Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 2 marca 2010 | autor Grzegorz Łuczko

27

Włóczykij: Relacja nietypowa

Graj muzykę! Przyjemna gitarka i kobiecy wokal, czyli Bettie Serveert w utworze The Pharmacy of Love

Nie znoszę tej pustki w głowie, gdy siadam do pisania, a słowa nie układają się w sensowną treść. To frustrujące. Wiem, że czekacie na relację ze startu na Włóczykiju, a ja tymczasem od wczoraj nie jestem w stanie napisać niczego, co nadawałoby się do publikacji. Problemem na pewno jest tutaj – paradoksalnie – dobry wynik. Biegliśmy. Biegliśmy. Biegliśmy. Maszerowaliśmy w śniegu. Podbijaliśmy punkty. Biegliśmy. Biegliśmy. Biegliśmy jeszcze szybciej. Meta! Koniec…

Proste, co? Co tu pisać więcej?! W takich momentach muszę uciekać się do eksperymentowania z formą, może więc wywiad? Spróbujmy.

Pan K: Tytułem wstępu, gratuluję wyniku!

Dzięki, ale…

Pan K: Żadne, kurwa, ale! Nie, że „nie było konkurencji”, albo że „zawody treningowe”, i że „to naprawdę nic wielkiego”, wygrana jest wygrana, zwłaszcza, że nabiegaliście świetny czas!

No cóż, trudno nie przyznać Ci racji kolego. To chyba nasza taka narodowa cecha – deprecjonowanie własnych wyników i osiągnięć. Nie potrafimy cieszyć się tymi mniejszymi i większymi sukcesikami, koncentrujemy się zawsze na tym, co nieudane. W końcu okazuje się, że tak naprawdę nic nas nie cieszy, bo przecież zawsze można zrobić coś lepiej… Z drugiej strony wiem, że ludzie przychylniej patrzą na tych nawet przesadnie skromnych, niż na tych, którzy znają swoją wartość i nie boją się o tym mówić. Patrz Justyna Kowalczyk – dziewczyna jest najlepsza na świecie, ma tego świadomość i ma odwagę jasno to powiedzieć, no i nie wszystkim się to podoba…

Pan K: Nie rozśmieszaj mnie, czy ktoś kto poświęcił pół życia, żeby osiągnąć taki poziom ma zawracać sobie, za przeproszeniem, dupę takimi opiniami? No bez jaj! Ale zostawmy to już. Jak podobała Ci się trasa na tegorocznym Włóczykiju?

Chcąc nie chcąc będę porównywał ją do zeszłego roku. Na pewno było inaczej – wtedy na kilka dni przed startem spadło sporo śniegu, a sama trasa była nieco trudniejsza nawigacyjnie, teraz śnieg topniał, bieganie w tej chlapie ani nie było przyjemne, ani łatwe.

Pan K: A właśnie, nawigacja. Jakieś problemy?

Oprócz kilku małych, zupełnie nieznaczących błędzików, trafił się nam jeden babol na sam koniec. Opis PK brzmiał: Nanga Parbat (a numer PK: 666). Właśnie, opisy! To była ciekawa sprawa. Generalnie na rajdach jest tak, że opis ułatwia odnalezienie punktu, precyzuje to, czego mamy szukać. Np.: „skrzyżowanie przecinek”, albo „zakręt kanału” itp. Na Włóczykiju z kolei te opisy mają charakter, powiedzmy, nieco rozrywkowy. Przykłady: „wrota wędrujących Galów”, „duch Schliebena”, „Drzewo Joł-Joł”, albo mój ulubiony „turystyczna padaka” 🙂 . Wracając do Nanga Parbat (później śmieliśmy się z Piotrkiem, że mamy już jeden ośmiotysięcznik w kolekcji 😉 )… Popełniliśmy szkolny błąd – nie spojrzeliśmy na kompas i zamiast kierować się na południe, w kierunku torów kolejowych, pobiegliśmy na zachód, wzdłuż nich.

Na nasze nieszczęście niedaleko dojrzeliśmy jakąś górę porośniętą lasem (a PK stał właśnie na takowej) – zamiast więc dokładnie się namierzyć, zaczęliśmy czesać okoliczne krzaki. Finał tych poszukiwań był taki, że koniec końców i tak zbiegliśmy do torów i dopiero wtedy się zlokalizowaliśmy. Okazało się, że jesteśmy jakiś kilometr od PK. Czesaliśmy więc nie tę górę. Mówię, szkolny błąd. Może to już brak koncentracji? Pośpiech? Do mety było już naprawdę blisko…

Pan K: A jak Ci się biegło razem z Piotrkiem?

Jak zawsze, czyli świetnie! Uwielbiam z nim startować. Dobrze nam się dogaduje na trasie, znamy się już trochę, więc wiadomo kiedy można docisnąć mocniej, kiedy odpuścić. Start we Włóczykiju traktowałem przede wszystkim jako sprawdzian mojej formy – Piotrek jest mocniejszy ode mnie, moim celem było więc dotrzymać mu kroku, tak żeby nie musiał zwalniać ze względu na mnie. Myślę, że moja dobra dyspozycja na trasie, jest po części zasługą pleców Piotrka 😉 . Miałem je cały czas w zasięgu wzroku i motywowały mnie one do wysiłku.

Pan K: Najtrudniejszy moment na trasie?

Jakiegoś strasznego kryzysu, który złamałby mi psychę nie było. Do 40 kilometra biegło mi się fantastycznie. Generalnie noga podawała mi przez całą trasę. Chciałbym sobie życzyć więcej takich startów! Po 40km zacząłem już odczuwać zmęczenie i ustawiać sobie jakieś cele, pierwszy – dobiec do 50km. Myślę sobie: „Grześ, jest dobrze, dobiegnij do 50km, a później zostanie wam już tylko dyszka, tyle razy już biegałeś ten dystans na treningach, że na pewno dasz radę!”.

No i rzeczywiście, do 50km dobiegłem we względnie dobrej formie, ale później zaczęły się problemy. Już wcześniej na lewej stopie zaczął mi się robić mały odcisk. Miałem na sobie treningowe buty – Saucony TR Guide – świetnie mi się w nich biega na co dzień, ale nie wybierałem ich pod kątem startów. Kupiłem ledwie pól rozmiaru większe, na co dzień to nie przeszkadza, ale po kilku godzinach biegu w trudnych warunkach okazuje się, że stopa potrzebuje więcej miejsca…

Miałem więc trochę problemów ze stopą, poza tym, co zrozumiałe, po 50km nie biegło mi się tak lekko jak wcześniej 😉 . Zacząłem stawiać sobie mniejsze cele – przebiegnij 2,5km i tak dalej. Największy kryzys trafił mi się przed punktem „Bunkier”, nie pamiętam już jego numeru. Na asfalcie zacząłem zostawać za Piotrkiem na odległość 20-30 metrów. Mieliśmy ze sobą hol, ale nie użyłem go ani razu.

Nie było takiej potrzeby – ta odległość między nami nie zwiększała się, a ja cały czas byłem w stanie utrzymać niezłe tempo biegu. Pokręciliśmy się trochę w okolicach bunkra (to był trudny punkt, namierzaliśmy się od dwóch stron, ja szedłem z zachodu, Piotrek ze wschodu i to był dobry pomysł, bo dzięki temu dość szybko go odnaleźliśmy), zrobiło mi się wtedy zimno i nałożyłem na siebie bluzę. Szybko jednak rozgrzałem się biegiem – spakowałem ją z powrotem do plecaka, a kryzys minął. Po części dlatego, że zostało nam już naprawdę niewiele do końca. A gdy czujesz metę, to tych sił przybywa…

Pan K: A jakieś inne ciekawe sytuacje?

No i to jest ten problem ze startami, na których nie popełniasz zbyt wielu błędów. Sukces zawsze trudniej opisać niż porażkę. Krótko mówiąc ciekawych sytuacji brak 😉 .

Pan K: Co powiesz na temat konkurencji?

Startowaliśmy co 2 minuty, pierwsi wyszli na trasę o 16 – my półtorej godziny później. Ostatni przed 19. Taka forma rywalizacji sprawiła, że nie mieliśmy pojęcia na którym miejscu jesteśmy. Oczywiście, gdy dotarliśmy na Punkt Stop, położony parę kilometrów przed półmetkiem i wybiegliśmy z niego jako pierwsi sprawa stała się klarowniejsza, ale pewności nie mieliśmy. Zresztą, ta lekka niepewność sprawiała, że nie mieliśmy problemów z motywacją – nie ociągaliśmy się więc. Zastanawiałem się czy dogoni nas pewien biegacz, z życiówką w maratonie 2:57. Piotrek ma czas o jakieś 10 minut słabszy, a ja nigdy nie biegałem maratonów…

Pan K: Nigdy nie przebiegłeś maratonu? To co z Ciebie za biegacz?

Ano nie przebiegłem. Jaki ze mnie biegacz? Ano chyba taki trochę dzikus, co po krzakach gania 😉 . Ale dobrze mi z tym. Zresztą, bieganie na zawodach na orientację, a bieganie na ulicy to dwie różne sprawy. Ten biegacz (niestety nie pamiętam jego imienia, ale pozdrawiam 🙂 !) jak się później okazało, choć miał zapas sił, to gubił się strasznie. A przecież nawigacja należała raczej do łatwiejszych. Ten start nasunął mi pewną refleksję na temat mocnych biegaczy na ulicy i tego, dlaczego nie radzą sobie na zawodach typu Włóczykij…

Pan K: No śmiało, dowal im, dlaczego są tacy słabi?

Ej, nie chodzi o to, że są słabi! Bo są cholernie mocni, ja co najwyżej mogę im buty czyścić. Zaliczyłem kilka startów na ulicy i zawsze byłem daleko za czołówką. Jestem przeciętniakiem, ale jako przeciętniak jestem w stanie obiec znacznie szybszego biegacza, jeśli terenem rywalizacji jest las i trasa złożona z punktów kontrolnych.

Pan K: Z czego to wynika?

Oczywiście duże znaczenie odgrywa umiejętność posługiwania się mapą i kompasem. Tutaj też nie jestem wybitny – ja w niczym nie jestem bardzo dobry! – ale jakoś tam sobie z tym wszystkim radzę. Doświadczenie robi swoje, i tak! popełniam błędy. I ja i Piotrek, który przecież też nie jeden PK w swoim życiu znalazł. Ale to właśnie dzięki tym błędom opanowaliśmy sztukę nawigacji na jako takim poziomie, który pozwala nam pokonać taką trasę jak ta na Włóczykiju bez większych wpadek.

To jedno, a druga sprawa to warunki terenowe. Biegacz, owszem jest mocny, bo robi takie i siakie treningi (ja też trenuję wedłgu schematów treningowych pod ulicę), na ulicy może skoncentrować się tylko na tym, aby wydobyć z siebie to wszystko, nad czym pracował na treningach. Wiesz, te wszystkie progi, te zakresy tętna itd. Na ulicy dopuszcza się mniej odstępstw – więcej możesz przewidzieć, niczego nie zatuszujesz. W terenie jest inaczej. Czasem musimy brodzić w śniegu parę kilometrów, tam nie da się biec i to wybija z rytmu.

Tak samo te wszystkie przejścia na przełaj przez krzaki. Biegacz nie jest do tego wszystkiego przyzwyczajony. Oczekuje, że wykorzysta swoje możliwości na maks – a w terenie jest to trudne. Wysiłek jest rwany, interwałowy. Myślę, że klasyczny biegacz źle znosi takie warunki, bo po prostu nie jest do nich przyzwyczajony. Wiem natomiast jedno – jeśli ktoś z dobrymi wynikami na ulicy wziąłby się za starty w maratonach pieszych, to szybko doszlusowałby do czołówki.

Pan K: Dobrze, to teraz może zmiana tematu, najfajniejszy moment na trasie?

Finisz! Ale nie dlatego, że to była już końcówka, i że finisze zawsze są fajne. Ten był wyjątkowo fajny! Zostało nam jeszcze sporo mocy i ostatnie 3 kilometry po prostu polecieliśmy jak na skrzydłach. To było niesamowite. To uczucie mocy, że po tych prawie 70 kilometrach możesz jeszcze biec tak szybko. Nie czułem wtedy ani bólu, ani zmęczenia. Była tylko radość. I właśnie, nawet nie dlatego, że koniec, ale dlatego, że nam się tak przyjemnie biegło. Może za przyjemnie, bo nie spojrzeliśmy na mapę i pobiegliśmy za daleko, meta była zlokalizowana w innym miejscu niż start. Ale prawdę mówiąc nie przejęliśmy się tym ani trochę.

Pan K: Zawsze powtarzasz, że każdy start uczy Cię czegoś nowego, czego nauczyłeś się na Włóczykiju?

Po pierwsze, odpoczynek! Odpoczynek, kurwa mać!! To nie jest tak, żeby robić dobre wyniki, to trzeba, za przeproszeniem, zapierdalać na treningach jak głupi. To bez sensu! Próbowałem tego i co? I nic! Trenuję obecnie mniej niż w poprzednich latach, a mam lepsze wyniki. Tu nie może być przypadku. Więcej odpoczywam przed startami i później na zawodach mam zapas sił. Po drugie – nastawienie jest wszystkim! Ja wiem, że często marudzę, bo mi coś nie wychodzi, ale to nie jest dobre, to jest droga donikąd. Nic z tego dobrego nie wyjdzie. To trudne i cały czas się tego uczę. Po trzecie, cieszyć się z sukcesów! Nie przechodzić obok nich obojętnie, nie machać ręką, że to nic.

Wracam teraz do tego, o czym rozmawialiśmy na początku – cieszmy się tym wynikiem! Jeśli nam się udało, jeśli zajęliśmy dobre miejsce, albo wykręciliśmy dobry czas, to cieszmy się tym! Zrób sobie jakąś nagrodę, kup nowe buty, książkę, idź do kina, zjedz pączka, zrób cokolwiek, co sprawia Ci frajdę. Należy Ci się! I nie mów, że to nic takiego, ważne są nawet te najmniejsze zwycięstwa nad samym sobą. Zaliczyłeś więcej punktów niż rok temu? Byłeś szybszy niż kolega? Nie byłeś ostatni? Byłeś ostatni, ale i tak masz to w dupie, bo na tyle było Cię stać w tym akurat momencie? CIESZ SIĘ TYM!!!

Pan K: Chcesz podbudować przeciętniaków?

A kim jest przeciętniak? Jest taki fajny cytat: „Większość ludzi z góry skazuje się na przeciętność tylko dlatego, że nie oczekują od życia nic szczególnego” (Wanda Łoskot). Jeśli nie będziemy doceniać swoich codziennych wysiłków, mierzyć wysoko, czasem upadać, ale i wciąż się podnosić, to… no to będziemy tkwić cały czas w miejscu. Jeśli komuś to pasuję, to OK, jego wola. Jest jednak wielu, którzy próbują, jeżdżą na te zawody, wychodzą na te treningi w deszczu i wietrze, czasem przegrywają i myślą sobie wtedy, że są przeciętniakami, albo jeszcze gorzej, że są cieniasami. A przecież tak nie jest! Ja sam jestem przykładem, że można – zawsze myślałem, że jestem cienki. Chyba nadal tak myślę, ale przecież się nie poddaję. Zaciskam zęby i trenuję, żeby być coraz lepszy – bo kręcą mnie te pieprzone rajdy, mimo tych wszystkich porażek sprawiają mi ogromną frajdę.

I doskonale wiem, że jeśli robi się coś odpowiednio długo i wytrwale, to w końcu przyjdzie wynik. Dlatego nie chcę myśleć o sobie, czy o kimkolwiek innym w kategoriach „słaby”, „przeciętny”, to do niczego nie prowadzi, a tylko zamyka nas na możliwości jakie dają nam kolejne dni…

Pan K: Sorry Grześ, ale czy Ty tak naprawdę wierzysz w to, co piszesz?

Powiem Ci tak, jeśli chodzi o tę całą psychologię to sprawa jest cholernie trudna. Dlaczego? Dlatego, że tu nie ma żadnych praw fizycznych, nie ma matematyki, ani pewnych twierdzeń. Są emocje, przekonania, jakieś delikatne niuanse. Te zwiewne myśli w głowie. A tak naprawdę i tak chyba wszystko rozbija się o przekonania – jeśli te są negatywne i zamiast zapewniać Ci pozytywną energię, tylko Cię dołują, odbierają Ci wiarę w siebie, to czas je zmienić! Ale to nie odbywa się w ciągu kilku godzin, to nie jest kwestia świadomej decyzji – nie możesz sobie postanowić, że od teraz już mam pozytywne nastawienie. To wymaga czasu, doświadczeń, i tych przykrych i tych przyjemnych. Nowe przekonanie rodzi się w bólach. Przynajmniej te moje mają takie ciężkie narodziny 😉 .

Pan K: I na koniec ostatnie pytanie, wiesz, bez obrazy, ale może Ty jednak jesteś trochę megalomanem?

Piotrek Kłosowicz powiedział kiedyś fajną rzecz: „w gruncie rzeczy jestem cienki a jest we mnie sporo przyczajonej megalomanii”. No cóż, może nie tylko jego to dotyczy? 😉 . A tak poważnie, wiesz, można albo milczeć i wtedy jest OK, bo się nie zdradzasz z tym, co myślisz. Możesz wtedy udawać bardzo inteligentnego, nie popełniasz błędów, bo nie masz kiedy ich zrobić. Ale możesz też się odzywać, pisać – przekazywać swoje mniej lub bardziej mądre (a może całkiem głupie?) przemyślenia. Czasem się pomylisz, czasem kogoś zainspirujesz, a czasem strzelisz gafę. Może przesadzisz z czymś, ale nie dowiesz się tego, póki nie spróbujesz. A ja postanowiłem spróbować…

Pan K: Amen! Dzięki za wywiad! Tylko nie wiem kto pytał, a kto odpowiadał, ja czy Ty? Ty czy ja?

Ja też nie wiem. A myślisz, że ktoś zadzwoni po panów w białych kitlach i wpakują nas w kaftan?

Pan K: Haha! Ale wtedy nie mieliby czego czytać, ha!

Racja 😉 .

Zdjęcia: http://www.gdk.com.pl


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



27 Responses to Włóczykij: Relacja nietypowa

  1. Mari mówi:

    Ale trafiłeś, właśnie dzisiaj mnie dopadły objawy kompleksu przeciętniactwa. Pozdro

  2. Kuerti mówi:

    Mari, witam na PK4! 🙂 .

    Każdy dzień, to dobry dzień, aby poczuć się przeciętniakiem 😉 . Tak samo jak każdy dzień, to dobry dzień, aby to zmienić!

  3. monia mówi:

    zniknęła broda, zniknął pan maruda, ciekawe… 🙂
    nareszcie czytałam z przyjemnością od początku do końca. i mam nadzieję, że ci tak zostanie dłużej niż do następnej porażki (tylko się za to nie obraź!)

  4. Kuerti mówi:

    Przemyślę to, to z tą brodą 🙂 .

    A czy mi tak zostanie? Myślę, że tak, bo dlaczego by nie? 🙂 .

  5. emilka mówi:

    Zaiste relacja nietypowa:)Wyjątkowa!
    Nie miałam jeszcze okazji pogratulować. Więc gratuluję pierwszego miejsca!

  6. Krolisek mówi:

    Zauważyliście, że inicjały Grzesia to jak Konrad-Gustaw? 😀

  7. Kuerti mówi:

    Emilka,

    Dzięki! Szkoda, że nie wpadliście z Andrzejem 🙁 .

    Krolisek,

    Nie wiem czy wszyscy się połapią w Twoich dywagacjach 🙂 .

  8. Mickey mówi:

    Jak na brak weny to całkiem sporo i fajnie ci wyszło. Może w ramach pielęgnowania schizofrenii zrobisz wywiad optymisty z marudą? 😉 Obrazek do wywiadu to oczywiście Gollum 🙂

  9. rocha mówi:

    … a i Improwizacja całkiem niemała…

  10. Beti mówi:

    Gratulacje Grzesiu! Ciekawa forma relacji 😉

  11. zbyszekbe mówi:

    Gratuluję Grześ. Ja miałem iść z Pawłem moim synem, i mieliśmy Wam zagrozić, ale sprawy się pokomplikowały. Nie poszedł Paweł ani Karol Ćmiel (główny prowodyr wyjazdu na włóczykija). Więc napierałem z Olą(kochaną). Miejsce siódme to jednak dla nas sukces. Ta czarcia górka o której wspominasz też przysporzyła nam kłopotu ale generalnie mamy pozytywne odczucia. pozdrawiam i do zobaczenia na Maniackiej.

  12. orest mówi:

    dobre : ) …. świetne :))

  13. Kuerti mówi:

    Dzięki wszystkim! Witam nowych komentatorów Zbyszka i Oresta 🙂 .

    Mickey,

    Niezły pomysł, ale muszę poczekać na kolejny przypływ szaleństwa 🙂 .

  14. Kg mówi:

    Kuerti, zrób wywiad prawej ręki z lewą nogą 🙂

  15. Kuerti mówi:

    To zbyt wysoki poziom abstrakcji, nawet jak dla mnie 😉 .

  16. Adamo mówi:

    Rajd Wloczykija zgromadzil w wielszosci ludzi z Gryfina. Co do PK to sporo z nich byla bardzo interesujaca krajoznawczo.
    Np.
    1)Otylia 4 – to nieczynny jak sie dowiedzialem poniemiecki basen gdzie podobno trenowala kadra niemiecka na igrzyska w Berlinie.
    2) cmentarz steklinko http://pl.wikipedia.org/wiki/Steklinko
    3)kaplica templariuszy
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Rurka_(powiat_gryfi%C5%84ski)

    Faktem jest, ze opisy wymagaly troche poglowkowania co stanowilo pewne utrudnienie. Np Wrota wedrujacych galow okazaly sie nie grobla miedzy jeziorami jak to sobie wydumalismy a zwyklymi drewnianymi drzwiami ze sztachet do mlodnika 😀

    Mimo wszytsko tylko Turystyczna padaka okazala sie „dla obcych” nic nie znaczaca nazwa. Na szczescie PK byl dobrze oznaczony i latwy do znalezienia.
    Inne jak np Dworzec Wirowek czyli rozlatujaca sie betonowa wiata przy torach ktorych juz nie ma czy tez Nanga Parbat o oznaczeniu 666 znajdujacy sie na wlasnie Czarciej Gorze byly puszczeniem oka do uczestnikow rajdu. Drzewo jol jol okazalo sie drzewem jol jol, duch schliebe niemieckim grobem…
    Czyz nie jest to zabawniejsze niz po prostu „skrzyzowanie przecinek” 🙂

    Tez sadze, ze rajd byl latwy nawigacyjnie (poza Bunkrem :(-choc teraz juz wiem jak czesze sie takie PK w srodku lasu)
    Ciekawe jest tez, ze miejsca 7-12 dzielilo 27 minut.
    Jesli chodzi o Biegacza to spotkalismy go na Stairway to Heaven (podobno godzina w plecy) po czym pobiegl do Dworca Wirowek gdzie znowu sie minelismy na zdawalo by sie prostym PK?! Rowniez pozdrawiam.

    p.s. Jakich psychodelikow Ty sie najadles Kuerti 😉

  17. Krolisek mówi:

    to jest chyba ta tajemnicza herbata….

  18. wojo mówi:

    a może gorzka żołądkowa??? tak mi się coś o uszy obiło…(hi hi)

  19. Kuerti mówi:

    Zaręczam, że podczas pisania tego wywiadu miałem trzeźwy umysł 😉 .

  20. Paweł mówi:

    „Wywiad z samą sobą” – z tym mi się zaraz skojarzył wpis.

    Co do biegaczy to chyba masz rację ale wg mnie interwałowość wysiłku podczas biegu w terenie ma znaczenie bardzo drugorzędne. „Asfaltowcy” też trenują sporo w terenie, zaleca im się to ze względu na szkodliwość twardej nawierzchni. Myślę, że główną barierą w osiąganiu przez nich dobrych wyników jest brak doświadczenia w nawigacji. By to nadrobić potrzeba sporo doświadczenia. Sama wiedza niewiele da.

  21. Kuerti mówi:

    Paweł,

    Może źle się wyraziłem. Chodziło mi o to, że biegacz przyzwyczajony jest do równego tempa – tu mam na myśli samo tempo biegu, jak i „przyjazne” podłoże, które pozwala na dobieranie sobie właściwego tempa. Ja też biegam w terenie takie fartleki, robię np. taką piramidkę 1-2-3-4-5-6 itp. (minuta szybko, minuta odpoczynek, 2 minuty szybko, 2 minut odpoczynek, przy 4 minutach i więcej przerwy robię 3 minuty).

    Taki trening przyzwyczaja do rwanego tempa, ale nie pomoże gdy trzeba będzie przedzierać się kilka kilometrów po nieośnieżonej drodze czy po polu, które jest tak miękkie, że trzeba uważać, żeby nie zostawić w nim butów.

    Do tego dochodzi jeszcze zmęczenie narastające z każdym kilometrem, „pady” psychy po kolejnym błędzie nawigacyjnym, problem z odciskami, senność, no i pewnie jeszcze kilka rzeczy mógłbym wymienić.

    Podsumowując, myślę że „problem” biegaczy ulicznych na rajdach na orientację to przede wszystkim nawigacja (tu się z Tobą zgodzę w zupełności) oraz brak obycia w warunkach rajdowych.

    To drugie szybko można nadrobić, wystarczy kilka startów. Z tym pierwszym jest natomiast większy problem.

  22. Adamo mówi:

    Kuerti,
    Zgadzam sie. Nawigacja to podstawa. Pare tygodni temu przy duskusji o Macieju Wiecku pokusilem sie na proste szacunki z ktorych wyszlo jak cenny jest czas ktory traci sie na zlej nawigacji.
    Kiedys przegladalem stara ksiazke czeskiego autora dot biegow na orientacje gdzie szczegolna uwage zwracano na technike biegu z mapa i tzw. pamiec mapy. Podawano wrecz specjalistyczne cwiczenia.
    Jesli chodzi o pamiec mapy to jezdzac duzo rowerem po nieznanych terenach bez mapnika obserwowalem stopniowe postepy, ktore powalaly mi pokonywac coraz dluzsze odcinki bez siegania po mape do plecaka.
    Kolejna rzecza jest sam fakt czy biegacz w ogole duzo chodzil z mapa po gorach i nieznanych terenach.
    Bo ile osob poza orientalistami zna wiekszosc oznaczen na mapach. Ilu z nich krokuje na trasie przy PK, szacuje odleglosc i pilnuje kierunku.
    Np biegacz o ktorym pisales wlasnie zrobil blad na krokowaniu na Stairways to Heaven. Szukal tego PK przez godzine o przecinke za wczesnie.

    p.s. dostales ode mnie maila wyslanego jakis tydzien temu?

  23. Kuerti mówi:

    Adam,

    Tak, muszę koniecznie potrenować tę „pamięć mapy”. Stwierdziliśmy z Piotrkiem, że jeśli chodzi o formę, to nie wiele byśmy rady dali urwać z tego czasu, ale dużo do zrobienia jest jeszcze w kwestii szybszego namierzania i podbijania PK.

    Tak, dostałem, przepraszam za zwłokę. Dziś odpowiem 🙂 .

    PS. Zacząłem już sezon rowerowy, na razie 2x tydzień, kolejna jazda w środę, a później w niedzielę, jakby co możemy się umówić na wspólny trening.

  24. Paweł mówi:

    Teraz rozumiem. Dodam jeszcze, że uliczny biegacz może być dużo bardziej podatny na „osłabienie psychy ” gdy przydarzą się problemy na trasie. Ulica przyzwyczaiła go, że 15 minut straty to katastrofa. Jedzie na setkę i jak nie może znaleźć punktu przez godzinę to się wycofuje lub zupełnie traci motywację. Tymczasem tu przelicznik jest zupełnie inny. I dwie godziny straty mogą być do nadrobienia.

  25. Biegacz mówi:

    Tak mnie tu obgadaliscie, ze wypada sie wypowiedziec.
    Bieg mi przytarl nosa, liczylem ze powalcze o zwyciestwo. Z map korzystam czesto, bo chodze po gorach, ojca mam geodete wiec wstyd dla rodziny, ze sie tak gubilem.
    Co do treningow i techniki biegu to sie nie zgodze, ze jest nieodpowiednia do typu zawodow. To samo robie na trenigach, bieganie po lesie, podbiegi, piasek, interwaly, tempa, dlugie przebiezki itp.
    Brak doswiadczenia natomiast wyszedl, glownie poprzez stres zwiazany z nieumiejetnoscia znalezienia punktow, zamiast uspokoic sie i zastanowic, gdzie tak na prawde jestem na mapie, a gdzie punkt, zaczynalem na chybil trafil miotac sie po okolicy, a kolejne minuty szukania lamaly mi morale. Zle zrozumialem tez punktacje, nie wiedzialem ze trzeba zaliczyc wszystkie punkty, tylko myslalem, ze za niezaliczone sa kary czasowe, a klasyfikacja jest robiona po zsumowaniu czasow.
    Tak wiec w przyplywie paniki, po 3 minutach szukania punktu 1 (w ogole nie wiedzialem jak taki punkt wyglada), zarzucilem poszukiwania i pobieglem 2 km dalej, gdzie dopiero wytlumaczono mi gdzie byl, wrocilem sie, bo wyliczylem, ze mi sie oplaca. Potem bylo troche lepiej, ale bledy w drugiej czesci biegu mnie pograzyly.
    W kazdym razie juz troche wiecej rozumiem z tej dyscypliny i mam chec sprobowac znowu, moze na Tulacza sie wybiore, pozdrawiam, Jasiu.

  26. Biegacz mówi:

    Przliczylem sobie dystans jaki zrobilem na tym nieszczesnym biegu i wyszlo mi z moim bladzeniem ponad 70km, mimo ze urwalem koncowke.
    http://www.mapmyrun.com/run/poland/chojna/158127028405247239

  27. Kuerti mówi:

    Jasiu,

    Witaj na PK4! 🙂 .

    Nawigacja w górach jednak nieco się różni od tej na nizinach, ja np. słabiej sobie radzę w górach. Niemniej jeśli masz doświadczenie w tym temacie, to szybko powinieneś załapać o co chodzi i wyeliminować proste błędy.

    Nie chodziło mi tylko o samą technikę biegu, a o teren, po którym się poruszamy. Zwykle raczej nie trenujemy w takiej brei, która była na Włóczykiju, staramy wybierać się możliwie najbardziej przebieżne drogi. A na rajdzie niestety trzeba biec tak, jak droga prowadzi. Zwykle, bo czasem oczywiście lepiej wybrać dłuższy, ale lepiej przebieżny, wariant.

    Tułacz to dobry wybór, potrenujesz nawigację! Z tego, co słyszałem to zawody z dość trudną orientacją, więc na pewno nie nastawiaj się na szybkie tempo, może nawet lepiej będzie jeśli zamiast biec, po prostu skoncentrujesz się na mapie, im wolniej się poruszamy, tym łatwiej nawigować, nie robi się błędów wynikających z pośpiechu.

    Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA