Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 22 czerwca 2010 | autor Grzegorz Łuczko

17

Grassor: Relacja

Dlaczego nie startuję w setkach?

Już kilka osób pytało się mnie dlaczego nie startuję w setkach. No właśnie, dlaczego? Na pewno to nie jest tak, że jestem łasy na zwycięstwa, a o te, powiedzmy sobie szczerze, zdecydowanie łatwiej na krótszych trasach, ci najlepsi startują na długich.. Wygrywanie jest przyjemne, ale nie o to mi chodzi. Zwyczajnie znudziły mi się, czy też „przejadły” setki. Stałem się wybredny. Nie interesuje mnie start w każdym rajdzie, który pojawi się w kalendarzu. Gdy zaczynałem te kilka lat temu mieliśmy może ze 4 setki na rok, teraz jest ich już kilkanaście i jeśli wtedy nie było gdzie startować, tak teraz mamy szeroki wybór. To nie jest jednak tak, że w ogóle rezygnuję z ultra, wręcz przeciwnie – po prostu starannie wybieram starty na długim dystansie.

W tym roku miałem pościgać się na Kieracie, ale okazało się, że nie byłem w stanie przygotować odpowiedniej formy zarówno na Adventure Trophy jak i Kierat. A samo kończenie setek mnie nie interesuje, nie jestem w stanie (przynajmniej na razie) walczyć o najwyższe pozycje, ale myślę, że stać mnie o miejsca tuż za ścisłą czołówką. Starty w pięćdziesiątkach to idealny trening i przygotowanie pod długi dystans. I właśnie w ten sposób traktuję udział w Pucharze Polski TP50. Na Grassora wybrałem się więc zbierać punkty i kolejne doświadczenia, tych ostatnich wszak nigdy za mało.

Okazja do zebrania lekcji nadarzyła się idealna, kolega z teamu Sherpas Raidteam, Piotrek Szaciłowski również pojawił się w Człopie (była jeszcze Ula na trasie rowerowej 300km i Maciek na setce) z zamiarem pokonania trasy ekstremalnej (50km bieg + 150km rower). Ten rok generalnie jest dla mnie rokiem zbierania doświadczenia ze wspólnych startów (przy okazji stwierdzić muszę, że już stęskniłem się nieco za samotnym pokonywaniem trasy), w których to albo ja jestem tą mocniejszą stroną, albo na odwrót. Z Piotrkiem już raz w tym roku wygraliśmy Włóczykija, napisałem wtedy, że był to, w pewnym sensie, przełomowy dla mnie start. Nie sądziłem, że jestem w stanie pokonać tak długą trasę (ok. 70km) w tak mocnym tempie. Okazało się, że potrzebuję motywatora, żeby wykrzesać z siebie ukryte siły. Teraz miało być podobnie…

Przed startem…

Jak to u Daniela, wszystko się przeciąga w nieskończoność. 12 dawno już minęła, a my nadal nie ruszyliśmy. Zaczynamy się już niecierpliwić, gdy wreszcie pojawia się Wigor – krótka odprawa, rozdanie map i start! Na mapie zaznaczone mieliśmy 4 punkty – resztę mieliśmy odkryć w trakcie pokonywania trasy. Na 50tce było 8 PK. Zaczęliśmy od wschodu, czyli PK5. Punkt zlokalizowany w okolicy rzeczki, warianty są dwa – obiec rzeczkę górą, albo przeprawić się przez wodę. Wybieramy drugi wariant – ten gorszy, jak się później okaże. Póki co jednak biegnie się przyjemnie. Jak zwykle przed startem nie czuję się zbyt pewnie, nie wypocząłem należycie przed tymi zawodami. Przed Włóczykijem również nieco marudziłem, ale wtedy zadbałem o należyty odpoczynek, a teraz tego zabrakło.

Prawie jak kanioning

Przyjemny bieg kończy się, gdy pakujemy się w las i przekraczamy płytką rzeczkę. Woda sięga nam co prawda tylko do kolan, ale cała okolica jest podtopiona. Przedzieramy się brzegiem byle dalej na wschód coraz mocząc sobie buty w paskudnym bagnie. Łapiemy się drzew, które padają pod naporem naszego nacisku, przeskakujemy z kępy na kępę, aby wreszcie dać sobie spokój z tymi cyrkowymi ewolucjami i wejść po prostu z powrotem do wody i iść dalej środkiem rzeczki. Nie wiemy dokładnie w którym miejscu jesteśmy – punkt stoi w miejscu, gdzie teren zaczyna się wznosić, to nasz jedyny punkt zaczepienia – bo szukaniem odnogi rzeczki szybko dajemy sobie spokój.

W oddali dostrzegamy sosny, tam więc musi być sucho! No i teren jakby się wznosił, przekonani, że jesteśmy w okolicy punkty wychodzimy na brzeg i oddalamy się od wody. I rzeczywiście, po paru minutach mamy PK! Na wyborze tego wariantu straciliśmy kilkanaście minut, ale przynajmniej było przygodowo! Bardzo nam się podobała ta przeprawa. Dalej jest już łatwiej, biegniemy leśnymi dróżkami. No i byłoby super gdyby nie to, że… zaczynam słabnąć. Mija dopiero pierwsza godzina rajdu, a ja już ciągnę niebezpiecznie blisko „kreski” – wcale się nie oszczędzam i nie zostawiam sił na później, Piotrek nadaje ostre tempo (ostre dla mnie, bo obserwując jego lekki bieg zastanawiam się czy on w ogóle wkłada w niego jakiś wysiłek?!), a ja staram się: A/ dotrzymać mu kroku, B/ nie dać po sobie poznać, że tempo jest dla mnie trochę za mocne.

Kryzys

Bieg przez nieużytkowane pole w okolicy kolejnego PK wysysa ze mnie sporo sił. Zastanawiam się co będzie dalej jeśli ja już po 2 punkcie najchętniej położyłbym się gdzieś w trawie i olał ten cały bieg? Nie mam jednak wyjścia i biegnę za Piotrkiem. Dziwna sprawa – jeszcze nigdy na tego typu zawodach nie czułem się jak na biegu ulicznym. Zawsze traktowałem setki i generalnie ultra w trochę inny sposób, nie jako bieg, a rajd – czyli coś pokonywanego biegiem, marszem, no generalnie z mniejszym tempem i mniejszym wysiłkiem niż bieganie na ulicy. Ale na Grassorze po raz pierwszy poczułem się jakbym rzeczywiście biegł całą trasę, tak jak na jakimś półmaratonie, gdzie wykorzystuję prawie maks swoich możliwości i cały wyścig to bieg niebezpiecznie blisko granicy, po przekroczeniu której nie miałbym już sił do dalszego wysiłku. Na Grassorze było podobnie.

Cały czas myślę, że jest ciężko – ale przecież biegnę. To „tylko” 50km, to „tylko” 50km… Postanawiam, że będę trzymał to tempo aż do utraty sił, przestanę biec dopiero wtedy, gdy po prostu padnę ze zmęczenia. Niespodziewanie nadarza się okazja do wyciśnięcia z siebie ostatnich soków – biegnę więc dalej! Największy kryzys ogarnia mnie przed PK14 – czuję, że ciągnę ostatkiem sił. Już nawet przygotowuję sobie w myślach to, co powiem Piotrkowi na kolejnym punkcie: „wiesz stary, leć dalej sam, ja już nie mogę utrzymać tego tempa, a nie chcę Cię spowalniać”. Ten tekst przygotowany mam już w zasadzie od drugiego punktu, ale cały czas powtarzam sobie: „ok, przy następnym PK powiesz mu, że już nie możesz, że odpuszczasz”. Dzieje się jednak coś dziwnego, na każdym kolejnym punkcie wstępuje we mnie trochę nowych sił i zapominam o zmęczeniu. Do czasu…

Dalej kryzys

Przy czternastce znów musimy się trochę pomoczyć. Przekraczamy rzeczkę przy zniszczonym mostku, woda sięga nam pasa. Zaraz za rzeczką znajdujemy punkt. Kolejnych kilometrów nie pamiętam, nie pamiętam nawet kolejnego punktu. Zupełnie wypadł mi z pamięci, a nie mam mapy pod ręką. Pamiętam tylko przebieranie nogami i sukcesywnie oddalające się plecy Piotrka. Oczywiście nie mogę nic na to poradzić, Piotrek jest mocniejszy, sam na pewno uzyskałby lepszy wynik, ale z drugiej strony nie spowalniam go na tyle, żeby odczuwał frustrację z tego powodu. Poza tym co dwie głowy to nie jedna – dużo łatwiej nawiguje się w dwójkę, zwłaszcza, że mamy na koncie kilka wspólnych startów i dobrze się dogadujemy.

Mógłbym zapewne powiedzieć Piotrkowi, żeby zwolnił. Dlaczego mam jednak to robić, skoro mimo zmęczenia cały czas trzymam się za nim? Zresztą fakt, że Piotrek jest nieco z przodu bardzo mi odpowiada. Nie widzi tego, że bieg ten sprawia mi tak duży wysiłek, nie widzi mojego zmęczenia i walki jaką toczę z samym sobą. Zresztą, nie chcę żeby to widział. Nikt nie lubi okazywać słabości. Czasami myślę jednak, że i on mógłby jej nieco okazać. Zwłaszcza gdy biegniemy pod górkę, przy bardziej stromych wzniesieniach ja przechodzę już do marszu, a Piotrek nadal biegnie, i to jak! Jak gdyby dopiero co wyszedł na jakiś lekki trening! To deprymujące. Nie mogę jednak nic zrobić jak tylko zacisnąć zęby i nie odpuszczać.

Po kryzysie!

Moje zmęczenie i ból lokują się na stałym poziomie, do którego chyba zacząłem się przywyczajać. Na przedostatni punkt biegnie mi się bardzo przyjemnie – myślę sobie, że zostały nam jużtylko 3 przeloty, przebiegnę to, choćbym miał później paść na mecie! W jakiejś wiosce trafiamy na otwarty bar – wypijamy po małej pepsi, Piotrek jedną, ja dwie. Momentalnie czuję jak stawia mnie ona na nogi. Po kryzysie nie ma już śladu, czuję się świetnie. Przełamałem swój „mur”. Szybko dobiegamy do punktu, a dalej już tylko PK9 i powrót do bazy, w zasadzie cały ten przelot to powrót do bazy. Lecimy już tylko w kierunku Człopy.

Meta już blisko!

Czuję już metę, wiem, że koniec jest blisko i że dałem radę. Końcówkę przebiec już mogę nawet na oparach, to tylko kilka kilometrów. Najpierw prosty przelot na północ do asfaltu po lesie, a później ze 2 kilometry do Człopy. Chowam już mapę i koncentruję się tylko na biegu. To już końcówka – staram się chłonąć te ostatnie kilometry, w końcu w dużej mierze dla nich startuję w tego typu zawodach. Staram się zapamiętać te uczucia towarzyszące ostatnim kilometrom. Piotrek pyta się mnie jeszcze czy czuję taką samą satysfakcję jak gdybym kończył setkę, odpowiadam, że tak, bo wiem, że dałem z siebie wszystko. Wiem to, bo już w samej końcówce muszę co jakiś czas przechodzić do marszu, już nie mam siły biec.

Metę przekraczamy po 7 godzinach i 12 minutach od startu, ja zająłem pierwsze miejsce na trasie TP50, a Piotrek po godzinie ruszył dalej na rower…


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



17 Responses to Grassor: Relacja

  1. PIotrek mówi:

    Ahoj!

    Cholernie lubię czytać Twoje relacje, czuć w nich pasję. Bloga śledzę już ponad rok, i zawsze z ciekawością czytam nowe wpisy.

    Odnośnie rajdu, to oczywiście gratulacje! Od kiedy zaglądam na Twoje wpisy, zauważyć nie tylko można ale trzeba postępy w wynikach. Wielką frajdę sprawia również fakt, kiedy sprawdzam wyniki na stronach organizatorów imprez widać tam również Ciebie. Jakoś tak poprzez lekturę bloga stałeś się nam wszystkim (odwiedzającym pk4.pl) bliższy, znajomy, a dzięki opisom rajdu „od kuchni” wszelcy laicy mogą dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy.

    Jeszcze raz gratulacje. Tak trzymaj!

  2. Misiek mówi:

    Witam,

    bardzo cieszę się z wprowadzenia Pucharu Polski w marszach na 50 km, teraz mogę się zmęczyć tak samo przebiegając 50 km zamiast iść 100. Super pomysł, bo setki są za bardzo wyczerpujące aby często startować.

    Pozdrawiam
    Misiek

  3. Adamo mówi:

    Gratulacje!!!

    „Dziwna sprawa – jeszcze nigdy na tego typu zawodach nie czułem się jak na biegu ulicznym. Zawsze traktowałem setki i generalnie ultra w trochę inny sposób, nie jako bieg, a rajd – czyli coś pokonywanego biegiem, marszem, no generalnie z mniejszym tempem i mniejszym wysiłkiem niż bieganie na ulicy. (…)”

    A jednak 🙂 Zawsze tu pisalem, ze piesze maratony beda zmierzaly jesli chodzi rodzaj wysilku a co za tym idzie sposoby treningu w strone typowego biegania wyczynowego na dlugich dystansach.
    Bez treningow typu WB2 przygotowujacych do utrzymywania stalego wysilku na okreslonym poziomie zakwaszenia (progowa wartosc tetna – co doskonale widac na zalaczonym przec Ciebie wykresie) nie obejdzie sie.

    p.s. nawet Organizator Wloczykija zastanawial sie co w przyszlosci zrobic aby wyeliminowac biegaczy 😉

  4. Krolisek mówi:

    Gratulacje jeszcze raz! Kiedy myślę o tym, że nam jeden przelot zajął 4 h, to czas 7.12 wydaje się kosmiczny 🙂

    Też ratowałam się colą w kryzysie, nad ranem, po około 18 h. Na szczęście miałam ją przy sobie, no ale rowerowy Grassor ze względu na powszechne użycie sakw jest na pograniczu rajdu ekspedycyjnego 😀

    A co do wyeliminowania biegaczy – ten pomysł wydaje mi się bez sensu. Są imprezy, na których jest zakaz biegania. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić jak to działa w praktyce.

  5. Adamo mówi:

    Krolisek,

    Tez uwazam, ze sa PMnO, InO z wycinankami, lustrzanymi odbiciami itd, typowo sportowe BnO i kazdy znajdzie cos dla siebie.
    Z zalozenia PMnO juz eliminuja typowych biegaczy a to, ze poziom rosnie i coraz wiecej ludzi biega coraz szybciej to tylko sie cieszyc.
    Na marginesie ciekawa impreza byla robiona przez Organizatorow Wloczykija – Hydrozagadka w Szuwarach (pieszo+kajakiem) gdzie najszybsza druzyna przegrala z ta ktora dobrze rozwiazywala zagadki (np. rozpoznawanie spiewu ptakow :))

  6. emilka mówi:

    Gratuluję! Widzę,że zakwasów po środowym treningu nie było:)
    Pozdrawiam!

  7. Kuerti mówi:

    Piotrek,

    Dzięki! Dla takich komentarzy warto pisać te wszystkie relacje 🙂 .

    Misiek,

    Dla mnie również wprowadzenie TP50 to był strzał w dziesiątkę (sam zresztą maczałem w tym palce 🙂 ), można się zmęczyć, ale nie zajechać. Teraz po kilku dniach wróciłem do treningów i czuję się JUŻ mocniejszy niż przed startem. Po setce dochodziłbym do siebie znacznie dłużej.

    Adamo,

    Dzięki!

    Masz rację. Dla niektórych ten moment już nastąpił (Maciek Więcek, Michał Jędroszkowiak, Andrzej Buchajewicz, Paweł Pakuła, czy Piotrek Szaciłowski – to ścisła czołówka, oni już nie muszą się martwić czy przebiegną cały dystans, tylko jak szybko to zrobią), a dla niektórych (np. dla mnie) to jeszcze odległa przyszłość. Na pewno Grassor będzie dla mnie przełomem, przebiegłem cały dystans, mimo kryzysów, może jeszcze nie następnym razem, ale w którymś kolejnym będę starał się podkręcić nieco tempo, a do tego masz rację, że przydadzą się treningi wb2, no i długie wybiegania. Ani jednych, ani drugich nie robiłem od dawna..

    Krolisek,

    Dzięki. Myślę, że wszystko rozbija się o koncentrację. A ta wiadomo spada z każdą godziną, wtedy łatwiej o błędy. Utrzymanie wysokiej koncentracji moim zdaniem wynika z doświadczenia danego zawodnika i jego wytrenowania. Im lepiej jesteśmy przygotowani, tym łatwiej oprzeć się błędom, tak mi się wydaje.

    Emilka,

    Haha, ano zakwasów nie było, ale czułem się zmęczony po tych sprintach 🙂 . Widzisz, nie musiałem używać tego treningu jako wymówki, teraz mogę raczej powiedzieć, że dzięki naszemu wspólnemu treningowi zrobiłem tak dobry wynik 🙂 .

  8. Krolisek mówi:

    Zrobiliście 57 km? W sumie nadłożyliście niedużo – 14%. Maciek na setce zrobił 130 km.
    Nie wspomnę nawet ile km się nadkłada na rowerze 😉

  9. Kuerti mówi:

    Po korekcie w Sporttracku wyszło 59,5km. Dziwi mnie natomiast jakieś kosmiczne przewyższenie, 4km w górę! Gdzie my tyle podchodziliśmy? Na Rzeźniku wyszło mi troszkę mniejsze 😉 . Dziwna sprawa.

  10. Adamo mówi:

    Lepiej powiedz na ktorym odcinku uzyskaliscie MAxSpeed = 96,2 km/h 😉

  11. Marcin mówi:

    Ten niebieski wykres to tempo na 1 km, czy coś innego?

  12. jip mówi:

    Adamo,
    trafili na tzw. UZS czyli Ukryte Zadanie Specjalne – skok z lotnią ze wzgórza zamkowego 😉

  13. Kuerti mówi:

    Marcin,

    Tak, to tempo na 1km.

    Chłopaki, nie mam pojęcia gdzie my się tak rozpędziliśmy 🙂 . W ogóle jakaś ściema jest z tym pomiarem, bo nie ma szans, żebyśmy takie prędkości osiągali (nie podjeżdżaliśmy samochodem 😉 ), ani żebyśmy podeszli tyle w górę..

  14. petro mówi:

    Kuerti, oszust, latał śmigłowcem… 😉

  15. Kuerti mówi:

    Wydało się 😛 .

    A tak poważnie, to nie mam pojęcia skąd taki odczyt. Może Garmin zwariował na moment 🙂 .

  16. Michał mówi:

    Kuerti, tak z ciekawości, jakiego modelu Forerunnera używasz?

  17. Kuerti mówi:

    Używam 305tki. Jestem zadowolony, polecam! To naprawdę dobry sprzęt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA