Przemyślenia mistrz_f

Opublikowany 29 lipca 2012 | autor Grzegorz Łuczko

20

Siła konsekwencji, czyli o tym jak prawie zostałem Mistrzem Świata…

Długa droga do domu...

Muzyka na dziś to Luxtorpeda – Hymn. Tekst na dziś z pogranicza psychologii, z opisem osobistych niepowodzeń oraz z przyziemną (bardzo) puentą: zapier..lać trza! Koniec. Kropka. Ale to dopiero na końcu, wcześniej trochę rozwodzenia nad naszą mało konsekwentną naturą. Moją w szczególności.

Prawdopodobnie już dawno byłbym Mistrzem Świata. Gdyby tylko rozgrywano takowe Mistrzostwa w dyscyplinie zwanej: „zaczynanie od nowa”. Sztukę tę bowiem opanowałem do perfekcji. Przez wiele lat doskonaliłem się w tej dziedzinie aż… w końcu stwierdziłem, że to idiotyczne! Nieprawdopodobnie wręcz idiotyczne.

Oczywiście to nie stało się w jednej chwili, nie obudziłem się nagle i stwierdziłem: „hej, stary, ale ty głupi jesteś. To nie tak, to zupełnie nie tak!”. To był proces, pełen szaleńczych zrywów, od: „teraz na pewno mi się uda i wszystko będzie idealne!”, przez: „tak, to jest ten moment, ta chwila, od teraz nic nie stanie mi na przeszkodzie”, i: „do dupy z tym wszystkim… dzień przerwy… no dobra, teraz albo nigdy!!”, po: „hej, zaraz, zaraz, coś tu nie gra!”.

Nie zaczynaj wciąż od nowa!

Wstyd się przyznać, ale dojście do tego: „hej, zaraz, zaraz, ale coś tu nie gra!”, zajęło mi 9 lat. Miałem taki idiotyczny nawyk kasowania i prowadzenia od nowa dzienniczka treningowego. Oczywiście z zamysłem, że od tego momentu (a musicie wiedzieć, że tych momentów było od cholery, czy jak mówią/mówimy tu w Poznaniu: wuchta!): będę regularnie trenował, zdrowo się odżywiał, unikał alkoholu, rozciągał, robił gimnastykę siłową i generalnie będę zajebisty, tak bardzo jak to tylko możliwe.

Nigdy nie wytrwałem dłużej niż kilka tygodni. (Zdziwieni? Nie? No jasne, ja też nie. Ale dopiero dziś. Mądrzejszy o X prób i kilka lat).

I może właśnie dlatego, że zawsze chciałem zaczynać od nowa, tak jakbym chciał przekreślić to, co wypracowałem sobie wcześniej. A to przecież zawsze był potężny kapitał do tego, aby po chwilowej przerwie, chwili słabości – kaman, każdy ma chwilę słabości! Nawet jeśli ta ma trwać kilka tygodni czy miesięcy, to przecież część drogi! – znów ruszyć naprzód.

Masz już wszystko, by ruszyć z miejsca, w którym jesteś!

Zamiast traktować takie słabsze momenty jak postoje na długiej trasie, przystanki na parkingach dla rozprostowania kości, czy zjedzenia posiłku przed ruszeniem w dalszą drogę, to ja z uporem maniaka zawsze chciałem cofać się na sam początek, żeby… pokonać tę, już pokonaną przecież, drogę raz jeszcze, ale wiecie, tak perfekcyjnie. Tak, że mucha nie siada.

Trafiłem ostatnio na fragment tekstu, który fantastycznie opisuje moje „odkrycie”:

Owszem, czasem trzeba zacząć coś zupełnie od nowa. Zburzyć wszystko i zacząć stawiać nowe fundamenty. Jednak znacznie częściej, kluczem do sukcesu jest budowanie na tym, co się ma. Nawet, gdy wydaje ci się, że masz na swoim koncie same porażki, że to co zostało z kolejnych prób to tylko skorupy i kamienie. Kamienie? To wspaniale! Masz tyle dobrego budulca. Może to nie jest błyszczący zamek z bajki, jaki sobie wyobrażałeś. Ale szkoda zaczynać coś zupełnie od początku.

Czasem może ci się wydawać, że nic nie osiągasz, że tylko przegrywasz, że jesteś wciąż w tym samym miejscu. To nieprawda. Uczysz się, rozwijasz, gromadzisz budulec. Bywa, że najcenniejszą rzeczą w naszym życiu, znacznie cenniejszą niż kolejne błyszczące plany i wizje, są gruzy jakie zostały po kolejnych niepowodzeniach (…) Pokusa „zaczęcia wszystkiego od nowa” rozpoczęcia od zera, bywa wielka. Jednym ruchem pozbywasz się żmudnej, nudnej, powolnej dłubaniny i proszę bardzo…ta dam…znowu wielkość na horyzoncie.

Jesteśmy przeciętni. Fajnie.

Przeznaczeniem zdecydowanej większości ludzi jest bycie przeciętnym. Ja jestem przeciętny, Ty jesteś przeciętny i Twój kolega, ten któremu podsyłasz ten tekst, on też jest przeciętny (pozdrawiam!). I nie ma co się z tym szarpać. Narzekać, biadolić. Pogódź się z tym, albo weź się ogarnij i zacznij pracować nad czymś, na czym naprawdę Ci zależy, od dziś. Ale bez tego idiotycznego: „od dziś będę super zmotywowany, zawsze uśmiechnięty i gotów, by zapierdalać po 100km w tygodniu”.

Nie. Bo to Ci nie wyjdzie. Mi też nie. I Twojemu koledze też nie.

Rozejrzyj się wokół, ilu znasz ludzi, którzy konsekwentnie – dzień po dniu (dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku…) realizują jakiś plan? Zmierzają do czegoś ponadprzeciętnego (żeby nie było, że tak wynikowo patrzę na życie: bycie świetnym ojcem/matką, albo mężem/żoną to też jest kapitalny cel, do którego warto dążyć. Nie wszystko w życiu da się przełożyć na konkretne wyniki. I dobrze!).

Ponownie przytoczę słowa Zbyszka:

Wspomniałem, że większość z nas, stawiając przed sobą cele, przecenia to, co może osiągnąć w ciągu dnia, tygodnia czy miesiąca. Równocześnie jednak nie doceniamy tego, co jesteśmy w stanie osiągnąć w ciągu roku czy pięciu lat, gdy nauczymy się poruszać powoli i konsekwentnie. W którymś momencie małe, niedostrzegalne początkowo zmiany, zaczynają przynosić wielkie efekty.

(jestem wielkim, wielkim fanem tego stwierdzenia)

Myślę, że ten tekst nie „trafi” do wszystkich. Jeśli nie traktujesz biegania w kategorii ciągłego rozwoju, osiągania określonych wyników, przekraczania granic, a po prostu biegasz bo lubisz, bo podoba Ci się to, jak bieganie Cię odpręża po stresującym dniu w pracy (jednym słowem: robisz to bez jakiejkolwiek spiny), to pomyślisz, że mam coś nie tak z głową. I może będziesz miał rację.

Efekt śnieżnej kuli

Ale wiesz co? Cholernie kręci mnie to, że koncentrując swoje wysiłki w określonej dziedzinie (szeroko pojęty wysiłek fizyczny, tworzenie możliwie najlepszego sklepu dla biegaczy i prowadzenie właśnie tego miejsca, które czytasz) mogę osiągać fantastyczne rezultaty (sponsorem tego tekstu jest słowo: FANTASTYCZNIE!) – mądra i ciężka praca w długiej perspektywie zawsze się opłaca.

Efekt śnieżnej kuli! Suma małych elementów, która składa się na całość. Fantastyczną całość! Przebiegłem wczoraj 6 kilometrów, ledwo. Dziś dałem radę zrobić ich 11 – już lepiej, ale nadal średnio. Jutro porwę się na 15 kilometrów – będzie lepiej. A za 4 lata? A za cztery lata to będę Mistrzem Świata! I chu..steczka! Czas start!

(był potworny upał, z trudem pokonałem 5 kilometrów, ale co tam, dziś przejechałem na rowerze 62km! A siedziałem 2 raz w tym roku na siodełku).

A w następnym tekście o tym dlaczego, jeśli nie masz czasem ochoty na cheesburgera z Mc’Donalda (ale obiecuję, że będzie o bieganiu. W końcu wróciłem do regularnych treningów!), to prawdopodobnie nie znajdziemy wspólnego języka. Do następnego!

Zdjęcie: Końcówka listopada, niespełna cztery lata temu. Schodzimy z Toubkala w Atlasie Wysokim, w Marakeszu czeka na nas Tadżin, który miał być dla nas nagrodą za fantastyczny (ostatni raz używam tego słowa, obiecuję!) trekking. Tadżin okazał się nijaki… i do tej pory żałuję, że nie zjedliśmy go gdzieś w środku gór. Czasem nie warto odkładać przyjemności na później…


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



20 Responses to Siła konsekwencji, czyli o tym jak prawie zostałem Mistrzem Świata…

  1. rocha mówi:

    Pozdrawiam
    Bo zdrowo jest wylądować gdzieś tak w połowie drogi między fuszerką, a chorobliwym perfekcjonizmem.
    Do roboty!

  2. Kuerti mówi:

    Radek,

    Również uważam, że takie miejsce po środku jest znakomitym punktem wyjścia!

    A do roboty zacząłem się brać od wczoraj, motywujący był ten rower 🙂

  3. Bartek mówi:

    ” Jak chcesz rozśmieszyć Boga to opowiedz mu o swoich planach ”
    Rodzimy się a potem umieramy.Genialne powiedzenie a plan jest prosty i każdy wykonuje go w 100 %.
    Ale ! Każdy to życie jakoś przeżywa,po swojemu.Niektórzy biegają.Są tacy,którzy podchodzą bardzo ambitnie.Czasami wychodzi ,czasami nie.Frustracja rośnie.
    Biegam asfaltowych zawodów już jakoś mniej.Więcej w górach,lasy.To daje przyjemność.Wstawanie rano z myślą,że muszę rano zrobić interwały z określoną prędkością a potem szybko do pracy i jutro kolejny dzień, męczy mnie psychicznie na dłuższą metę.Np.wielu rasowych ultrasów po prostu biega,treningi szybkościowe ? Rzadko.
    Gdzieś pod koniec takiego cyklu zawsze miałem radość,że to już koniec.Zaliczę maraton i wakacje!
    Teraz,gdy przygotowuje się do sportowego Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej nie mam planu.Są podstawy i zarysy,wcześniejsze doświaczenie podpowiada intuicyjnie,ze dziś troche szybciej,pod góre,z góry ,dalej,troche długiego marszu dla odpoczynku.A w ile planujesz zrobić tę Kotline ??? Heheheh…Droga długa.Nie wiem.Wyjdzie w praniu.Tak,żeby zdązyć wypić piwo na luzie,zjeść zdążyć na pociąg do Bydgoszczy i się nie zarżnąć przy okazji.
    Robię swoje.Wszystko na luzie.Biegam dalej ,swobodniej,forma rośnie,ale przede wszystkim duchowo czuje się lekko.

    ” Po staremu rzeka płynie.
    Czym jest życie ?
    Snem jedynie . „

  4. Kuerti mówi:

    Bartek,

    Nie napisałem tego dosłownie, ale mam nadzieje, że można wyczytać to między wierszami. Napisałem pean pochwalny na cześć konsekwentnego działania, zmierzania krok po kroku w kierunku określonego celu. Ale takiego trochę beztroskiego, wiesz, w myśl zasady: mam słabszy dzień i ledwo przebiegam 8km? Co z tego! Jutro będzie lepiej. Bez tej napinki i ciśnienia, o której piszesz, że pojawia się przy realizacji określonego planu.

    (również po dłuższym czasie trenowania wg. planu czułem pewien nieprzyjemny przymus. Doskonale znam to uczucie.)

    Z drugiej strony to napięcie, ciśnienie musi się pojawić. W końcu realizujesz jakiś cel, chyba chodzi o to, żeby dobrze to wszystko wyważyć. Fajnie opisał to Rocha. Podoba mi się jego określenie na drogę środka 🙂

  5. Adrian Stefanik mówi:

    Witam serdecznie,

    To mój pierwszy wpis na tym blogu…
    Aż drżę (choć kiedyś, dawno i nie prawda temu, wymieniliśmy z Grzegorzem ze dwa maile).

    Tekst bardzo mi bliski, jakbym momentami czytał o sobie, podobał mi się. Z rozpędu przeczytałem także „Rewolucja nie działa”, też mi się spodobał. Też jakby o mnie samym.

    Od prawie dwóch tygodni próbuję wrócić do regularnego biegania. Jak na razie udaje się, dzięki odwiedzinom szwagra głównie, który jest maratończykiem i mnie za sobą ciągnie. Po wielu publicznych deklaracjach, po wielu misternie ułożonych planach treningowych… hehe, czasem dłużej zajmowało mi układanie takiego planu niż jego wykonywanie (kończyło się na pierwszym treningu). Podobnie zachowuję się w pracy, zaczynanie od nowa to jakby moje hobby!

    Może się uda wpaść, zachować regularność…oby mnie nie znów nie zwiodła „wielkość na horyzoncie”.
    Mam nadzieję, że pomoże mi w tym również nowy sposób działania, który od dziś wprowadzę do swego życia, mianowicie składać w całość moje „skorupy i kamienie” bo w końcu to „tyle dobrego budulca”. Swietne słowa.

    Pozdrawiam serdecznie!

    PS Dobrze, że pojawiają się nowe wpisy, częstotliwość mile zaskakuje bo blog jest świetny.

    PPS Cholernie fajnie jest biegać. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy w tym tygodniu choć raz gdzieś pobiegną.

  6. wymagane mówi:

    ja to widzę inaczej.

    nie rozumiem perfekcjonistów. przecież wszystko, zawsze, można zrobić lepiej. nawet ten niezrealizowany plan jest przeważnie z perspektywy czasu – po ch…

    niezależnie jak bym się nie napinał, sprężał i dyscyplinował – z perspektywy czasu i tak nawet te najbardziej udane, „lokalne piki zajebistości” – są słabe. po prostu słabe.

    i tak – zawsze, codziennie zaczynam od zera.

    Viva la anarquia, viva la libertad !!!
    – czyli, w wolnym tłumaczeniu:
    „same błędy! i o to nam właśnie chodzi!”

    zagadnienie, moim zdaniem sprowadza się tylko do tego, żeby tych błędów, upadków i faili zaliczyć odpowiednio dużo.
    w końcu oddadzą.
    zawsze oddają.

  7. jip mówi:

    „mówią/mówimy tu w Poznaniu” ??? buhahahaha. Podobno „najwięksi Poznaniacy” pochodzą z Piły ;P

    Dobre słowa Rocha, Bartek 🙂

    Kiepsko tak zaczynać cały czas od nowa. Nudnawo też. I dołująco zdeka, znowu od początku, znowu … coś. Zawsze mnie to wkurzało. Jak ja nie cierpię nudy! Przesadne dążenie do perfekcji. Trzeba kontynuować co się zaczęło, jeśli się da. A jak nie da, to od początku, wiadomo. „Zrywanie się” do przodu to chyba wyraz ucieczki od tej nudy zaczynania od początku 🙂

  8. Kuerti mówi:

    Adrian,

    Witaj na blogu 🙂 . Zerknąłem na Twojego mejla ze stycznia, no i rzeczywiście – tekst powyżej wydaje się być napisany o Tobie. Miałeś fajne plany, pewnie sporą moc motywacji, pół roku później jesteś w tym samym miejscu. Nie traktuj tego jako ataku na Twoją osobę, ja sam przerabiałem taki schemat zbyt wiele razy, i doskonale wiem jak to jest jak się ma jakieś plany, motywację, a później znów zaczyna od nowa.

    Tylko właśnie, nigdy nie zaczynamy od nowa! Na swoim przykładzie widzę, że zbierając po drodze jakieś okruchy wiedzy/mądrości/doświadczenia (jakkolwiek to nazwać) z tych wszystkich porażek i niepowodzeń teraz jestem w stanie o niebo szybciej osiągać zakładane przez siebie cele. Po prostu znam się już całkiem dobrze i wiem którędy biec 🙂

    Powodzenia!

    Wymagane,

    Kolejny nowy czytelnik, świetnie 🙂 . Witaj!

    Kiedyś gdzieś wyczytałem właśnie coś podobnego – nie ma porażek, błędów, jest tylko informacja zwrotna (nawet pisałem o tym kilka lat temu, przy okazji dwóch startów. Jednego – wycof, porażka totalna, i drugiego – pierwszy start za granicą i miejsce na podium, a wszystko w przeciągu niespełna miesiąca – http://pk4.pl/2009/09/18/the-harz-informacja-zwrotna/).

    Kapitalne sformułowanie. Problem w tym, że mam mimo wszystko spore opory przed doznawaniem porażek. Coś na zasadzie, wiem, że ostatecznie próbując i nawet przewracając się uda mi się nauczyć chodzić, ale.. no cholera, boję się zrobić ten pierwszy krok, żeby.. żeby nie upaść.

    Jip,

    A ja to widzę inaczej. Zaczynanie od nowa jest ekscytujące – bo teraz przecież masz plan i będzie idealnie, będziesz zawsze uśmiechnięty, a noga zawsze będzie podawała. Od jutra.

  9. Włodek mówi:

    Witam serdecznie
    Rozpoczynanie tego samego planu co kilka tygodni. Łapanie kontuzji, urazów przy byle truchciku niedzielnym. Silenie się na biegi górskie, po czym kilkutygodniowa przerwa i frustracja. Porównywanie wartości VDOT i smutna myśl, że moja forma nie jest ujęta w żadnej tabeli u Danielsa! Kupowanie gadżetów treningowych typu pulsometry, zagarki z timerami interwałowymi w nadziei, że „..od teraz to ja ku… wszystkim pokażę”. Wysyłanie maili do Skarżyńskiego czy innych specjalistów od treningów. Dogłębna analiza fizjologii wysiłku sportowego. Setki godzin spędzonych w sieci. A wszystko sprowadza się jedynie do tego, by wyjść z domu na bieg i być w tym systematyczny. Znacie to? Czy ja jestem jeszcze normalny?
    Pozdrawiam serdecznie

  10. Kuerti mówi:

    Włodek,

    Hej, hej. Myślę, że wiem na czym polega Twój problem. I mój zresztą też.

    Chcesz być już DZIŚ, w tym miejscu, do którego nie można dojść na skróty. Chcesz już DZIŚ być super biegaczem (cokolwiek to dla Ciebie znaczy, dla każdego z nas to pewnie co innego), ale tu nie ma dróg na skróty. I o ile nauczyłem się już, że siła konsekwencji jest przepotężna i systematyczne działanie w długiej perspektywie przynosi sukces, to trudno mi znależć odpowiednie tempo. Niespieszne, skrojone na miarę moich aktualnych możliwości.

    Mam nadzieje, że znajdziesz to tempo, nawet jeśli na początek to będą 2-3km przebiegane co drugi dzień.

  11. Adrian Stefanik mówi:

    Kuerti,

    Tak, wiem, racja… jestem słabym człowiekiem…
    Ale staram się, staram…
    Jak Jules Winnfield z Pulp Fiction w scenie w barze – „… ciągle próbuję Ringo. Staram się naprawdę mocno…”

    Na dzisiaj jest plan: potruchtać dwie godziny (naprawdę powoli).

    Pozdrowionka!

    // Adrian

  12. Zaraz tam słabym człowiekiem. Mało kto jest w stanie pokonać 20km ot tak sobie, nawet jeśli to ma być niespieszny trucht.

    Zresztą, lato mamy, gdzie Ci się spieszy 😉

    PS. No i przyszedł czas na zmianę pseudonimu, którym się podpisuję. Zaczynałem jako qwerty120, później przez wiele lat był Kuerti, a teraz po prostu Grzegorz Łuczko 🙂 . Chyba zaczynam się stary robić 😉

  13. Beata mówi:

    Problem który opisujesz prawdopodobnie dotyczy wielu z nas. Ja mam chyba jeszcze gorzej, bo mój słomiany zapał sprawia, że nawet nie zaczynam od nowa, ale gdy się zorientuję, że nie ma szans bym była w czymś dobra (bo z reguły jestem przeciętna lub mniej) to rzucam to w cholerę i zaczynam coś innego. Teraz też się tego boję. Mam jednak cichą nadzieję, że tym razem będzie inaczej.W takie błędne koło często wpadają perfekcjoniści.Jakaś rada? może wyznaczać sobie bliższe, mniejsze i łatwiej osiągalne cele? Sama nie wiem…

  14. rocha mówi:

    Skąd bierze się ten kult planowania?
    Powinny być marzenia, a nie plany.
    Plany są nudne, marzenia piękne.
    Plany to tabelki i wykresy, marzenia to ekscytacja i radość.
    Czy Balcerowicz planował, czy marzył o gospodarce rynkowej?
    Czy ML King miał sen, czy konkretny plan?
    Może Kowalczyk marzy, a od planowania ma Wiertelnego?
    Czy Holyfield walczył o pas koło 50. bo miał taki plan?

    Zresztą niech sobie będą plany, są nawet przydatne, ale nie każmy sobie żyć według nich.

    Po każdy plan może być do kitu, a marzenie – nigdy.

  15. jip mówi:

    Kuerti, Włodek
    Chcecie „być już DZIŚ, w tym miejscu” w którym widzicie siebie jutro, a nawet pojutrze? Musicie myśleć w sposób dialektyczny, zgodnie z zasadami angsocu i bez myślozbrodni 😉 Komunistom „się udawało” przez 50 lat to może i wam się uda ;p

    z Wikipedii
    „ Gdy mówisz: to jest stara, źle pomalowana ściana, osądzasz ją metafizycznie, wyodrębniasz chwilę obecną. Gdy natomiast mówisz: to błyszcząca, ładna, nowa ściana, to mylisz się z punktu widzenia chwili obecnej bo ściana jeszcze taka nie jest; ale z dialektycznego punktu widzenia masz rację, ponieważ będzie taka jutro. Gdybyś powiedział, że ludzie sowieccy mieszkają w starych chałupach, pełnych robactwa, skłamałbyś, mimo że przeważnie tak jest. Jeśli natomiast mówisz, że ludzie sowieccy mieszkają w nowych, pięknych domach, mówisz prawdę, pomimo że w rzeczywistości niewielu mieszka tak dzisiaj. Widzieć w dniu dzisiejszym to, co będzie jutro — to widzieć dialektycznie. (…) Komuniści – po pierwsze – sami przyznają, że wszelkiego rodzaju kłamstwo jest dla nich moralne, gdy służy potrzebom partii; po drugie – mają w zwyczaju widzieć rzeczy „dialektycznie”, czyli twierdzić, że już obecnie są tym, czym w myśl swej doktryny mają być w przyszłości.”

    Beata,
    może nie wyznaczać celów, tylko lubić co się robi, sprawiać sobie frajdę, i nie zapominać o jako takiej dobrej systematyczności? Od zmuszania się jest np. praca, ale nie czas wolny.

    Rocha, słuszne słowa 😀

  16. rocha mówi:

    „Trzeba zrobić dzieciom piaskownicę.
    Zrób piaskownicę!
    Dzieci ganiają po chaszczach, a tam szerszenie, żmije zygzakowate i dotknięte wścieklizną króliki, kiedy zrobisz tę cholerną piaskownicę?!”

    Dałem tacie osiem desek, tato pociął, oheblował, pozbijał, pomalował, ja zniwelowałem kawałek ziemi, ustawiłem ramę, przywiozłem piasek, wysypałem, wyrównałem…

    „Piaskownica za mała
    i za niska
    co to za kolory?
    i krzywo stoi
    i wogóle nie w tym miejscu
    a piasek całkiem do niczego.”

    Przynajmniej dzieci się cieszą.

  17. Adrian Stefanik mówi:

    Przeżywam osobistą… może nie tragedię, ale smutek, Paula Radcliffe wycofała się z olimpiady w Londynie. Smutek wielki…

    Czuję z nią szczególną więź, uwielbiam ją!
    Taka za wysoka, biała, do tego z Wielkiej Brytanii, dziwna technika, nierówne starty, raz fenomenalnie potam znów kiepsko. Wszystko jak ja!
    Szkoda, szkoda.
    Musiałem się wyżalić, niestety nie prowadzę własnego bloga, muszę Grześkowi włazić na jego stronę i nie na temat się użalać.

    Grzegorz,
    ja też podpisuję się u Ciebie imieniem i nazwiskiem, podobnie na jednej jeszcze stronce.
    Coż, starość nie radość… 🙂

    Pozdrawiam,

    // Adrian S.

  18. Beata,

    Zgodzę sięz jipem – frajda przede wszystkim. Stawiajmy cele, rozwijajmy się, ale niech w tym wszystkim będzie dużo zabawy.

    Rocha, Jip,

    Nie do końca się z Wami zgadzam – odpiszę osobnym wpisem za jakiś czas 🙂

    Jip,

    Sposób dialektyczny, o matko bosko 😉

    Adrian,

    Pisz śmiało co Ci w duszy gra 🙂

  19. Tomek G3 mówi:

    Grzegorz, po prostu jesteś perfekcjonistą 😉 Wiem coś o tym bo mam to samo. Musisz się nauczyć z tym żyć. Ja już się z tym pogodziłem i poznałem swoje reakcje na różne nieprzewidziane zdarzenia. 😛

  20. Witaj Tomku na PK4 🙂

    Cały czas się uczę, żyć z tym i oduczyć tego perfekcjonizmu. Bardzo fajnie działa po prostu działanie, nawet jeśli wydaje Ci się, że jesteś po środku niczego, nie jesteś gotów, ale robisz coś – i to działa 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGrzesiek Łazarz Ładowanie strony trwa bardzo długo... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAlbany, Georgia auto insureance Die sehen aber lecker aus - ich denke, die mache ich demnächst auch mal, vorallem ist die Apfel-Zimt-Kombi so schön... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikahttp://www.vegetarianminimeals.com/ man muss es halt anders aufziehen: wird es als gegendemo verkauft, so kommen wenige piraten. wird es als spontaner flashmob... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikajumbo auto and truck plaza Excellent blog! Do you have any tips for aspiring writers? I’m hoping to start my own website soon but I’m... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Bunkry s i jest fajnie  trailrunning mountains karkonosze runninghellip
    • Jak mija Wam majwka?  Pogoda dopisuje? nbrteam buja sihellip
    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • Kierownik wrci po dwch latach na t sam tras cortinatrailhellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
  • ARCHIWA