Przemyślenia no image

Opublikowany 13 października 2009 | autor Grzegorz Łuczko

11

Wyznania pulsometroholika

Kupiłem go kilka lat temu. Wiecie, ten moment, w którym człowiek chce na serio zająć się treningiem. Niewiele później z tego wynika co prawda, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. A od czego zacząć jeśli nie od sprzętu? No i kupiłem ten pulsometr. Bo tętno, bo strefy i w ogóle kontrola nad treningiem. Cała ta gadanina o profi treningu dla totalnych amatorów. No i tani był, a to też plus. Chciałem spróbować, a kupno pulsometru za powiedzmy tysiąc złotych wydawał się szaleństwem, ale jeśli mogę mieć PRAWIE to samo za dziesięć razy mniej? Dlaczego nie zobaczyć jak to jest, jak to być profi amatorem i poddać się dyktaturze „pipkacza” (wiecie o co chodzi? O ten dźwięk przy przekraczaniu założonego tętna…), który pogoni do szybszego biegu (rzadko) albo nakaże zwolnić (częściej, dużo częściej).

Początki biegania z pulsometrem nie były przyjemne, delikatnie mówiąc. Oczywiście spodziewałem się tego, trąbili o tym na forach, że bez pulsometru biegamy za szybko, że trenujemy nie tak jak trzeba, i że trzeba zwolnić. No to zwolniłem. Już nie biegałem, bo przecież tego człapania nie można nawet nazwać biegiem! To był sprawdzian silnej woli, determinacji i tego jak wiele mogę przecierpieć, żeby trenować tak jak należy. Tak, przecierpieć. Bo z bieganiem jest tak, że może być czymś niemal mistycznym, cudownym przepływem energii ale może być również katorgą. Popatrzcie tylko na tych wszystkich początkujących, najlepiej z nadwagą, na ich spocone twarze, ciężkie od potu dresy i twarze wykrzywione w grymasie bólu.

Wydawało mi się, że przerobiłem już ten etap, ale nie – „pipkacz” sprowadził mnie na ziemię. To był bolesny upadek. Kilka dni przed zakupem pulsometru udało mi się wygrać Zimowy Marsz Pieszy w 2006 roku. Byłem więc na fali. Szybko jednak okazało się, że muszę zaczynać wszystko niemalże od nowa. No i jeszcze ta zima. Śnieg, albo breja, breja częściej. Brzydota, szarość i ogólna beznadzieja, no i „pipkacz”. „Za szybko!”, „zwolnij!”, krzyczał bez ustanku, a ja zwalniałem choć nie było już z czego zwalniać. Tuptałem prawie, że w miejscu. Bądźmy szczerzy – bieganie w wykonaniu amatorów nie jest czymś estetycznym. Biegamy brzydko i topornie (przynajmniej większość, w tym i ja).

No i biegałem tak wolno i tak szpetnie. To była lekcja pokory. Chciałem się oczywiście poddać, nie raz i nie dwa. Brakowało mi cierpliwości, nie było efektów, nie było niczego. Ale mimo wszystko nakładałem ten swój pasek na pierś, zakładałem zegarek na nadgarstek i byłem posłuszny dyktatowi cyferek. Gdzieś po drodze, może po kilku tygodniach wreszcie organizm zaczął reagować, tętno zaczęło spadać, a prędkość wrastać. To działało! Trening z pulsometrem, te wszystkie strefy naprawdę działały! No i wtedy pojawiło się uzależnienie. Od pulsu. To był kapitalny wyznacznik mojej formy. Wszystko miałem podane jak na tacy – tętno takie a takie, prędkość taka a taka, aha, czyli jestem w takiej a takiej formie. To wszystko było takie oczywiste.

Nie potrafiłem już trenować bez niego. Nakładałem go na kilka minut przed treningiem i wiedziałem czego mogę po nim oczekiwać, czy będzie mi się biegło lekko czy wręcz przeciwnie będę musiał zaciskać zęby, albo po prostu zrezygnować, bo to nie mój dzień. Cały czas jednak nurtowała mnie jednak istota uzależnienia, chyba wiedziałem już co się święci, jakiegokolwiek, zawsze wydawało mi się, że uzależnienie jest jakąś przesadą, brakiem równowagi w naszym osobistym świecie. I czy to będzie alkohol, narkotyki czy endorfiny albo bieganie z pulsometrem, czynnik uzależniający nie ma znaczenia. Liczy się sam nałóg, a ja z czasem stałem się pulsometroholikiem…

Zaczęło mnie to denerwować, że nie potrafię trenować bez paska i tętna podanego na zegarku. Nie neguję w żadnym wypadku faktycznych zalet używania pulsometrów bo te są oczywiste – naprawdę dzięki odpowiedniemu miernikowi tętna można lepiej zaplanować swój trening, przeprowadzić plan treningowy i tak dalej. Ale gdzieś po drodze to uzależnienie po prostu przestało być spójne z moim podejściem do rajdów i treningu jako takiego. Nie chciałem być bezmyślnym automatem, a bardziej zdać się na intuicję, na wyczucie. Płynąć z prądem, po prostu czując go a nie zerkając co rusz na zegarek. To bezpośredni zwrot ku organizmowi, bez sprzętowych pośredników. Podoba mi się ta koncepcja i z pewnością będę próbował ją wcielać w życie, co rzecz jasna przy moim przywiązaniu do cyferek nie będzie łatwe…

Tymczasem okres roztrenowania poświęciłem na eksperymenty – pulsometr schowałem w szafce i biegam po prostu na samopoczucie. Po tych kilku latach przywiązania do paska to całkiem nowe doświadczenia. Polecam wszystkim pulsometroholikom! Zafundujcie sobie takie czasowe „odstawienie”, forma nie ucieknie, a zawsze będzie można inaczej spojrzeć na swój trening. Od listopada rzecz jasna wracam do cyferek, ale mam nadzieje, że z nieco luźniejszym podejście, którego sobie i Wam życzę!

Ciekawi mnie ilu z Was to klasyczni pulsometroholicy? 🙂 .

PS. Miałem tej jesieni kupić Garmina Forerunner 305, ale na razie się jeszcze wstrzymałem… Choć pewnie nie na długo…


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



11 Responses to Wyznania pulsometroholika

  1. Marek mówi:

    :)hm!
    jednym z objawów uzależnienia jest robienie sobie prób czasowych wytrzymania bez tego czegoś. Po to aby np udowodnić sobie i innym że się potrafi bez tego czegoś żyć.
    To tak na marginesie i trochę z humorem. Ja zacząłem biegać niemal od początku z pulsometrem. Kilka razy zdarzyło mi się że rozładował się w trakcie treningu, oj jaki byłem zły i jak bardzo nie chciało mi się kontynuować.

  2. Kuerti mówi:

    Marek,

    Nie potrzebuję nikomu nic udowadniać, okazuje się, że i bez pulsometru da się biegać i co ciekawe to również może być przyjemne.

    Widzę, że jednak potrzebuję dystansu, dlaczego? Choćby żeby uniknąć takich sytuacji, które opisujesz, a które były i również moim udziałem. To chyba nie o to chodzi, żeby biegać dla pulsometru, to gdzieś ma związek z tym szukaniem przyjemności w bieganiu, treningu. A chyba zgodzisz się z tym, że ta złość, która pojawia się w momencie np. rozładowania baterii podczas treningu i późniejszym braku danych jest przesadzona, moim zdaniem za bardzo uzależniamy się od tego, co wskazuje nam pulsometr… może niedługo będzie tak, że bez niego już nie będziemy umieli biegać?

  3. Krolisek mówi:

    🙂 ha, supertemat
    nigdy nie biegłam z pulsometrem

    tylko na rowerze mam licznik i się cieszę jak przekraczam dozwolone prędkości 😀

  4. Marek mówi:

    Krolisek,
    albo w mieście jak wyprzedzam samochody w momencie jak zwalniają przed fotoradarem.

  5. jasiekpol mówi:

    Ja tam biegam z pulsem jedynie treningi interwałowe, II zakresy Cross czy inne szybsze, na zykłych roztupaniach nie chce mi sie tego zakladać. F305 biore do dystansu i prędkości bez paska.

  6. Adamo mówi:

    Czesc

    Przede wszystkim gratuluje udanego wystepu w Niemczech! Chyba mialem racje jak pisalem przed wakacjami/wiosna?, ze na jesien forma Ci wystrzeli ale moze byc niestabilna i nic jeszcze straconego. Stad ten jeden kiepski rajd Wisly i teraz swietny wynik.

    Solidny i przemyslany trening w ktorym oprocz WB1 budujemy forme akcentami szybszymi MUSI odbywac sie podstawie znajomosci progu przemian anaerobowych. Czyli znajomosci poziomu wysilku gdzie kwas mlekowy zaczyna gwaltownie rosnac. Wykonywania treningow o roznych intensywnościach ale zawsze w odniesieniu do tego progu. Najprosciej jest to kontrolowac znajac tetno przy jakim to zjawisko wystepuje (najlepiej wykonujac np test Conconiego).

    I tak nawet bez pulsometru mozna ocenic trening mierzac po prostu tetno zaraz po wysilku i minute pozniej. Robilo sie tak od lat, kiedy pulsometry bylu niedostepne lub cholernie drogie.

    Mierzac w ten sposob tetno biegalem na poczatku lat 90tych 10km WB2 po np 4’00” gdzie odchylenia na kilometrze (na petli) byly rzedu kilku sekund od sredniej. Kolejny interwal? lapa na szyje i startujemy z np. 22uderzen/10sekund.
    A wiec mozna bylo trenowac bez piszczyka 🙂

    Jednak pojawienie pulsometru spowodowalo ze np. zmierzony u mnie prog przemian okazal sie byc przy zaskakujaco wysokim tetnie (190 przy HRmax 208 w wieku 20 lat))co wyjasnialo wczesniejsze „pomiary na szyi” ktore mogly sugerowac, ze biegam za szybko. Zapisy wielu treningow pozwalaly wyciagnac ogolne wnioski i oceniac forme sportowa…
    Kazdego ranka/wieczora mierzylo sie tez tetno spoczynkowe co bylo swietnym sprawdzianem swiezosci organizmu i pozwalalo ocenic na ile mozna zrobic mocny trening danego dnia.

    Uwazam wiec, ze profesjonalny i madry trening od lat byl robiony „w oparciu o tetno”-najprostsza metode oceny intensywnosci. Teraz mamy tania maszynke ktora ma pomagac i jest wygodna ale wcale nie trzeba byc jej zakladnikiem.
    Czesto lapie sie na tym ze jadac/biegnac nagle mysle – „acha chyba jest za szybko” -rzut oka na pulsometr i zgadza sie-jest za szybko 🙂
    Wynika z tego, ze wyczucie szybkosci/obciazenia to wazna rzecz ktora nalezy wyrobic sobie + pulsometr i jestesmy w domu 🙂

    Przyklad z wczoraj. Wiatr, zimno i lekki bol gardla. Niby sie dobrze czuje i biegnie tez sie dobrze. Ale rzut oka na pulsometr i widac ze mimo ze biegne tempem jak ostatnio to tetno jest wyzsze niz zazwyczaj. Zwalniam bo widze jak na dloni (czyli na pulsometrze ;)) ze dzis zylowac nie mozna. Bez pulsometru moglbym sie do tego nie przekonac 🙂 a co za tym idzie zajechac.

    ->Jasiekpol
    Czy na WB2 tetno Ci stopniowo narasta z kilometra na kilometr? WB2 czyli trening robiony ze stala predkoscia.

  7. jasiekpol mówi:

    Zakładam jakiś tam dystans WB2 przypuśćmy przed półmaratonem 15 km WB2 i biegne, pierwsze 2-3 km po 3:45 w tętnie 155-165 potem sie stabilizuje na około 160-170 , i tak do 13 km, potem żeby utrzymać prędkość wchodzę nawet na 180, ale to kilka minut, jeśli mi skoczy wcześniej np na 5-7 km to już po treningu. Ale coby tak planować to trzeba organizm poznać, wyznaczyć zakresy , samopoczucie – tyle że potem są efekty.

  8. Adamo mówi:

    ->jasiekpol
    Wlasnie o to potwierdzenie mi chodzilo. Bledem bylo by bieganie WB2/WB3 na stala wartosc tetna bo wtedy bieglibysmy coraz wolniej. Bo WB2/WB3 to glownie kwestia wyczucia niz pulsometria :). Pomiar zaraz po skonczeniu mowi czy zrobilo sie odpowiedni trening. Sprawdzanie tetna w trakcie za pomoca pulsometru pozwala nie przeholowac.
    p.s. fajnie opisuje to Skarzynski w swojej ksiazce rysujac stosowny wykres.
    p.s2 Podoba mi sie tez sposob okreslenia/oszacowania progu przemian anaerobowych (i odpowiadajacego mu tetna)podczas jazdy na rowerze( podany w „Biblii kolarza gorskiego”

  9. Kuerti mówi:

    Krolisek,

    Dlaczego nigdy nie biegałaś z pulsometrem? Nie chcesz czy po prostu nie miałaś okazji?

    Adamo,

    Dzięki i witam po przerwie, brakowało mi Twoich komentarzy 🙂 .

    W listopadzie gdy wrócę do normalnych treningów będę musiał w końcu wykonać te wszystkie testy sprawdzający i aktualny HR MAX, czy próg tlenowy.

  10. wlkp mówi:

    …”Tak, przecierpieć. Bo z bieganiem jest tak, że może być czymś niemal mistycznym, cudownym przepływem energii ale może być również katorgą. Popatrzcie tylko na tych wszystkich początkujących, najlepiej z nadwagą, na ich spocone twarze, ciężkie od potu dresy i twarze wykrzywione w grymasie bólu”…

    Z pulsometrem jeszcze nie biegam, bo mój „staż biegowy” jest stosunkowo krótki. Zaczynałem w maju ubiegłego roku wg tego programu
    http://www.maratonczyk.pl/content/view/322/125/
    Nie miałem co prawda nadwagi, ale doskonale rozumiem ten fragment tekstu. Mam to jeszcze świeżo w pamięci. Pierwszy trening składał się z minuty biegu i trzech minut marszu, wszystko razy osiem. Pamiętam jakie trudne były te minuty. Patrzyłem na zegarek i odliczałem sekundy, aby przejść do marszu.
    Gdy udało się zrealizować cały cykl treningowy i mogłem biec godzinę zupełnie automatycznie nie myśląc o biegu tylko podziwiając krajobrazy, to była prawdziwa euforia. Można to tylko porównać do nauki jazdy na rowerze czy nauki pływania i ten pierwszy moment kiedy się udaje.
    Jadę, płynę… BIEGNĘ!!!
    Teraz kiedy oswoiłem się już bieganiem i zaliczyłem parę startów, trzeba będzie zrobić kolejny krok, kupić pulsometr i zabrać się za „profesjonalny” trening.

    Pozdrawiam wlkp

  11. Adamo mówi:

    Kuerti,

    Dzieki, zawsze chetnie podyskutuje na tematy dot. metodologi treningu 🙂 Tydzien temu odkopalem w piwnicy moje dzienniczki treningowe z lat 90′:)
    Kazdego dnia zapisywalem tetno rano/wieczor i w czasie treningow. Jak byk widac jak wartosc tetna szczegolnie ta mierzona minute po skonczeniu akcentu (WB2/WB3) koresponduje z poziomem wytrenowania. Ech lezka sie w oku kreci 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

  • ARCHIWA