Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 8 września 2011 | autor Grzegorz Łuczko

5

Izerska Wielka Wyrypa: Relacja

Poznań, godzina 12:28, do startu w Ultramaratonie 7 Dolin w Krynicy Zdrój pozostało jakieś 38 godzin, a tymczasem ponad 2 tygodnie temu gdzieś w okolicach Gór Izerskich…

…budzę się niewyspany. Przed zawodami nigdy nie budzi mnie zegarek – przy założeniu, że ostatni nocleg ma miejsce na sali gimnastycznej. Twarda karimata i sala pełna ludzi, nieustanny hałas i niewygoda, to zdecydowanie nie są warunki, w których można liczyć na głęboki sen. Ale w końcu ultra to ciągłe zmagania z niewygodami. Te wszystkie trudności, przeszkody i nagłe zmiany planów o 180 stopni to chleb powszedni tej dyscypliny.

Po jakimś czasie można się do tego przyzwyczaić. I nawet ta twarda podłoga na sali i chrapanie na drugim końcu sali, przestają być powodem do marudzenia. I nie żebym tak się cały czas czepiał tej nieszczęsnej karimaty (tak jakbym nie mógł sobie w końcu kupić jakieś wygodnej maty samopompującej, albo nawet materaca), idźmy dalej. Choćby taki bieg. Bieg sam w sobie. Nawet na tym niezbyt długim (skoro to blog o ultra, to dystansu 50km nie można nazwać długim dystansem) odcinku 50 kilometrów.

Pół biedy jeśli ktoś jest dobrze przygotowany, ja nie byłem. Stop! W tym miejscu miał nastąpić długi opis zmagań z kontuzją (własnym lenistwem i zaniedbaniem), brakiem regularnego treningu (jak się bagatelizuje problem to tak jest) i brakiem długich wybiegań (nie chcę już się powtarzać, że cała ta kontuzja i przerwa w treningu to tylko i wyłącznie moja głupota). Ale co z tego?!

Wiecie co mi się podoba w ultra? To to, że nawet jeśli na godziny przed startem (tak jak ja teraz przed U7D) jestem jeszcze niespakowany (cholera, gdzie jest moja czołówka?!) i zastanawiam się czy dam radę czy nie dam, to na linii startu to wszystko odchodzi w niebyt. Stoję sobie później na takiej linii startu, przebrany za choinkę (no co, świecąca czołówka, kolorowy strój, wszędzie odblaski, choinka jak się patrzy! Tylko bombek brakuje!) i nie pozostaje mi nic innego jak dać z siebie maksa. Jakikolwiek by on w tym momencie nie był.

Koniec dygresji. Wracamy do Zaręby i startu Izerskiej Wielkiej Wyrypy (w tym miejscu miałem popastwić się nieco nad nazewnictwem polskich imprez ultra, czasem aż wstyd powiedzieć gdzie człowiek startuje. Ale to szczegół, IWW to świetnie zorganizowana impreza!). 7 rano. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień na przedgórzu Gór Izerskich. Założenia? Biec z zaciągniętym hamulcem, uważać na siebie i na kolano. Rzeczywistość?

Napieramy! Biegnę z Marcinem. To nasz drugi wspólny start. Poprzedni był nad wyraz udany, wygraliśmy 50tkę na Włóczykiju. Tym razem mieliśmy zrobić sobie przetarcie przed startem sezonu w Krynicy. Borman przygotowywał się do niego od wielu miesięcy, ja podobnie – tzn. taki był plan. Moja głupota pokrzyżowała jednak plany.

Początek biegniemy ostrożnie. W 8 może 10 osobowej grupie na przedzie. Nie wychylamy się do przodu, ale staramy się utrzymać kontakt wzrokowy z czołówką. Po wbiegnięciu w las i pierwszych autorskich wariantach stawka się rozciąga. Bez większych problemów podbijamy pierwsze 2 punkty. Teren jest delikatnie pagórkowaty, bardzo przyjemny do biegu. Nie ma ostrych podejść, ani ostrych zbiegów.

Ciekawie zaczyna się robić gdy dobiegamy nad rzekę Kwisę. Kolejne kilometry przyjdzie nam pokonać mając ją cały czas gdzieś w pobliżu. Najpierw odcinek specjalny z 4 punktami do znalezienia po drodze. W tym jeden, który znajduje się w sztolni. I właśnie tam spotyka się cała czołówka biegu. Przydają się latarki, na dole jest ciemno – i właśnie gdzieś w tych ciemnościach ukryty jest PK. Nam z Marcinem udaje się go znaleźć jako pierwszym i już po chwili wybiegamy na powierzchnie.

Nie wspomniałem nic o konkurentach. Rok temu udało mi się wygrać Puchar TP50 – to był debiut tego projektu, no i co tu dużo mówić, nie było zbyt wielkiej konkurencji. W tym roku dla odmiany jest naprawdę spore grono osób, którym ten dystans szczególnie przypadł do gustu. Zresztą nie dziwię im się, ja sam uwielbiam biegać na 50km – jak dla mnie to optymalna długość trasy. Wracając do IWW – na trasie pojawiło się wielu mocnych zawodników, nie celowałem w żadne miejsce (staram się tego nie robić, zwykle celuje w określony czas na mecie), ale wiedziałem, że ciężko będzie załapać się na pudło.

Tymczasem wybiegliśmy jako pierwsi i prawdopodobnie objęliśmy prowadzenie (trasa miała 2 warianty do pokonania, większość osób wybrała wariant zachodni, my również), oczywiście taka sytuacja dodaje powera. Ruszyliśmy mocno przed siebie w kierunku zapory na Kwisie. Pod zaporą czekała nas niemiła niespodzianka – biegliśmy dołem i musieliśmy przedostać się na górę, czekało nas bardzo ostre podejście. Na szczęście na niedużą wysokość. Po paru minutach intensywnego wysiłku byliśmy już na górze.

A tam lampa! Dzień rozpoczął się na dobre. Słońce mocno przygrzewało. Po chwili dobiegł do nas Irek z Jankiem. Puściliśmy ich przodem, ale cały czas mieliśmy ich w zasięgu wzroku. Na moment opuściliśmy Kwisę, aby podbić trzeci z kolei PK, ale szybko wróciliśmy nad jej brzeg. Dalsza część trasy prowadziła fantastycznym single-trackiem tuż nad wodą. Urzekająca sceneria pozwalała zapomnieć o pierwszych oznakach zmęczenia. Na półmetku trasy zameldowaliśmy się w okolicach 5 miejsca. Od startu minęły niecałe 3 godziny. Do tej pory nie mieliśmy żadnych problemów i zakładaliśmy, że tak również będzie i później…

Oczywiście myliliśmy się, a jakże! Jakieś 2 godziny później, po kilku zupełnie niepotrzebnych kilometrach, wielu zupełnie niepotrzebnych wulgaryzmach rzuconych w powietrze i oczywiście po wielu zupełnie niepotrzebnych minutach straconych na poszukiwaniu pieprzonej półki skalnej na kolejnym odcinku specjalnym, wreszcie opuszczamy wzgórza nad Kwisą. Nastroje mamy kiepskie.

Do momentu wbiegnięcia w odcinek specjalny szło nam świetnie. Jednak pogubiliśmy się tutaj na amen. Za wcześnie zaczęliśmy szukać punktu, a później to był już festiwal kolejnych pomyłek. Szukając tej nieszczęsnej półki skalnej miałem lekką załamkę. Nie, oczywiście, że nie chciałem się poddać. Ale strata około 40 minut na takim dystansie i przy takiej konkurencji oznaczała koniec rywalizacji. A to bolało i odbierało motywację do biegu.

Szybko jednak doszedłem do siebie. A wydatnie w tym pomogły mi 2 rzeczy. Zimna, nie wróć! Cholernie zimna cola, którą kupiliśmy gdzieś po drodze na kolejny punkt oraz muzyka! Byłem zmęczony, zdekoncentrowany, a wysoka temperatura tylko pogarszała sprawę. Ale kilka łyków zmrożonej coli postawiło mnie na nogi w jednej chwili. A raz potem nałożyłem słuchawki z ulubioną muzyką i poczułem przypływ sił. Zupełnie jakbym dopiero zaczął bieg, a nie w zasadzie kończył. Do mety pozostało nam jakieś 15 kilometrów.

Nie forsowaliśmy jednak tempa, Marcin narzekał na upał, a ja cały czas uważałem na kolano. Nie było już się z kim ścigać, więc i nie było motywacji, żeby przyspieszyć. Po drodze zaliczamy jeszcze małą wtopę w Kościelniku. Banalny błąd, nie możemy odnaleźć wyraźnej drogi odchodzącej na zachód. Lekkie odwodnienie, gorąco i niska koncentracja zaczynają dawać nam się we znaki. Po 10 minutach w końcu odnajdujemy właściwe miejsce. A stąd już w zasadzie prosta droga do mety. Po drodze zgarniamy ostatni punkt kontrolny i po 7 godzinach i 15 minutach wbiegamy na metę. Ostatecznie ten czas daje nam 11 miejsce.

Samo miejsce oczywiście nie jest satysfakcjonujące ani trochę. Szkoda tego błędu na odcinku specjalnym, gdyby nie on powalczylibyśmy o 4 może 5 lokatę. Najważniejsze, że po tak długiej przerwie w startach nadal sprawia mi to przyjemność. Uwielbiam to! Uwielbiam te wszystkie niewygody, ból i zmęczenie. Uwielbiam nawet to gubienie się w lesie oraz całą gamę fajnych i niefajnych emocji, które towarzyszą pokonywanie trasy biegu na orientację. Od euforii po totalną załamkę.

Ten start uświadomił mi, że biegania można się nauczyć! Dokładnie tak! Wcześniej wydawało mi się, że wszystko rozbija się o wybiegane kilometry, o wydolność. Że z bieganiem nie jest tak jak z rowerem, że jak już raz nauczysz się jeździć, to tego nie zapomnisz. A okazuje się, że jest coś w tej analogii, biegać też można się nauczyć. I później, nawet jeśli brakuje Ci wybieganych kilometrów, treningu, to i tak sobie radzisz.

Kilka godzin później byliśmy już w Karkonoszach. W schronisku na Hali Szrenickiej wsuwaliśmy naleśniki (ja) i pierogi (Marcin), popijając je zimnym piwem oglądaliśmy zachód słońca. Po skończonym posiłku nałożyliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej na szlak. Ale to już zupełnie inna historia…

Tymczasem! Wracam do pakowania się na U7D.

PS. Zdjęcie, na którym jestem w czapce oczywiście nie pochodzi z IWW, a z krótkiego trekkingu po czeskiej stronie Karkonoszy.

Zdjęcia: organizatorzy, Marcin


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



5 Responses to Izerska Wielka Wyrypa: Relacja

  1. Guliwer555 mówi:

    Interesująca relacja. Ludzie narzekali, że było łatwo z nawigacją , a ktoś jednak miał problemy… Za rok się zrewanżujesz 🙂 Powodzenia w U7D.

  2. Orientus mówi:

    Powodzenia na U7D…a co do nawigacji to nie było aż tak super łatwo 😉 przynajmniej mi też.

  3. dokładnie w tych samych miejscach zaliczałem wtopy, na OSie z półką skalną nawet razem przez chwilę się męczyliśmy, straciłem tam prawie godzinę, potem też wtopa przy ruinach cegielni w kościelniku, pokręciłem się tam trochę w poszukiwaniu stawów przy drodze 🙂
    także można powiedzieć że „wielkie umysły myślą podobnie” 😀

  4. Kuerti mówi:

    Dzięki za komentarze! Miałem czasowy problem z PK4, ale teraz już wszystko wraca do normy, a mam nadzieję, że i wreszcie zacznę blogować na full 🙂 .

    Korek,

    Witaj na PK4! Podoba mi się określenie „wielkie umysły myślą podobnie” 😀 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikapurplebabyshowerinvitations.com Are these those experimental ones that keep going missing? – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaTears of Time I visit every day some websites and blogs to read content, however this web site offers feature based writing. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGrzesiek Łazarz Ładowanie strony trwa bardzo długo... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAlbany, Georgia auto insureance Die sehen aber lecker aus - ich denke, die mache ich demnächst auch mal, vorallem ist die Apfel-Zimt-Kombi so schön... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
    • Jak mija Wam majwka?  Pogoda dopisuje? nbrteam buja sihellip
    • Bunkry s i jest fajnie  trailrunning mountains karkonosze runninghellip
    • Kierownik wrci po dwch latach na t sam tras cortinatrailhellip
  • ARCHIWA