Recenzje no image

Opublikowany 20 marca 2008 | autor Grzegorz Łuczko

34

„W skale i lodzie” – Stefan Glowacz

Stefan Glowacz

Zabrałem się do nauki. Kupiłem drążek do podciągania i ćwiczyłem jak szalony. Przyszedł mi do głowy pomysł innego „suchego ćwiczenia”, pomysł głupi, który natychmiast wprowadziłem w życie. Starałem się przemieszczać po mieszkaniu bez dotykania stopami podłogi. Na stole, na którym stała maszyna do szycia mojej matki, ćwiczyłem zakładanie stanowiska, a komoda na korytarzu stała się bulderem. Idąc do szkoły, trzymałem rączkę tornistra tylko czubkami palców. Podczas lekcji stale ściskałem gumowe kółko. Starałem się robić to jak najdłużej. (…)

Każdego dnia po lekcjach jechałem rowerem do Oberau, do ogródka skalnego, i godzinami ćwiczyłem trawersy – zawsze tam i z powrotem, w plastikowych butach, ale z żelazną siłą woli. Gdy po wielu dniach wreszcie przetrawersowałem jednym ciągiem ścianę, próbowałem dokonać tego po raz drgui, tym razem z zawiązanymi oczami. Nie była to mania, lecz raczej rodzaj gry. W ten sposób zdobywałem umiejętności i jeszcze dziś jestem przekonany, że intuicyjnie stosowałem właściwe metody treningowe, jednocześnie nie traktując tego jak systematycznego treningu. (str. 18)

Prawdopodobnie nie jestem osobą na tyle kompetentną aby zrecenzować książkę o wspinaniu. Zacznijmy od tego, że ja w ogóle nie jestem recenzentem! Do tej pory starałem się raczej przy okazji luźnej gawędy opisać Wam moje odczucia względem przeczytanych/obejrzanych przeze mnie dzieł kultury powiązanych generalnie z szeroko pojętym outdoorem (jak nazwać fascynację rajdami, bieganiem, górami, podróżami i tym wszystkim co opisuje na PK4?). Ale co tam styl, ja się kompletnie nie znam na wspinaczce!

W skałkach nie byłem ani razu, na ściance raz i podobało mi się tak średnio, może dlatego, że z techniką jestem na bakier? Książkę Stefana Glowacza „W skale i lodzie” przeczytałem również raz i wiem, że to jest genialna pozycja! (Uważajcie na mnie, mam tendencję do zbytniej egzaltacji). Owszem nie znam się na wspinaczce, ale sposób myślenia, podejście do życia, które prezentuje Stefan jest mi cholernie bliskie. Poza tym, tak naprawdę to nie jest książka li tylko o wspinaniu, to opowieść o życiu na krawędzi, o „życiu na czubkach palców”.

Jeśli film „Czekając na Joe” był wstrząsający, a „Gobi” Messnera skłaniała do refleksji to „W skale i lodzie” z pewnością jest inspirujące. Jest sobie młody chłopak, który zamiast myśleć o książkach i nauce marzy o wspinaczce, ta zupełnie wypełnia jego myśli. Kilkumiesięczną praktykę w warsztacie rzemieślniczym przyrównuje do piekła, a krótkie chwile w skale są dla niego niczym pobyt w raju. Może właśnie to jest odpowiedź na pytanie, której mi zabrakło w tej książce? Co sprawiło, że akurat Stefan Glowacz stał się jednym z nawybitniejszych wspinaczy świata?

Stefan nic nie piszę o swoim talencie, pomija tą kwestie jakby była zupełnie nieistotna. Odpowiedzi więc poszukać musimy sobie sami. Gdzieś między wierszami, czytając o jego katuszach przeżywanych w warsztacie, o pasji, która wypełniała do cna jego głowę i o olbrzymim zaangażowaniu w treningi docieramy do pokładów ogromnego poświęcenia, które w mojej opinii sprawiło, że to właśnie Stefana zalicza się do najlepszych z najlepszych. Bo to nie jest tak, że sam talent wystarczy, bez hektolitrów potu i heroicznego poświęcenia nawet największy talent rozpuści się w przeciętności.

A przecież nie tego chcemy od życia prawda? Wszystko tylko nie przeciętność, chciałbym zakrzyknąć! Wolność, góry i wyzwanie. Wspinaczka sportowa to za mało, to zbyt sztuczne, kajdany, którymi spętano wolnego ducha. Prawdziwe wyzwanie czeka na dziewiczych skałach, których wcześniej nikt nie widział. Kanada, Antarktyda, Ziemia Baffina, Patagonia, to jest to! Stefan określa się na nowo, zdobyć skałe uprzednio docierając do niej o własnych siłach, bez helikopterów, tragarzy i wszystkich tych ułatwień, to jego filozofia wspinania. Opisy jego przygód na tych skrajnie nieprzyjaznych człowiekowi ziemiach są niezwykle sugestywne, niemalże czuć głód i zmęczenie, które odczuwają ich uczestnicy. To takie przygody, o których stale marzymy, a których być może nigdy nie uda nam się zrealizować.

Wcześniej na hasło Stefan Glowacz reagowałem wzruszeniem ramion, nie miałem pojęcia któż to taki? Teraz nagle ten nie znany mi osobiście człowiek urasta do rangi przewodnika, który wskazuje kierunek, którym trzeba podążać aby zrealizować swe marzenia. Jeśli nawet wspinaczka nie jest Waszym konikiem, to mimo wszystko warto sięgnąć po „W skale i lodzie”, bo to naprawdę inspirująca lektura!

PK4 Poleca!

PS. Zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony Stefana – www.glowacz.de
PS2. Taki sam tytuł nosi książka Wiktora Ostrowskiego, w której opisane są losy Polskiej Wyprawy Kaukaskiej z 1935 roku. „Pochłonąłem” obydwie i obydwie szczerze polecam.


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



34 Responses to „W skale i lodzie” – Stefan Glowacz

  1. Janek mówi:

    A co sadzisz o ksiazce „Strefa Zmierzchu” (autor Alison Osius)? Czytales?

    Pozdr!

  2. Kuerti mówi:

    Cześć!

    Niestety nie czytałem, ani nawet nie słyszałem wcześniej o tej książce. Sądząc po krótkim opisie – „Autentyczna historia młodego chłopaka o nieprawdopodobnej woli życia. Nie tylko w sensie zwykłego bytu, ale życia z jego pełnią doznań i emocji, obcą wielu ludziom, zwłaszcza tym, którzy nie ukochali gór.” – wydaje się być ciekawa.

    Czytałeś?

    PS. Ale okładkę ma beznadziejną!

  3. Janek mówi:

    Pewnie. Nieraz. Jest extra.

    Skoro podobal ci sie Touching The Void, to i ta sie spodoba.

    W skrocie: o chlopaku, ktory byl swietnym wspinaczem, odmrozil nogi, stracil je i wrocil do wspinaczki na protezach. A tak naprawde o pasji, etyce i oczywiscie o wspinaniu.

    Ja mam stare wydanie, ale na tej okladce najwyrazniej podejscie pod sciane z protezami na plecach.

  4. Kuerti mówi:

    Ostatnio słyszałem historię o niewidomym chłopaku, który wspinał się w Andach, w pierwszej chwili poraził mnie ogrom tego wyczynu, pomyślałem sobie, że to coś zupełnie niewyobrażalnego. Gdy minął pierwszy szok, zacząłem zastanawiać się nad tym czym w ogóle jest wyczyn, i czy to, co zrobił ten niewidomy chłopak można określić tym mianem.

    Swoich wniosków jeszcze nie zdradzę, bo to temat na któryś z kolei wpis (poza tym znów byśmy zeszli z tematu! Swoją drogą to coraz częściej odnoszę wrażenie, że na PK4 przydałoby się forum, do rozmów na tematy „okołowpisowe” i przemyśleń zebranych wokół nich), powiem tylko, że polecona przez Ciebie Janku książka powinna wzbogacić moje przemyślenia 🙂 .

  5. Mały mówi:

    Ach, wszedłeś na mój temat 🙂 takich książek o górach, sensie wspinania walki człowiek z potęga gór – mam w swojej kolekcji mnóstwo… Polecam jeszcze „Biały Pająk” Heinricha Harrera. Co do Stefana, to pamiętam jak sam robiłem to samo co on… W domu wspinałem sie po szafach, rurach grzewczych i starałem się jak najdłużej usiedziec pod sufitem. Już nie wspomne o piorunochronach – wlazłem kiedys na wysokośc piątego piętra – młody i głupi byłem 🙂
    Pozdrawiam

  6. Mały mówi:

    Właśnie spojrzałem, że ten blok na który wchodziłem po piorunochronie (jest niższy) – wygląda na to, że wszedłem na trzecie piętro 🙂 Kurcze jak byłem mniejszy to wszystko wydawało się takieeee dużżeeee 🙂 Za to teraz jestem ciut większy ale chyba nie odważyłbym się włazić po tym piorunochronie do góry 🙂
    Pozdro

  7. Kuerti mówi:

    Mały,

    Ja dopiero zaczynam kompletować swoją biblioteczkę górską, a że więcej kasy wydaje na sprzęt i wyjazdy to pewnie mi trochę czasu zejdzie zanim uzbieram wszystkie interesujące mnie pozycje.

    Mnie do wspinaczki nigdy nie ciągnęło, może dlatego, że nie było było żadnego impulsu? No bo gdzie, tu nad morzem? Otaczałem się wśród ludzi raczej nie zainteresowanych tym tematem (to tak a’propo gdybyś odpisał, że Ty też nad morzem mieszaksz 😉 ), stąd późno zainteresowałem się górami jako takimi. Na szczęście (chyba) załapałem bakcyla i staram się nadrabiać stracony czas.

    Może nawet i kiedyś spróbuje tej wspinaczki… Pisałem o bodźcu, czymś takim może być właśnie autobiografia Stefana, jest coś takiego w tych opisach zmagań ze ścianą (pomijam wspinaczkę sportową, która mnie zupełnie nie interesuje), że samemu chciałoby się spróbować. Nie wiem, może to uczucie walki z czymś i zwycięstwa, które wymaga od Ciebie tyle poświęcenia? Może.

    Początki miałeś takie jak Stefan, dlaczego nie osiągnąłeś takiego sukcesu jak on? Zastanawiam się zupełnie poważnie, w kontekście pytania, które postawiłem we wpisie, „Co sprawiło, że akurat Stefan Glowacz stał się jednym z nawybitniejszych wspinaczy świata?”, skoro on o talencie nic nie piszę, więc może każdy może mu dorównać?

    PS. Tymczasem uciekam na długie wybieganie, ciekawe ile kilometrów zdołam przebiec? Ostatnio coś kiepsko się czuję, niby tętno i prędkości są ok, ale jakoś strasznie zamulony się czuję…

  8. Mały mówi:

    Ja powiedziałem sobie, że raz na miesiąc jedna ksiązke obowiązkowo musze kupić 🙂

    Co do pytania to: Jako dzieciak intersowałem się wieloma dyscyplinami sportowymi – wspinaczka – to było bardziej zafascynowanie tym, że mogę więcej – wejść wyżej niż inni. Niestety w tamtym okresie u nas był chyba tylko jeden klub zresztą wysokogórski – a ja byłem za młody na taką zabawę…
    Zreszta inna sprawa, że moich rodziców nie było wtedy stać na to, żebym mógł rozwijać wszystkie swoje zainteresowania. Dopiero samodzielne zarabianie pieniędzy dało mi taka możliwość – tyle, że to juz było trochę za późno na osiąganie sukcesów.
    Teraz po tylu latach żałuje, że nie poszedłem w tym kierunku – wspinanie; kto wie, może byłaby sznasa na jakiś kontrakt i wtedy można by robić to co się uwielbia i przy tym jeszcze zarabiać…
    Myslę, że Stefanowi było łatwiej – żył (zyje) w bardziej cywilizowanym kraju – u nas panowała wtedy głęboka komuna i trudno było o rozwijanie swoich marzeń…
    Ale się rozpisałem :))

  9. Kuerti mówi:

    „Ale się rozpisałem :))”

    Sklecił parę zdań i już niby się rozpisał 😉 . Przecież o to chodzi na PK4, żeby pisać (z sensem oczywiście).

    Stefan faktycznie żył w innym miejscu, a przede wszystkim żył na skraju gór, czyli miał pod nosem to, co kochał. Dzięki temu mógł po pracy wskoczyć na rower i po kilku godzinach był w swoim wspinaczkowym raju. Dla mnie wyskok „na weekend” w góry to 30 godzin jazdy tam i z powrotem. To problem, który ciężko przeskoczyć, jeśli mówimy o jakichś poważnych „działaniach” w górach.

    Ale z drugiej strony takie wyjaśnienie mnie nie zadawala, bo to jakby pójście na łatwiznę. Nie mam zamiaru kwestionować Twojej trudnej sytuacji (być może zupełnie uniemożliwiającej spełnienie Twoich marzeń), ale może to nie tylko w tym problem?

    Napisałeś: „Teraz po tylu latach żałuje, że nie poszedłem w tym kierunku”, żałujesz, że nie miałeś warunków, czy że nie zdołałeś wykrzesać z siebie tyle poświęcenia, że z zawodowej wspinaczki nic nie wyszło? Być może była na to szansa? Teraz będę zupełnie hipotetyzował, może np. jakiś wyjazd na wakacje na 2-3 miesiące w góry i treningi tamże? Itd. Na pewno można było coś „mocniej” zdziałać w tym temacie.

    Tak drąże ten temat bo cały czas zastanawiam się w czym tkwi tajemnica sukcesu, talent czy przysłowiowy „dar od Boga” w tym momencie pomijam, bo zupełnie nie mam na to wpływu. Po lekturze opisanej przeze mnie książki gdzieś po głowie cały czas krąży mi to poświęcenie. Poświęcenie przez duże P.

    Być może faktycznie mógłbyś zostać zawodowym wspinaczem, ale cena jaką musiałbyś za to zapłacić byłaby: albo zbyt wysoka, albo zwyczajnie nie miałeś w sobie takiej wewnętrznej pasji (znowu przez dużę P!), która byłaby w stanie wykrzesać z Ciebie te pokłady poświęcenia? (nie wiem czy ta 2 punkty się ze sobą nie łączą, chyba tak).

    Mam nadzieje, że nie obrazisz się za potraktowanie Ciebie jako „case study” 😉 .

    Co o tym myślicie?

  10. Petro mówi:

    To jest kwestia poświęcenia wszystkiego innego dla pasji. Pytanie, czy potrafisz zrezygnować z normalnego życia, żeby robić to, co kochasz. Czy nie wymiękniesz w ciężkich chwilach.
    Kiedy Glowacz zaczynał nie było jeszcze takiej kasy w tej branży. Biedni byli też np. wspinacze ze środowiska w Sheffield, z górniczego miasta w północnej Anglii – żyli jak żule, ale we wspinie byli wtedy w czołówce światowej.
    W Polsce też teraz jest kilku światowego formatu wspinaczy i chyba żaden z nich ze wspinu się nie utrzymuje. Żeby żyć pasją trzeba realizować maksymę „Work to live, don’t live to work”. Ale i tak trzeba być przygotowanym na to, że standard życia będzie niższy niż u ludzi prowadzących normalny tryb życia. Nie założysz przez lata normalnej rodziny, będziesz spędzał poza domem większość roku i twoje życie będzie pasmem tymczasowości. Niewielu ludzi jest w stanie wytrzymać takie wyrzeczenia.
    Być może teraz to już nie jest życie na granicy nędzy, z ryzykiem wypadnięcia poza nawias, ale i tak – normalnie żyć się nie da chcąc być zawodowym wspinaczem.
    Są oczywiście wyjątki jak np. Mick Fowler (w normalnym życiu urzędas, który raz do roku się zbiera i podczas urlopu robi rzeczy, po których całem górskiemu światowi szczęki opadają), himalaiści też z reguły mają jakieś rodziny, ale to jest inna bajka – oni się już zwykle za młodu nawspinali na trudnych rzeczach a potem w dojrzałym wieku wyjeżdżają co roku na parę miesięcy na wyprawę, a w międzyczasie pewnie harują, żeby utrzymać rodzinę i zarobić na następny wyjazd. Ja te rodziny podziwiam.
    Talent talentem, ale prztrwać taki tryb życia to chyba podstawa.

  11. Adam mówi:

    Jesli pozwolicie, to dorzucę swoje 3 grosze. 🙂
    Zwlaszcza, ze temat gor jest mi bardzo bliski, miedzy innymi dlatego, ze mieszkam w Katowicach i gory mam o rzut beretem (z antenka,bo bez antenki nie doleci).
    Zgadzam sie w pelni z Petro. Pasja pasją- moze byc najwieksza, ale w koncu dochodzi sie do granicy, gdzie musi ona stac sie calym zyciem, zeby nadal robic postepy.
    Kiedy patrzymy na takiego Glowacza, czy jakiegokolwiek innego sportowca lub po prostu czlowieka odnoszacego sukcesy w wybranej dziedzinie, to myslimy- ale on ma fajnie. Nie dostrzegamy tylko takiego drobiazgu jak to, ze ten ktos nie ma zycia poza tym, co robi. Brzydko rzecz ujmujac, nadupca od rana do nocy w jednym, jedynym celu. Ja osobisice niestety, albo na szczescie, nie jestem zdolny do postawienia wszystkiego na jedna karte. Zbyt wiele rzeczy mnie pasjonuje na tym swiecie. Osobiscie preferuje i staram sie uprawiac Taktyke Zlotego Srodka :D, czyli bycie najlepszym jak to tylko mozliwe w wielu aktywnosciach, tak aby cos nie bylo zabardzo kosztem czego innego, co w koncu tez uwielbiam.. 🙂 Mistrzem swiata pewnie nigdy w niczym nie bede, ale mam nadzieje, ze za to szczesliwym czlowiekiem o ciekawym zyciorysie. 😉 Pozdrawiam Wielkanocnie!

  12. Kuerti mówi:

    Piotrek, jeśli mnie zapytasz czy poświęciłbym wszystko dla realizacji pasji to odpowiem Ci, że nie. A dlatego, że zwyczajnie nie czuję się na siłach żeby pójść drogą wyrzeczeń, nie jestem ryzykantem (w tym kontekście) i nie postawiłbym wszystkiego na jedną kartę. Bliższa mi jest „Adamowa” taktyka złotego środka.

    Tylko tak sobie myślę, że zastanawiając się nad poświęceniem musimy wziąć pod uwagę dwie rzeczy, po pierwsze my jesteśmy mimo wszystko przeciętni, może jest w nas taki potencjał jaki miał/ma Stefan, ale na chwilę obecną albo go nie realizujemy albo robimy to zbyt wolno (może Twoje wyczyny w fastpackingu/skyrunningu to jakiś kierunek?). Stefan to taki extraordinary gość. Ja jestem do bólu ordinary. Tyle w mojej sprawie.

    Poza tym, nie wiem czy on coś poświęcał, w takim sensie jak my to rozumiemy. Wyobraź sobie gościa, który po liceum kończy szkołe i jedyną rzeczą jaka sprawia mu przyjemność jest wspinaczka. Być może on nie miał tej świadomości, że coś traci, że wybiera ciężkie życie (faktycznie „nie przelewało” mu się), ale życie takie jakie kocha. To wielka odwaga. Nie wiem czy mnie byłoby stać na taki krok.

    Jest w tej książce kilka akapitów o szczęściu, o którym Stefan mówi choćby tak:

    „Byłem wtedy poszukiwaczem – i nadal nim jestem. Dziś jednak zdaję sobie sprawę, że wspinaczka skałkowa i alpinizm są istotą życia, umożliwiają mniej lub bardziej systematyczne poszukiwania niezwykłych chwil absolutnego szczęścia”.

    Może kurde o to własnie chodzi, może to po prostu kurewsko odważny człowiek, który wybrał w życiu szczęście a nie życie w kieracie życia? O swoim życiu osobistym nie napisał zbyt wiele, standard – dzieci, które kocha i żona, z którą się rozstał (chyba nie muszę podawać powodu?). Jednak to wszystko jest na marginesie, zbytnio nie rozwodzi się nad tym, nie rozpacza, często natomiast podkreśla przepełnienie specyficzną górską duchowością.

    Trochę gubię się już w tej dyskusji. Może to jest tak, że na sukces w życiu (możemy uogólnić naszą dyskusję?) składa się wewnętrzna pasja, odwaga do wybrania tego, co sprawia, że czujemy się szczęśliwi, poświęcenie i upór oraz talent, bez którego niemożliwym jest osiągniecie najwyższego poziomu? (oczywiście nie każdy od razu musi zostać wybitnym wspinaczem/biegaczem/rajdowcem – my „szaraki” mamy drogę środka)

    Fajnie podsumował te rozważania Adam: „Pasja pasją – moze byc najwieksza, ale w koncu dochodzi sie do granicy, gdzie musi ona stac sie calym zyciem, zeby nadal robic postepy.”

    PS. A ja nie życzę nic, święta najchętniej spędziłbym w górach, mam dość tego świątecznego plastiku! Ale mimo wszystko jutro zajączek przyniesie potężny tekst na PK4, właśnie nanoszę ostatnie poprawki 🙂 .

  13. faba mówi:

    W twoich rozważaniach IMO pomoże ci lektura książki Steph Davis „High Infatuation”. Steph w pewnym momencie swojego życia odkryła że wspinanie jest dla niej wszystkim i dla tej pasji porzuciła wszystko. Siedem lat mieszkała w samochodzie i pracowała jako kelnerka pomimo wyższego wykszałcenia a za zarobioną kasę wspinała się na całym świecie. Dziś robi to samo lecz ma już dom i sponsorów. Poświeciła bardzo dużo by oddać się temu co najbardziej ją pociąga…

    W polsce jest wielu wspinaczy którzy także poświęcili się swojej pasji. Jeden dobry mieszka nawet w Szczecinie 😉 Zazwyczaj pracują na wysokościach po kilka tygodni/miesięcy a później wyjeżdzają na wspin. I tak w kółko. Codziennie spotkasz ich na panelu gdzie katują się na przystawkach. Przeważnie mało kto wie o ich dokonaniach. Nie mają sponsorów wiec nie trąbią o sobie na lewo i prawo. „On robi 8a OS? O kurcze!” Niestety Polska to nie USA. Praca na kontrakt nie jest aż tak popularna i dobrze płatna. A „normalnej” pracy zazwyczaj nie dostaniesz. Poza tym co zrobisz w 26 dni urlopu? Zapomnij o wyczynie, nie każdy może być Fowler’em. Nie każdy chce czy nawet potrafi być tak ograniczony. O normalnej rodzinie też lepiej zapomnieć. Chłopaki często balansują nad finansową przepaścią. Gorzej jak zdarzy się wypadek – zero ubezbieczeń, zero oszczędności.

    Za możliwość życia pasją słono się jednak płaci. Więc zrozumiałe iż nie każdy potrafi trenować dzień w dzień rzucając na szalę prawie wszystko. Od dziecka jesteśmy raczej uczeni jak zachowywać się przykładnie w społeczeństwie i piąć się po szczeblach kariery. A nie porzucać wszystko dla sportu/pasji – tymbardziej gdy nie ma trybun i nie ma kibiców. Jest szansa że ktoś cię wyłowi i da nowe ciuszki z ładnymi naszywkami. Lecz równie dobrze możesz skończyć z kilkunastoletnim polarem. Zaryzykujesz?

  14. Kuerti mówi:

    Skoro wspinanie było dla Steph wszystkim to jak mogła porzucić „wszystko”? To jest chyba ta różnica, która robi różnicę. Pasja takich ludzi jak Steph czy Stefan jest czymś kompletnie innym niż nasza pasja do rajdów,wspinania, biegania czy czego tam jeszcze. To zupełnie inny wymiar.

    Wydaję mi się, że poświęceniem w tym przypadku nie jest rezygnacja z „normalnego” świata na rzecz wspinaczki, a odwrotnie! To rezygnacja ze wspinania byłaby tą ceną, której nie potrafili „zapłacić”. Jak Wam się podoba takie podejście?

    Faba, czy ci ludzie, o których piszesz są szczęśliwi prowadząc takie życie? Ja akurat nie znam ani jednej osoby, która poświęciłaby się całkowicie dla swojej pasji.

    To, czy społeczeństwo uczy nas tak czy inaczej nie jest jakąś normą, przykłady o których tutaj sobie dywagujemy to ponadprzeciętni indywidualiści, a takie osoby zwykle stoją w opozycji do tego, co utarte i schematyczne.

    Aha, na pytanie czy zaryzykuje, odpowiem tak jak Piotrkowi – NIE. Ja nie.

    Może PK4 odwiedza taka osoba, która wiedzie życie takiego „wyzwolonego ducha”?

  15. faba mówi:

    Wszystko w przypadku Steph to był rozpoczęty doktorat, lata ćwiczeń gry na fortepiania, kariera, akceptacja społeczeństwa w którym żyła to tej pory, etc. Jakby kumpel nie wziął jej na wspinanie na początku studiów, jest szansa że żyła by bez tego dalej. Może czasem by jej czegoś nieokreślonego brakowało. Natomiast Stefek miał na dobrą sprawę prawie tylko to i zachłysną się jako dzieciak.

    Nie jest mi łatwo tak do końca powiedzieć czy ci ludzie których znam są szczęśliwi – wydaje mi się że tak – nikt by przecież nie robił tego z braku laku. Ale myślę że czasami jest im naprawde trudno. W sensie podjęta przez nich decyzja pociąga za sobą spore konsekwencje. Musze kiedyś zagaić co sobie odpowiadają na pytanie czy jest/było warto. Nawet najwiekszemu indywidualiście czasem nie w smak parcie pod prąd i obok ustalonych ścieżek.

  16. Kuerti mówi:

    Tylko czy tym zwyczajnym szaraczkom, którzy wiodą zwyczajne szare życie nie jest trudno? Martwią się żeby zapewnić byt sobie i rodzinie, a gdy pół życia spędzą głowiąc się nad tym nagle stwierdzą, że chyba czegoś im brak, bo dlaczego do cholery są tacy nieszczęśliwi?

    Oczywiście nie zaprzeczę, że „idącym pod prąd” jest znacznie trudniej, że ta presja ze strony środowiska jest wielka itd. Tylko, że mimo tych trudności udaje im się odnaleźć kilka tych „niezwykłych chwil absolutnego szczęścia”, czyli czegoś takiego, czego zwykły zjadacz chleba prawdopodobnie nigdy nie doświadczy.

    Jeśli masz dostęp do „takich” ludzi to może uda Ci się namówić ich do małych „wyznań”? Temat mocno zajmujący, więc pewnie nie tylko mnie zaciekawią ich przemyślenia.

  17. Bart mówi:

    No i znowu wpis.
    Kuerti co do Stefana to inna sprawa, inne środowisko, inna kultura sportowa, inne zapotrzebowanie na górskich bohaterów, w całej rozciągłości inność. Ale my w Polsce ukochanej dla mnie jak nic na świecie mamy swoich Głowaczów, z tym że bez promocji. Dla mnie takim herosem jest Kurtyka. To gość który w słusznym wieku żywcował VI.5. Kto ma pojęcie ten wie co to oznacza. Jak ktoś ma chęć to polecam LOSAR w starych numerach Gór. Niesamowite no i polskie ! A nasz Kukuczka – Messner. Starcie hartu ducha i przeciwności z zachodnią machiną marketingową ( nie ujmując nic Mesnerowi ). Niestety brak w naszych progach i trochę autopromocji i zapotrzebowania na górskich czy innych tam herosów ( nie piłkarskich ). Dlaczego ? A ile my mamy tych gór aby ludzi do nich zachęcić, zapromować, wykreować zapotrzebowanie ? Nie mamy tego za wiele. Niestety prawo popytu i podaży, jest bezwzględne.
    A co do pasji, to może z własnego podwórka. Jako ojciec i pracodawca, mąż i zięć i różne tam etc. mam umowę z moją wspaniałą żoną że co dwa lata wyprawa. Ale to co muszę przejść aby doszła do skutku i się udała, to wcale nie mniejszy wysiłek od herosów wspinania. Niestety z mojego rocznika z około 20 osób zostało nas dwóch, i to i tak po kilku latach samotnych wyjazdów himalajskich, kaukaskich, alpejskich, etc. Moi bracia od liny siedzą w fotelach i realizują się w mistrzostwach świata w pilotowaniu telewizora, tak też można.
    Dla mnie moim K2 jest zdobycie Sokolicy, Mnicha, czy czego tam jeszcze oczy nie zobaczą i serce zapragnie. To moje szczyty i dla mnie są wyśnioną szklaną ścianą. A co tak też można.
    Pozdrawiam STEFANÓW

  18. Kuerti mówi:

    „A ile my mamy tych gór aby ludzi do nich zachęcić, zapromować, wykreować zapotrzebowanie?”

    Nie wiem czy chodzi tylko o powierzchnie gór, myślę sobie, że nikogo nie można uszczęśliwiać na siłę, oczywiście bardzo ważne jest żeby inspirować ludzi (ja dopiero niedawno odkryłem miłość do gór i to sam bez żadnej zachęty, po prostu „to” siedziało we mnie), bo może trzeba tylko opowiedzieć, zachęcić itp., a dalej już samo pójdzie.

    Bart, realizujesz się na miarę swoich możliwości. Żyjesz w społeczeństwie, masz rodzine, a jeszcze co jakiś czas budzi się w Tobie „zew” i dajesz mu się porwać (bo masz taką możliwość). I to jest kapitalne.

    Wcześniej w tytule strony widniało , później dopisałem jeszcze „góry”, bo chciałbym żeby na PK4 pisało się o górach. Dlatego mam pomysł, może zechciałbyś się podzielić swoimi historiami z Twoich wypraw? Na pewno masz sporo do opowiedzenia. To samą prośbę kieruje do Mirka, który również ma bogatą historię górską.

    Piszę o tym tutaj a nie do Was na priva (odezwę się jeszcze do Was na mejla)) bo cały czas zależy mi na tym, żeby PK4 tworzony był nie tylko przeze mnie ale i przez ludzi, którym podoba się to, co ja tutaj wypisuje, każdy z Was ma jakąś historię do opisania. Nie chcę się zamykać tylko na rajdy, interesują mnie inne wytrzymałościowe rzeczy i generalnie filozofia „życia na krawędzi”, a pod to określenie można naprawdę sporo podciągnąć. Jeśli więc ktoś chciałby podzielić się z nami swoją historią zapraszam na mejla -> grzegorz.luczko(at)gmail.com.

  19. Mirek mówi:

    Fajny pomysł.
    Może kiedyś przepiszę tu to o czym kiedyś chyba napisałem na forum Harpagana, jako odpowiedź na Twój post 😉

  20. TomekK mówi:

    Tak, Kurtyka jest mistrzem. Jest chyba nawet ponad-człowiekiem. Niesamowity jest fakt, że o człowieku,który wyprzedził swoje czasy o kilkanaście lat i wiele z jego wspinaczek jeszcze długo nie zostanie powtórzonych, tak na prawdę w Polsce nikt prawie nie słyszał. A ten człowiek jeszcze przecież nadal żyje. Dla mnie On mógłby być tematem na film. Ja oprócz Losara polecam opowiadanie „łamaniec”, o tym jak pragnienie osiągnięcia Celu jest ważniejsze od wszystkiego innego.
    Pozdrowienia dla wszystkich Kurtykofilów;)
    TK
    p.s. mam na ścianie zdjęcie Ama Dablam autorstwa tego Pana z własnoręcznym podpisem, prawdziwy rarytas:D

  21. Kuerti mówi:

    Tomek,

    Z tego co ja się orientuje to Kurtyka w pewnym momencie zrezygnował z wyścigu po rekordy, a skupił się na wyzwaniu i stylu w jakim pokonywał drogę, a publikę niestety interesują tylko to pierwsze..

    PS. Znasz może jakąś ciekawą książkę o nim? Artykuł, wywiad, cokolwiek.

    dopisek: dopiero teraz wyczytałem w wikipedii, że zarówno „Losar” i „Łamaniec” to opowiadania Kurtyki 🙂 .

  22. Petro mówi:

    Kuerti,
    muszę Cię zmartwić, ale żeby wgłębić się w polską literaturę górską, będziesz musiał się nieco powspinać. 😉
    Niestety są to pozycje dość niszowe i żeby dobrze się bawić przy takich klasykach jak „Miejsce przy stole” albo „Dolina Białej Wody”, trzeba przynajmniej trochę poznać charakterystyczny język i specyficzne realia.
    Pomijam fakt, że są to dokumenty dawniejszych epok, dla dzisiejszych wspinaczy też już nie całkiem przejrzyste.

  23. Mirek mówi:

    Pamiętam, że w czasach kiedy ja się wspinałem (1978-1986), Wojciech Kurtyka był znany bardziej na zachodzie niż w Polsce. Należał do pionierów uklasyczniania natrudniejszych dróg hakowych w Tatrach i nie tylko tam. W końcu skala krakowska (ta zaczynająca się od VI.1) powstała właśnie w skałkach jurajskich. Pamiętam, że w tamtych czasach ekscytowałem się wyprawą na Changabanga. Góra niewysoka, chyba niecałe 7 000 m, ale piekielnie trudna. Partnerami Kurtyki byli wtedy Szkoci Alex McIntire i John Porter (nie wiem czy nie przekręciłem nazwisk), ponoć w Polsce nie mógł wtedy znaleźć nikogo na tak trudną ścianę. Japończycy wisieli na niej 30 dni, a ta trójka przeszła ją, o ile dobrze pamiętam w tydzień w doskonałym stylu. Były to Himalaje lub Karakorum, ale trudności jak na bardzo trudnej drodze w skałkach.
    Najlepszy poznański wspinacz tamtych lat Wojciech Wróż (zginął schodząc z K2), powiedział kiedyś na zebraniu w klubie, że Kurtyka wybrał wspinanie a nie tuptanie w śniegu. Była to aluzja do trendu, który wtedy istniał w Polsce, czyli pogoń za zaliczaniem ośmiotysięczników latem i zimą (co zreszta wcale też nie jest łatwe) kontra prawdziwe wspinanie, którego Kurtyka był wtedy chyba jedynym przedstawicielem u nas. Jak przez mgłę kojarzy mi się, że ta sytuacja miała chyba miejsce przed pamiętnym dniem 17 lutego 1980, kiedy to Polacy weszli jako pierwsi zimą na Mount Everest, a Kurtyka, który miał już chyba jakąś niezbyt cieklawą próbę w górach wysokich, gdzie było więcej śniegiu niż wspinania, zrezygnował z tego prestiżowego wyjazdu. Zresztą tak na marginesie to pamietam ten dzień: wspinałem się wtedy w Dolinie Pięciu Stawów i przypomionam sobie jak zakopiańczycy cieszykli się z tego sukcesu, jeden z ich kolegów, GOPR-owiec, był członkiem tej ekspedycji.
    Jakieś 2-3 lata temu, kolega z Poznania, był latem w dolinkach podkrakowskich, gdzie spotkał Kurtykę. Ponoć niesamowicie skromny człowiek, a do tego wspinający się bez asekuracji tam, gdzie innni wspinacze młodego pokolenia, nie mogą oderwać nóg od ziemi.
    Ale nie jest to chyba ryzykanctwo, tylko olbrzymie umiejętności, bo właśnie Kurtyka jest chyba jedynym żyjącym Polakiem ze światowej czołówki alpinizmu.

  24. Bart mówi:

    To akurat że spotkał Kurtykę na jurze, to nie dziwne bo on tam mieszka. Ale piękne jest to że w potomku Mieszka, Jagiełły, i innych płynie taka krew która pozwala przenosić nasze ciało w stan kompletnej grawitacji. Kurtyka jest Wielki i tyle. To prawda że z Jego poglądem buddysty ( nie wiem tego na pewno ) nie goni On za rozgłosem i poklaskiem. Co w świecie marketingowego gówna jest szczególnie intrygujące. No i co do książek to moja droga była inna, najpierw „miejsce przy stole”, wybuch marzenia, no i w góry. A tak na marginesie to obecny nasz najlepszy wspinacz – aktywny w wysokich górach – Piotrek Moreawski – wywodzi się z tego z wiem z adventure, tak więc Kuerti uważaj bo to niebezpiecznie szybko wciągająca pasja.
    Pozdrawiam.
    Bart

  25. Kuerti mówi:

    Wiem, że to wciąga! Gdybym mieszkał bliżej jakichś skałek to pewnie bym pojechał się sprawdzić. Może koledzy wspinacze letnią porą zorganizują jakieś małe spotkanko na Jurze? Mały kursik dla Kuertiego 😉 .

    Wracając jeszcze do Kurtyki, znalazłem interesujący wywiad do poczytania. No i od rana rozpala mnie pewna myśl… Wie ktoś jak skontaktować się z Wojtkiem? 😉

  26. TomekK mówi:

    🙂 Ja wiem, mam do niego adres, bo zafascynowany jego osoba, wyslalem mu list kilka temu, na ktory mi odpisal (dolaczajac wspomniane zdjecie). A adres dostalem od Moniki Rogozinskiej ktora wlasnie ten wywiad przeprowadzala:) maila to chyba bedzie trudno zdobyc, jezeli wogle ma:) Napisze Ci maila,ale dopiero jak wroce w czerwcu do Polski.a jak sie spotkamy to te dwa opowiadania tez moge podrzucic:)

    Jeszcze kilka slow o Kurtyce. W wikipedi jest bardzo mala garstka jego osiagniec. On jest tym ktory poprowadzil pierwsza VI+ w Tatrach (kurtykowka na Malym Mlynarzu), przelamywal takze kolejne stopnie w skalach i gorach. Uzywana w Polsce skala wspinaczkowa to rowniez jego twór, skala krakowaka to skala kurtyki:) Sztandarowe osiagnicie jego zycia to zrobienie w stylu alpejskim „Swietlistej Sciany” Gashebrum IV, uzane przez Climbinga za najwieksze osiagniecie wspinaczkowe XX wieku. jeszcze mozna dlugo wymieniac. Co do osoby,to reczywiscie ma sklonnoci buddyjskie:)Ze wspinania nie zrezygnowal,ale chyba wolal juz tak bardzo nie ryzykowac odkad rodzina mu sie powiekszyla. Kurtyka jest autorytetem dla najwiekszych owczesnych wspinaczy. Nawet Messner,ktory jak widomo nie ukrywa ze uwielbia sam siebie, wyraza sie o Kurtyce z ogromnym respektem. ciekawy fakt, ze nigdy nie zginal zaden alpisnita w wyprawie prowadzonej przez Kurtyke co on czesto podkresla. To dlatgo,ze mimo ekstremalnych celow nigdy nie ryzykowal i wolal sie wycofac niz isc slepo nie zwazajac na niebezpieczenstwa.
    Przywolywany Piotrek Morawski rzeczywiscie jest bardzo aktywny, nawet przeczytalem ostatnio: ze chce dokonczyc pojekt Kurtyki. No,ale trzeba dodac,ze Piotrek sie nie wspina za duzo:) w himalajach raczej nie trzeba sie wspinac na wysokim poziomie za to potrzeba zelaznego organizmu,a tym napewno dysponuje. No wlasnie, Kurtyka jest uzdolniony w kazdej dziedzinie wspinania (skaly,lod,gory wysokie,wspinaczka hakowa), a takich wspinaczy mozna na palacach jednej dloni policzyc. teraz mi przychodzi do gloy tylko Alex Huber.
    Morawski byl kiedys w Teamie bodajze Map Sciennych czy nawet Salomonie tak btw.
    sie rozpisalem:)

  27. Kuerti mówi:

    Dzięki za informacje, ja powoli, acz nieubłagalnie również zaczynam chorować na „kurtykoholizm” 😉 .

    Szkoda, że dopiero w czerwcu będziesz miał ten adres do Wojtka :/ . Ciekawy jestem czy zgodzi się na mały (gdzie tam mały, mam w głowie już sporo pytań) wywiad dla PK4?

    Morawski startował w Mapach. Skoro już jesteśmy przy tym temacie, z tego co się orientuje to większość z tych największych himalaistów (przynajmniej polskich) jakoś specjalnie nie trenuje na nizinach przed wyjazdami, a jeśliby puścić tam dobrze przygotowanego rajdowca z doświadczeniem górskim? Będzie szybszy, wytrzymalszy? Będzie miał większe szanse na zdobycie góry w mniej sprzyjających warunkach? Co o tym myślicie?

  28. Bart mówi:

    Jak by było z tymi ścigantami to nie wiem. Ale doświadczenie jest najważniejsze – wiadomo ilość wyjazdów = doświadczenie. Po drugie wytrzymalość psychiczna i fizyczna = dobra psycha + ilość spędzonych dni w górach ( bo to najlepszy trening ) Po trzecie szczęście szeroko rozumiane = dobry partner i ekipa, pogoda !!!, łaskawość góry ( nawet Babiej Góry ).
    Tak więc jak spełnimy te trzy warunki będziemy jak wielcy naśladowcy naszych mistrzów ……. ( wpisz komu kto najbardziej pasuje – dla mnie Kurtyka, Kukuczka, Hilary)
    Pozdrawiam
    Bart

  29. Petro mówi:

    Kuerti,
    niestety z wysokością jest tak, że nie bardzo można to wytrenować. Możesz być świetny na nizinach a na wysokości możesz paść. Nic się na to nie poradzi. Najwięksi himalaiści mają niesamowitą wydolność już od urodzenia. Mogą palić po 2 paczki fajek dziennie a i tak będą sobie radzić lepiej niż maratończyk, który wysokość znosi źle.
    Trening poprawia wydolność, ale niektórzy od urodzenia dużo efektywniej oddychają i trudno coś na to poradzić.
    Zresztą „młodzież” trenuje. Piotrek Morawski i Kinga Baranowska coś tam biegają, pomijam już na przykład Olę Dzik, która coraz mocniej wchodzi w góry wysokie – wiemy jak jest silna.

  30. hiubi mówi:

    Pamietam ze na Piechur 2003 w Zgierzu przyjechał Marcin Miotk – najmłodszy polski zdobywca ośmiotysięcznika ( teraz ma ich chyba wiecej). Przyjechał, trzasnął 80 km w 10 godzin i wygrał. Himalaiści naprawdę muszą miec niesamowitą parę.

  31. TomekK mówi:

    Dokładnie, nie da się wytrenować na nizinach aklimatyzacji w górach wysokich. Oczywiście maratończcy mają większą pojemność płuc więc mogą pobierać więcej tlenu, co w efekcie wróży szybszym przystosowaniem do wysokości. W drugą stronę trenując na 2000-3000m npm poprawia się wydolność na nizinach. Z himalaistami starej daty jest tak, że dla nich częste wyjazdy w góry wysokie wystarczały do „wytrenowania” żelaznego organizmu, ale to jak ktoś słusznie napisał są cechy indywidualne. Albo się urodziłeś z predyspozycjami, albo nie. Wielicki był w stanie po złamaniu kręgosłupa wejść i zjeść w jeden dzień na 8000tysięcznik. Bodajże Alek Lwow palił papierosy na szczycie Lhotse, a taki Ryszard Pawłowski to chyba już jest bardziej Sherpą niż polakiem:) byl: 3 razy na Everescie, 20!!! razy na Ama Dablam, 27!!!!! razy na Acocnagule i kilkadziesiąt razy na innych szczytach powyżej 6000m. ciężko to sobie wyobrazić,ale polecam spróbować sił na którejś z tych gór to;)
    Himalaiści nowej generacji to z kolei ludzie, którzy mają predyspozycje i dodatkowo jeszcze regularnie trenuja, co oznacza, że są zdolni pewnie do większych wczyczynów i ich prekursorzy. Sęk jednak tkwi w głowie, psychy sie nie wytrenuje:) Wspomniany Marcin Miotk to po pierwsze biegacz-maratonczyk, a dopiero po drugie alpinista.to że najmłodszy zdobywca 8000tysiecznika to ok,ale on jest pierwszym i jedynym polakiem który wszedł na Everest bez dodatkowego tlenu. twardziel.
    ciekawa sprawa: kiedys gadalem z lekarzem medycyny górskiej i stwierdzil ze badania dowodzą,że trenowanie sportow wytrzymalosciowych, obniza zdolnosc do aklimatyzacji. no i co o tym myslec powiedzcie?:)
    przyklad z naszego podwórka. Mnie glowa zaczyna bolec powyzej 4000m npm i przykladowo zeby wejsc na Elbrus to sie troche nameczylem, a na drugi dzien nie wyobrazalem sobie nic innego jak zejsc na dol. z kolei wielu ludzi,wogle nie odczuwa problemow z wysokoscia na Elbrusie patrz Piotrek ktory najpierw wbiega z samego dolu na przelecz,a na drugi dzien wchodzi jeszcze na szczyt. dla mnie nie wykonalne.

    Grzesiek, sprobuje ten adres jakos wczesniej wykombinowac.

  32. Bart mówi:

    No tak Tomek tytlko że każda klima jest inna np. kiedy wspinałem się na kaukazie od poziomu bodaj mineralne wody są na 900 m npm, to problem z klimą był. Ale powoli pracuj na górze odpoczywaj na dole zrobił swoje. A już w himalajach pobyt w katmandu to około 2000 m npm. no i przelot do lukli nie robiło takich problemów jak poprzednio. A już kompletny korek klimy złapałem w afryce na Kili choć byłem po m. keni – total klapa ale zdobyłem. Tylko teraz wiem że to alkohol wybrał ze mnie wodę, która jest bardzo ważna i organizm się zbuntował.
    A jeszcze kamyk do himalaistów, nie wymienie z nazwiska bo to czynny pan, ale znam gościa po kilku 8 tyś. który stracił zdolność przebywania powyżej 6 tyś m i nikt nie wie dlaczego.
    Ja też nie wiem, ale to fakt. Nie żadna ujma. Bo tyle wspaniałych niskich gór jest wokół do zrobienia że aż serce pęka z braku czasu.
    Pozdrawiam
    Bart

  33. TomekK mówi:

    Medycyna górska to jedna z tych dyscyplin medycyny, ktora ma jeszcze wiele do odkrycia. Niesamowice interesująca sprawa i rzeczywiscie przypadek tego gościa to zupelna zagadka. pozostaje zyczyc sobie i innym owocnych wspinow na dowolnyh wysokosciach:)
    pozdro
    Tomek

  34. Petro mówi:

    Jeszcze jeden kamyczek do górskiego ogródka:
    Dlaczego tak kochamy Góry? 😉
    http://www.youtube.com/watch?v=qir0528tnZc

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikacoles insuranc walal waan kusalamay salaan kadib waxaan ka mid ahay dadkaan codsigooda geeyey safaaradda itobiya waxaana sugaynaa in naloogu yeero dhiig... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikahttp://easygamecheats.pro/ Excellent article, Kath!Tout à fait d’accord! FUYEZ devant les personnes jalouses! Spécialement si elles le sont avant même que la... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikayankee candles discounts This would be a dream session for a number of reasons:1) Renowned chefs... it's like meeting rock stars.2) I'm such... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikahttp://shopmiscere.com/polygon/ mah. in italia basterebbe introdurre l’arancione tra rosso e verde e non solo viceversa, come avviene in moltissimi altri paesi.... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Mio i bieganie zawesze id w parze  running lovehellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
    • Niewane jak wane z kim razemlepiej edreamsmitjabcn runningfriends equipo friendshellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
    • NBRteam ju si rogrzewa przed edreamsmitjabcn tylko gdziejestBoena podkocykiem halfmarthonhellip
  • ARCHIWA