!

To był Ahmed. Ahmed ma sklep w Casablance i sprzedaje skóry. Bardzo ładne skóry i po speszial prajs, for mi, oczywiście. Bo Ahmed lubi Polskę i Polaków. Wypatrzył mnie na jednej z uliczek medyny, co zresztą nie było zbyt trudne – byłem ubrany w ciemny polar i turystyczne spodnie – no i byłem biały. A biały turysta na pewno chce się pozbyć swoich pieniędzy, Ahmed jest przekonany, że z pewnością potrzebuję jakiejś ładnej skóry, z kolei Mohammed pomyśli, że przydałby mi się berberyjski dywan, a dla Rashida wyglądam jak ktoś kto z pewnością nie wyobraża sobie życia bez kapci – kapci z wielbłądziej skóry.

To nie jest tak, że każdy Marokańczyk chce Ci coś sprzedać, na coś naciągnąć, czy też w inny sposób zdobyć Twoje pieniądze. Co nie zmienia faktu, że bardzo szybko można odnieść wrażenie, że w istocie tak właśnie jest. Byłoby wielką krzywdą nazwać Marokańczyków narodem naciągaczy, tak samo jak wielką krzywdą dla nas Polaków byłoby powiedzieć, że każdy z nas jest pijakiem i złodziejem. Jednak nachalność wszelkiej maści naciągaczy bywa przerażająca. Często czułem się jak chodząca skarbonka, którą każdy chciał czym prędzej opróżnić, a ja naprawdę nie przyjechałem do Maroka po żaden dywan!

Nieco wcześniej…

Początek był przygnębiający, tak mocno jak tylko mógł być. Starałem się przyglądać temu przygnębieniu i nic sobie z niego nie robić, to nie było jednak łatwe. Pamiętam pierwsze chwile w Casablance, widok palm i ten wszędobylski chaos, który miał mnie nie opuszczać przez najbliższe 3 tygodnie. Szedłem nieco zagubiony przez ulicę z odrapanymi budynkami, musiałem wyglądać bardzo pociesznie, z wielkim plecakiem i przewodnikiem w ręce, do którego co rusz zaglądałem próbując odnaleźć się na mapie. Pamiętam pierwszy hotel i ten ponury pokój, za który zapłaciłem 75 dirhamów. Położyłem się na łóżku i próbowałem skupić myśli. Nie pamiętałem już tej chwili kiedy podjąłem decyzję o podróży do Maroka. To musiało być niedługo po powrocie z Rumunii, musiałem być w fenomenalnym nastroju – pragnąłem znów gdzieś ruszyć, gdziekolwiek byle ponownie poczuć smak drogi…

Leżałem więc tak na tym łóżku w ponurym pokoju i wsłuchiwałem się w odgłosy ulicy. Zmrok zapadł nagle i niespodziewanie. Po prostu zrobiło się ciemno i tak bardzo złowrogo. Zastanawiałem się dlaczego nie ma we mnie radości, może ucięła sobie drzemke i przyjdzie następnego dnia? Otworzyłem czekoladę – ulubioną Milkę z nadzieniem truskawkowym – miałem zjeść tylko kilka kawałków, ale nie mogłem się powstrzymać i po chwili oglądałem puste opanowanie… Doskwierała mi samotność, choć to był przecież samiusieńki początek! Słodka czekolada koiła mój stres. Dobrze, że mam ich jeszcze kilka, pomyślałem chwilowo ukontentowany. Nie chciałem siedzieć dłużej w tej „celi”, ruszyłem więc w miasto. Medyna – stare miasto w arabskim stylu z plątaniną wąskich uliczek, przesmyków i innych dróżek nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Nie potrafiłem odnaleźć się w tym miejscu – choć fizycznie byłem już tutaj w Maroku to mentalnie jeszcze nie opuściłem Polski. Ledwie kilkanaście godzin zajęło mi pokonanie całkiem sporej odległości z Polski do.. cholera, do Afryki, arabskiej czy nie arabskiej ale jednak Afryki.

Kilkanaście godzin… To dokładnie tyle czasu ile zajmuje mi podróż pociągiem w Tatry. Tylko, że nie byłem w Zakopanym a w Casablance! Powolutku ten fakt docierał do mojej świadomości. Przemykałem więc zatłoczonymi uliczkami casablanskiej medyny nieco otumaniony, z jednej strony wciąż z „polskimi” myślami i chyba odrobinę rozczarowany. Bałem się tej myśli – w końcu podjąłem się dużego wysiłku, a miałbym być rozczarowany? Ta myśl krążyła wciąż nie dając mi spokoju.

Pociąg i talerze satelitarne

Następnego poranka udałem się na stację kolejową, kolejny przystanek – Tanger. Pociąg nówka sztuka, prawie. A wokół syf. Rozpad i ruina. Przylepiony do okna gapię się na ten marazm, który wręcz bije po oczach i mój nastrój wcale się nie poprawia, robię się senny i resztę drogi przebywam w półśnie. Obserwuje lasy… lasy anten satelitarnych. Są ich dziesiątki, setki a może i tysiące. Talerze w Maroku montuje się wszędzie, w najgorszych ruinach i miejscach, w których nie podejrzewałem, że ktokolwiek może mieszkać, a okazywało się, że nie tylko ktoś tam mieszkał ale i oglądał telewizję satelitarną. Kiedyś myślałem, że sposobem na islamskich ekstremistów jest zalanie ich tą naszę, już naszą? zachodnią papką z satelity, najgorszym gównem, które rozlewa się po całym świecie i niszczy ludzką indywidualność. Pomyślałem sobie, że jeśli ci najmłodsi przesiąkną tą syfiastą popkulturą to religia będzie musiała pójść w odstawkę. Tak jak u nas.

Ale czy na pewno? Wyobraziłem sobie tych młodych ludzi, którzy naoglądają się satelity, pięknych kobiet i pięknych mężczyzn w drogich samochodach i wielkich domach z basenami, a później wyłączą telewizor i wyjdą na swoje zdezelowane podwórko. Zobaczą zniszczony dom, zmęczonych życiem rodziców i brudnego osiołka zamiast luksusowego Mercedesa, próbowałem wyobrazić sobie ich frustrację i odechciało mi się oglądania tego spektaklu biedy i rozkładu.

Dworzec w Tangerze położony jest na peryferiach. Do centrum dostałem się taksówką, nie bez przygód wylądowałem w porcie. Przypadkiem. Byłem zmęczony podróżą i tym co widziałem po drodze. Tak sobie tłumaczę kiepskie pertraktacje z taksówkarzem. Najważniejsze, że byłem już w centrum, no prawie. Znalazłem jakiś tani hotel blisko medyny i wyszedłem na obchód miasta. Szybko taki scenariusz stał się moim nawykiem. Przyjazd na miejsce – szukanie hotelu – wyjście na miasto – powrót i kombinowanie co dalej. Tanger. Słynna interstrefa. Wolne miasto nadzorowane przez kilka europejskich potęg, cudowne miejsce do przeprowadzania nie do końca legalnych interesów. Kiedyś wielkie zbiorowisko, w którym żyła cała masa obcokrajowców, wszelkiej maści artystów, którzy uwielbiali przesiadywać w zatłoczonych kafejkach przy Petit Socco. Wszystko skończyło się w połowie wieku kiedy Tanger przyłączono do Maroka, a artyści zawinęli nogi i wrócili do swoich krajów. Z dawnego klimatu już nie wiele zostało, próbowałem odszukać go przy Petit Socco, ale niczego nie znalazłem…

Hał ar ju?

Medyna jest niefotogeniczna, bynajmniej nie mam na myśli tylko tej w Tangerze, to ogólne spostrzeżenie. Choć sama struktura jest ekscytująca, uwielbiałem spacerować po tym skupisku wszystkiego, co tylko dusza zapragnie, zagłębiać się w wąskie ścieżynki i zaglądać w przeróżne zaułki. Problemem w takich niezobowiązujących spracerach byli oczywiście naganiacze, wystarczyło tylko, że nawiązałem króciótki kontakt wzrokowy a już mnie miał – hello my friend! To na rozgrzewkę. How are you? Przystępuje do działania… Do you want to see my shop? Atakuje! Nie, nie, nie! Nie chcę oglądać twojego cholernego sklepu! To w myślach. No, thanks. Na głos. Na początku te wszystki hał ar ju? były dość miłe. A przynajmniej wydawały się takie, w końcu ktoś zupełnie obcy wita się z Tobą i pyta się jak się masz, problem w tym, że zawsze następował epilog w postaci zaproszenia do sklepu – z dnia na dzień moja frustracja i złość narastały. W ostatnich dniach po prostu ich ignorowałem…

A więc medyna jest niefotogeniczna. Albo mi brak talentu do fotografii. Najciekawsza w medynach nie była jej architektura, ale ludzie i ich towary. Kramy i kramiki. Rzemieślnicy i sprzedawcy. A ci niestety nie chcieli żeby ich fotografować, lub też żądali za to pieniędzy. Zdjęcia robiłem więc na odczepnego – po prostu żeby były, jako pamiątka, wspomnienie. Gdzieś przy Grand Socco zaraz za bramą do medyny odkryłem herbatę miętową. Wysoka, „szczupła”, szklanka napakowana świeżą miętą i doprawiona co najmniej kilkoma sporymi łyżeczkami cukru. Pycha! Siedziałem tak jak miejscowi – krzesło odwrócone w stronę ulicy i gapiłem się na życie w medynie pociągając od czasu do czasu łyk cudownego napoju. W tle muezin nawoływał na modlitwy a ja pierwszy raz od przylotu byłem zadowolony. Piłem miętową herbatę na Grand Socco i byłem zadowolony…

You have a paranoia! You are liar! Go away!

Myślałem, że strzelę go w twarz. Facet bezczelnie robił mnie w konia a przy tym jeszcze obrażał. Z początku nawet poczułem się głupio, bo rzeczywiście zacząłem nieco ściemniać, ale chciałem uwolnić się od tego oszusta! Trafiłem na niego w Tetuanie, do którego trafiłem po drodze do Szefszawanu. Miasto jak miasto, centrum w hiszpańskim stylu, a medyna jak medyna, w stylu marokańskim. No i ten pieprzony oszust. Spotkałem go w progu budynku informacji turystycznej, w pierwszej chwili pomyślałem, że właśnie tam pracuje. Chciałem dostać mapę miasta, w zasadzie na pamiątkę bo zmierzałem na dworzec z zamiararem wydostania się stąd do Szefszawanu. No i tu zaczął się cyrk. Facet zaczął wmawiać mi, że autobusy nie kursują – ponoć sam król Mohammed VI wybrał się na wizytę do Tetuanu i w związku z tym tylko… tylko taksówki mogą jeździć po drogach. To oczywiście wierutna bzdura, ale jak uwolnić się od tego natręta? Byłem chyba za mało asertywny, bo zamiast powiedzieć mu po prostu żeby się odczepił to ja uderzyłem z nim w gadkę, skończyło się na tym, że ponoć mam paranoję, jestem kłamcą i żebym sobie poszedł.

Absolutne mistrzostwo świata, koleś chciał mnie oszukać, a rozmowę skończył obrażony na mnie tak jak gdybym to ja go nabierał. No ładnie! Jest czego się uczyć od Marokańczyków jeśli chodzi o zdolności interpersonalne! Tetuan pożegnałem więc bez żalu, choć nie, przez następnych kilka godzin żałowałem bardzo mocno, że nie powiedziałem czegoś odpowiedniego (sami sobie pomyślcie co to mogłoby być 😉 ) temu natrętowi na koniec.

Szefszawan wydał mi się zrazu odpychający. Wysiadłem gdzieś na obrzeżach miasta, niebo zaszło chmurami i zrobiło się jakoś tak złowieszczo (nieprzyjemnie, złowrogo, złowieszczo – miejsca jak miejsca to pewnie mój stan psychiczny tworzył sobie nową rzeczywistość…). Nadal w pamięci miałem naciągacza z Tetuanu i z minuty na minutę traciłem cały rezon. Zarzuciłem plecak na ramiona i zacząłem nieśpiesznie piąć się w górę miasta, oczywiście w stronę medyny. Tuż przed bramą prowadzącą do jej wnętrza wypatrzył mnie właściciel jednego z hoteli – z tym wielkim plecakiem czułem się czasem jak dziki zwierz, na którego lokalni urządzili sobie polowanie. Z początku wykręcałem się ile mogłem, chciałem znaleźć coś na własną rękę, ale w końcu poddałem się. Facet zaproponował dobrą cenę a ja jak najszybciej chciałem znaleźć jakieś swoje miejsce. Moje miejsce, coś co mogłoby mnie choć na tych kilka, kilkanaście godzin przygwoździć do lokalnej rzeczywistości.

Wciąż bardziej obcy…

Jeśli ruszasz w drogę zawsze będziesz obcy. To uczucie nie opuszczało mnie do końca. Może tylko w górach czułem się swobodnie, prawie jak u siebie, ale te wszystkie miasta były przytłaczające. Wiedziałem, że nie jestem stąd i oni, mieszkańcy, również to wiedzieli. Czasem nie mogłem znaleźć sobie miejsca, kręciłem się bezmyślnie pomiędzy pokojem a tarasem, który zwykle był w wynajmowanych przeze mnie hotelach. Wychodziłem z pokoju na krótką przechadzkę i wracałem. Siadałem na tarasie, jadłem mandarynki, gapiłem się przed siebie i powtarzałem proceder. Znów spacer, znów powrót. To nie było moje miejsce… Nie potrafiłem się w tym odnaleźć. Hotel Souika w Szefszawanie okazał się wielce przyjemny. Nowy, z czystymi łazienkami i prysznicami, z fajnymi kanapami w hallu i oczywiście niebieskim tarasem, jakże by inaczej.

Pełny bufor

Rozkoszne były te wąziutkie przesmyki, spędziłem tam pół dnia włócząc się bez celu zaglądając to tu, to tam. Szybko jednak ogarnęło mnie znużenie. Medyna była niewielka a ja miałem sporo czasu. Poza tym to był ten moment kiedy bufor zaczął się zapełniać. Przestałem przyjmować nowe wrażenia – poczułem się jak gąbka, która nasiąkła zbyt dużą ilością wody. No bo ileż można oglądać tych kobiet w chustach, ileż można spacerować po nawet najurokliwszych zaułkach, bo ileż można chłonąć tych wrażeń?! Byłem tam, w tym innym świecie. Sam a wokół mnie rozgrywała się cała ta egzotyczna codzienność, samo to sformułowanie jest już paradoksem, bo codzienność jest normalna, dla miejscowych jest czymś najzwyklejszym w świecie. A mnie szokowało to wszystko, co dla nich było najzupełniej normalne. W pewnym momencie jednak wszystko to powszednieje. Napychasz się wrażeniami do nieprzytomności i więcej już nie dasz rady ich przyjąć. Usiadłem na tarasie i zastanawiałem się nad tym. Zacząłem czytać książkę, chciałem uwolnić się choć na chwilę z tego miejsca, żeby móc znów wrócić z pustą głową gotów na przyjęcie kolejnych obrazów…

Zobacz wszystkie części:

Cześć 1
| Część 2 | Część 3 | Część 4 | Część 5 | Część 6


Galeria zdjęć z podrózy po Maroku.

Zobacz również:

  • Rumunia 2008 – relacja z podróży do Rumunii. Celem było przejście całej grani Fogaraszy… W rzeczywistości jednak… ale o tym już w relacji.


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



11 Responses to Maroko 2008 cz.1

  1. Yanek mówi:

    Mały konkurs 🙂 Ile anten satelitarnych znajduje się na zdjęciu z Salomonami ? Po powiększeniu go naliczyłem …. , nie, nie powiem, policzcie sami ! W każdym razie „naście”.
    „Przestałem przyjmować nowe wrażenia – poczułem się jak gąbka, która nasiąkła zbyt dużą ilością wody.” Tym zdaniem przypomniałeś mi o moim pierwszym dniu w Paryżu, rok 1986, wejście do pierwszego z brzegu sklepu i … porażenie ! Nie byłem w stanie postrzegać pojedynczych rzeczy, wszystko zlało się w jedną, wściekle atakującą mieszaninę barw. Przez kilka dni nie mogłem dojść do siebie, wszystko wokół to była jakaś inna planeta. Przeżycie z gatunku traumatycznych, niezrozumiałe dla osób, które nie bywały w placówkach handlowych PRL-u :-).

  2. Kuerti mówi:

    Yanek,

    A ja też mogę wziąć udział w konkursie? 🙂

    Trochę głupio było mi publikować tak ponurą relację, zwłaszcza teraz, święta i w ogóle. Następna częśc wcale nie lepsza. Poprawia się dopiero w kolejnych – ale te muszą się dopiero napisać.

    U Ciebie zapełnienie bufora faktycznie musiało mieć postać traumatyczną, nie dziwię się 🙂 . U mnie to działo się raczej stopniowo, aż w końcu bęc, znudzenie, apatia – o której pisał już jip. W Twoim przypadku to był pewnie głęboki szok 🙂 .

  3. monia mówi:

    no to witam po raz pierwszy. już ci niedawno Grzesiek pisałam że masz b. fajny blog i teraz powtorze – swietnie sie czyta twoje relacje. ta z Maroka dla mnie extra, nigdy nie byłam w Afryce więc czytam tym bardziej z przyjemnościa. Ale jesli szukasz pozytywnych wrażeń z lokalesami-muzułmanami to gorąco polecam turecki Kurdystan. Nie znają tam turystów, więc chętnie pomagają całkiem za darmo (no może w zamian za kilka chwil rozmowy w jęz. migowym), nie nagabują a miasta i góry sa warte obejrzenia. W gruncie rzeczy jest blisko i tanio – a bardzo egzotycznie. pozdrowienia, monika strojny

  4. Kuerti mówi:

    Cześć Monia! 🙂

    Dzięki 🙂 . Ci lokalesi nie muszą być koniecznie Muzułmanami, po Maroku na razie mam jeszcze przesyt tą kulturą, ale za jakiś czas kto wie…

    Chyba generalnie wszędzie tak jest, tam gdzie przemysł turystyczny jeszcze nie dotarł to jest naturalnie, jak są turyści to ludzie wariują…

    Powodzenia po drugiej stronie oceanu! 🙂

  5. jip mówi:

    A mnie się podoba relacja. Jest prawdziwa, a nie przesłodzona. Powinno być – accurate 🙂 pisz dalej.

  6. rocha mówi:

    „Chłopak ma zręczną rękę do pisaniny” – Bosman Nowicki o Tomku Wilmowskim.

  7. Kuerti mówi:

    Piszę dalej swoją pisaninę, piszę 🙂 . Dzięki!

  8. parvata mówi:

    Wersja meksykańska:
    Hello! Where are you from? Poland? A! Jan Pawel II! Walesa! PUDZIANOWSKI!
    🙂

  9. basiula5 mówi:

    Hej.
    Przeczytałam – pomyślałam. Dla mnie OK. Byłam tam w 2005 roku. Tak właśnie to odebrałam .. Dokładnie TAK.
    A teraz moja córka / a chłopakiem / chcą tam polecieć …Chcą .. nawet mnie nie słuchają …
    Jesuu – oni tak to przeżyją – jak TY …
    Oni – myślą – że to taka – jedna z „PODRÓŻY ŻYCIA ”
    To nie są ludzie ” z drinkiem w ręce ” – normalnie zdrowi – podróżnicy / raczej górscy /.
    Pozdrawiam
    / tak napisałam, porostu stara podróżniczka/
    Podziwiam – tak trzymaj.!!!
    basia

  10. Kuerti mówi:

    Basiu,

    Niech lecą! Nie wiem w jakim wieku jest Twoja córka, ja niedawno skończyłem studia, pojawiły się pierwsze poważne zobowiązania, no generalnie ŻYCIE trochę mnie dopadło, no i okazuje się, że już nie bardzo jest czas, żeby urządzić sobie taką wyprawę na 3-4 tygodnie… Żałuję bardzo, że w okresie studiów nie podróżowałem więcej. Wyjazd do Maroka to było bardzo cenne doświadczenie, szkoda, że nie udało mi się zrealizować kilku innych podróżniczych marzeń. Teraz niestety muszę je odsunąć na dalszy plan.

    Domyślam się, że boisz się puścić własne dziecko gdzieś tak daleko, do obcego kraju, ale akurat, to pewnie sama wiesz, Maroko jest dość bezpieczne – a doświadczenia są bezcenne! 🙂

  11. basia mówi:

    Dzięki za wieści. To są duże „dzieci”. oboje teraz mieszkają i pracują w Holandii . Skończyli studia – i jeszcze ich życie ” nie złapało w szpony „. Są jeszcze wolni. Jeżdżą dużo – w różne miejsca i jak pisałam- niekoniecznie do kurortów. Plan „podróży ich życia” – to Indie. Wiem, że na to zbierają kasę. Na mnie także Maroko zrobiło takie wrażenie – ja tez nigdy nie patrze ” na czubek ” nosa – tylko zwykle trochę dalej, lubię czasem ten czubek gdzieś włożyć – w Maroku – np. do jednego z domów na uliczkach starego Marakeszu. Oj, zabawa była ” przednia ” – szok dla obu stron ogromny. Jak to tacy dziwacy – podróżnicy – przed popłynięciem do Maroka – jeszcze z tydzień będą na wybrzeżu w Hiszpanii. Powrót już z Maroka samolotem do R-damu.Bardzo Cię pozdrawiam. Będę zaglądać na blog.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑