Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 20 marca 2011 | autor Grzegorz Łuczko

4

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Zawsze uważałem się za przeciętniaka. Co jednocześnie nie przeszkadzało mi mieć dużych ambicji, dążenia do tego, aby być najlepszym. Ta ambicja ewoluowała w czasie, dojrzewała razem ze mną. Zdaję sobie sprawę z własnych ograniczeń, i tych realnych i tych wyimaginowanych. Kolejne lata startów i treningów uczyły mnie coraz więcej o moim organizmie. Poznawałem siebie coraz lepiej, z czasem potrafiłem więc stwierdzić, czy dane ograniczenie jest czymś rzeczywiście nie do przeskoczenia, czy to tylko bariera, którą noszę jedynie w swojej głowie.

Mentalna bariera…

Wystartowałem wczoraj na Maniackiej Dziesiątce, jak sama nazwa wskazuje to uliczny bieg na 10 kilometrów. Pierwszy zawodnik przybiegł na metę po 30 minutach, ja finiszowałem dużo później. Wygrał zawodowiec, z którym nie mam szans się porównywać – choćbym nie wiem jak się starał, nigdy z nim nie wygram. I to nie jest wcale pesymistyczna wizja własnych możliwości, a po prostu realizm. Realizm, który pozwala mi nie zwariować od nadmiaru ambicji. Jasne, że chciałoby się wygrywać, ale wyżej pewnej bariery nie podskoczysz.

Ale reszta? Reszta siedzi tylko w głowie! Na pewno kojarzycie tę słynną historię z „łamaniem” 4 minut w biegu na jedną milę. Sztuka ta udała się Rogerowi Bannisterowi, który przebiegł ten dystans w czasie 3 minut i 59 sekund. Wcześniej podejmowano wiele bezskutecznych prób, a później? A później lawinowo zaczęto biegać ten dystans poniżej 4 minut. Bariera pękła z hukiem.

Dla mnie taką mentalną zaporą w głowie był czas 40 minut na 10 kilometrów. Żeby „połamać” ten wynik musiałem przebiec 10000 metrów w tempie 3:59/km. Przy obecnych poziomie wytrenowania wydawało mi się to niemożliwe, ale jednak! Biegałem już 4:05min/km, więc dlaczego miałbym nie pobiec 3:59min/km? No właśnie, dlaczego nie?! Przecież to tylko kilka sekund…

…którą udało mi się pokonać

Niespełna 40 minut po starcie Maniackiej Dziesiątki wbiegłem na metę. Udało mi się! Czas netto: 39 minut i 44 sekundy. Poczułem się jakbym przekroczył jakąś granicę, wskoczył na kolejny poziom biegowego wtajemniczenia. Nie, nie uważam się już za przeciętniaka, to byłaby przesadna skromność. I nie chodzi tutaj o ten bieg na 10km, ten czas to przyzwoity wynik jak na amatora, ale raczej o pewne nastawienie.

Wewnętrzną pewność, którą zyskałem tym i poprzednimi startami. Te wszystkie biegi na 50km, maraton przebiegnięty w październiku, pokonany Bieg Rzeźnika czy ukończone Adventure Trophy po 3 dobach zmagań. Te wszystkie doświadczenia sprawiły, że inaczej patrzę na siebie i własne możliwości. Fizyczne predyspozycje pozostały na takim samym poziomie co rok i dwa lata temu. Ale mentalnie czuję się o wiele mocniejszy. Łamiąc kolejne bariery w swojej głowie staję się coraz silniejszy. I to jest pozytywna strona medalu, ale medal przecież ma dwie strony…

Dwie strony medalu

Widziałem się ostatnio z siostrą. Różnimy się zasadniczo w kilku kwestiach. Ona nie lubi biegać, po prostu nie znosi tego – ja uwielbiam! (Z prawdziwą pasją musi być tak jak z prawdziwą miłością, jeśli ktoś tego nigdy nie odczuł, to nie wie o czym my w ogóle mówimy). Ona ceni sobie spokój i życie bez narzucania sobie presji w postaci dążenia do jasno określonych wyników – ja wciąż stawiam sobie poprzeczki coraz wyżej i wyżej, gonię za życiówkami, ścigam się sam ze sobą i z innymi.

Dobra zabawa, przede wszystkim!

Krótko mówiąc, jestem ćpunem na permanentnym endorfinowym głodzie. No i to jest ta druga strona medalu, ciągła pogoń za nowymi wyzwaniami, podnoszenie poprzeczek coraz wyżej i wyżej… Wieczne nienasycenie. Boję się tego stanu i mam to cały czas na uwadze – i dlatego, choć wyniki, które uzyskuje są dla mnie bardzo ważne, to uparcie szukam radości w codziennych treningach, staram się czerpać na maksa przyjemność płynącą z pokonywania kolejnych kilometrów. W tych codziennych momentach te życiówki nie są ważne, nie myślę o tym. Nie zaprzątam sobie nimi głowy. I to się sprawdza.

Bo dzięki temu nawet porażki, które są nieuniknione, nie są w stanie odebrać mi tej przyjemności. Bez frajdy, jaką przynosi bieganie samo w sobie te wszystkie wyniki byłyby zupełnie bezwartościowe. Gdyby mnie nie bolały nogi po wczorajszym biegu i rozsądek nie nakazywał odpoczywać, wyszedłbym na trening, bo zwyczajnie na świecie po prostu to bardzo lubię. I tego się trzymam!


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



4 Responses to Apetyt rośnie w miarę jedzenia

  1. borman mówi:

    (…) „jestem ćpunem na permanentnym endorfinowym głodzie”
    i codziennie szukam nowej działki :).
    Dodam jeszcze, że po wczorajszej działce, którą „huknąłem” na Maniackiej 10, nieświadomie pojechałem autem pod prąd :))) .
    Zapamiętać: odczekać minimum 30 minut za czym wsiądę za kierownicę!

  2. jip mówi:

    Kuerti,
    … wsiądź na rower 😉 serio, serio
    Gratulacje za Włóczykija 😀

    Borman,
    skup się … nie jesteś na wyspie 😉 hihihi
    Gratulacje za Włóczykija 😀

  3. Adamo mówi:

    Gratulacje zlamania 40 minut.
    Prawda jest taka, ze stac Cie na wiecej i po 2-3 miesiecznym bezposrednim przygotowaniu pod 10k zlamalbys i 38 minut. W mentalna bariere nie wierze. A jesli juz to tyle, ze nauczyles sie podczas poszczegolnych startow taktyki biegu-rozlozenia sil/tempa.
    Dotyczy to tez oczywiscie psychiki ktora nauczles jak sie biega biegi uliczne i co sie wtedy czuje.
    Zauwaz, ze z drugiej strony wielu biegaczy z ulicy szybko rezygnuje i slabo wypada podczas MnO.
    Nie dlatego, ze sa slabi tylko dlatego, ze nie nauczyli sie tego jak taki wysilek smakuje.
    Mam nadzieje, ze tym razem zrobiles rozgrzewke 🙂

  4. Kuerti mówi:

    Przepraszam, że z takim opóźnieniem, wpadłem w czarną dziurę 😉 .

    Borman,

    Nowa działka.. heh, jutro ruszam po kolejną 🙂 . On Sight wita 🙂 .

    Jip,

    Dzięki! Byłem na rowerze! Ale chyba i tak po Maniackiej trenowałem za dużo, przed jutrzejszym startem czuję się jakoś tak bez mocy.. ale! Przed Maniacką czułem się tak samo, więc nie marudzę 🙂 .

    Adam,

    Dzięki!

    Wiem, że stać mnie na więcej, ale ten wynik nabiegałem bez konkretnego treningu, tym bardziej się cieszę. I jednak mimo wszystko dla mnie te 40 minut to była jakaś bariera w głowie, w końcu cały dystans trzeba było przebiec ze średnią prędkością 3:59, dla mnie to już zupełnie inne bieganie.

    Na pewno dużo mi dały poprzednie starty na ulicy – wiem już jak rozkładać siły, kiedy docisnąć, a kiedy odpuścić. Znam lepiej swój organizm, no i to się przekłada na późniejszy wynik.

    Zgadzam się, trzeba poznać „smak” danego wysiłku. Ładnie napisane.

    A rozgrzewkę przemilczmy 😉 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑