Góry no image

Opublikowany 23 września 2011 | autor Grzegorz Łuczko

18

Ultramaraton 7 Dolin: Relacja

Zerkam nieśmiało na Magdę i zastanawiam się skąd bierze się jej niesamowita wytrzymałość? Jej wyniki w biegach ultra zawstydzają niejednego faceta – mnie również. Z pozoru delikatna, ale dajcie jej tylko kawałek górskiego szlaku, a zamieni się w demona siły i wytrzymałości. Magda mówi, że jeśli przed startem na długim dystansie nie zrobisz kilku 30 czy 40 kilometrowych wybiegań w górach, to tak naprawdę nie wiesz na co Cię stać.

Do mety 75km a tu… kryzys!

Gdybym usłyszał te słowa wcześniej, to z całą pewnością przypomniałbym je sobie gdzieś za Halą Łabowską, na 23 może 24 kilometrze Ultramaratonu 7 Dolin. Bo właśnie w tamtym momencie stwierdziłem, że dramatycznie zaczyna brakować mi sił. Czułem się jak przebita dętka, z której ucieka powietrze, a miałem przecież za sobą ledwie ¼ trasy, i to tę najłatwiejszą jej część! Jeśli w tamtej chwili byłem czegoś pewien, to tylko dwóch rzeczy – to będą cholernie trudne zawody, a ja nie zamierzam się poddawać! W życiu!

Przygotowania

Początek nie zwiastował problemów. Oczywiście nie byłem przygotowany tak, jak bym sobie tego życzył. Ten start to miała być swego rodzaju idee fixe tego bloga – chciałem opisać półroczne przygotowania do U7D. Miałem ambitne plany, a wyszło jak zawsze. Kontuzja po półmaratonie poznańskim przeciągała się w czasie i zamiast rosnąć w siłę, słabłem w oczach. Na 6 tygodni przed godziną zero wreszcie doszedłem do siebie. Półtora miesiąca to jednak zbyt mało, by odpowiednio przygotować się na 100 kilometrowy bieg po górach, z sumą podejść na ponad 4 tysiące metrów.

Kiepskie przygotowanie to jedno, a nadmierna ambicja to drugie. Nie miałem respektu ani przed tym dystansem, ani przed całą masą stromych podejść i nieprzyjemnych zbiegów. Fakt, że zacząłem swoją przygodę z zawodami 7 lat temu od razu od dystansu 100 kilometrów miał niebagatelny wpływ na moje podejście do biegania. Wiedziałem, że nie jestem w formie, ale mimo to założyłem sobie ambitny cel (zejść poniżej 13 godzin) i uzbroiłem w myśl: „jakoś to będzie”.

Przyjemny początek

Jakoś, całkiem zresztą przyjemnie, było do tego feralnego 23-24 kilometra. Biegło mi się przyjemnie – pierwsze dziesięć kilometrów przegadaliśmy z Belą i nawet nie obejrzeliśmy się a byliśmy już na Jaworzynie Krynickiej. Później, względnie łatwy przelot do Hali Łabowskiej (byłem w tym miejscu 3 lata temu, podczas zimowego rajdu przygodowego Bergson Winter Challenge, pchaliśmy rowery pod górę, w ciemnościach, w śniegu i zimnie. Pamiętam, że w pewnym momencie – a było to po jakichś 20 kilku godzinach napierania non stop – zacząłem odpływać. Świadomość uległa jakby rozczepieniu, obserwowałem sam siebie wpychającego ten pieprzony rower pod górę.).

Wpadliśmy tam w kilkanaście osób, szybko uzupełniliśmy płyny i w większej grupie ruszyliśmy dalej. Wtedy czułem się jeszcze dobrze. Po jakichś 2 kilometrach musiałem skoczyć na chwilę w krzaki, a po powrocie było już pozamiatane. Nogi miałem ciężkie i zmęczone. Bela odbiegł mi razem z grupą, z którą zabraliśmy się na Hali Łabowskiej, zostałem więc sam. W zasadzie od początku założenie było takie, że biegnę solo – nie chciałem się na nikogo oglądać, ani żeby ktokolwiek oglądał się na mnie. To miała być tylko moja rozgrywka.

Partia szachów

Partia szachów, którą rozegram sam z sobą. Bez dobrego przygotowania nie mogłem liczyć na ściganie się z kimkolwiek – mogłem ścigać się tylko ze sobą. A raczej walczyć o pokonanie kolejnych kilometrów. Przyjąłem prostą taktykę – pod górę szybko maszeruję, a z górki i po płaskim (którego prawie nie było) próbuję zbiegać. Taktyka godna najlepszych, z tymże – najlepsi szybciej podchodzili pod stromizny, podbiegali tam gdzie nie było tak stromo, a ja szedłem, zdecydowanie szybciej ode mnie zbiegali i biegli wszystko po płaskim.

To, że rozdzieliłem się z Belą miał jeden zasadniczy plus – miałem kogo gonić. Wiedziałem, że jest jakieś 5-6 minut przede mną. Chciałem dogonić go na przepaku w Rytrze (33km) i tak też się stało. Do Rytra przybiegłem po jakichś 4 godzinach z hakiem. No to teraz przede mną jakieś 10 godzin męczarni i będzie po wszystkim – pomyślałem. Wiedziałem, że nie mam co myśleć o ściganiu się z kimkolwiek – musiałem wymęczyć pozostałe do mety kilometry. Nie miałem innego wyjścia. Nie chciałem się poddawać. Zależało mi na punktach do UTMB. A poza tym, dlaczego, cholera, miałbym się poddać?! Przegoniłem tę myśl i ani razu później już się nie pojawiła w mojej głowie. Myślenie w ultra tylko przeszkadza!

O podchodzeniu słów kilka

Druga część trasy wiodła przez Radziejową do Piwnicznej Zdrój (65km). Z przepaku ruszyliśmy we czwórkę, ja, Bela, Makhi i kolega w asfaltowych New Balance. Na dzień dobry ostre podejście do góry. Naprawdę ostre. Myślę, że przydałby się teraz kijki, żeby nieco ułatwić sobie życie. Kijków jednak zapomniałem, do poprawki za rok! Przy takich ostrych podejściach wpadam w swego rodzaju trans. Znajduję swoją, niezbyt dużą rzecz jasna, prędkość podchodzenia i krok za krokiem pokonuje kolejne metry dzielące mnie od szczytu. Przy umiejętnym doborze tempa (jest bardzo cienka granica pomiędzy optymalnym tempem, a zbyt szybkim) nawet bardzo ostre podejście jakby nie męczy – oczywiście, że sapię jak lokomotywa, a serducho chce mi wyskoczyć z piersi – ale na swój sposób kontroluję zmęczenie.

Przed półmetkiem trafiamy na punkt odżywczy na Hali Przehyba – a tam na pyszne kanapki! W plecaku mam już resztkę batonów, które zresztą, przestają mi smakować. Fenomenalna kanapka stawia mnie na nogi! Nieco odżywam – nadal brakuje sił i bieg jest wymuszony, ale przynajmniej w głowie jakby więcej optymizmu. Na Radziejowej stuknął nam półmetek, od tego momentu już jest bliżej niż dalej. W zasadzie nadal w cholerę kilometrów do mety, ale mentalnie czuję się lepiej.

Przemyślenia zmęczonego ultrasa

Stromy, nieprzyjemny i nie mający końca zbieg z Radziejowej wydaje się być absurdalny. Bolą mnie wszystkie mięśnie, boli mnie nawet malutki mięsień tuż przy nadgarstku od noszenia mojego Forerunnera 305. Toczę się w dół, bo nie mam innego wyjścia. Do mety jeszcze cholernie daleko, a ja posuwam się naprzód wcale nie siłą mięśni, ale siłą wewnętrznego uporu. Przestałem myśleć. Oczywiście przez głowę przelatywało tysiąc myśli naraz, ale nie miałem na nie wpływu. Odciąłem się od nich, aby broń Boże nie myśleć jak daleko do końca.

Czułem się tak, jak gdybym do plecaka zapakował granicę własnych możliwości, i każdy krok, który przybliżał mnie do mety, przesuwał tę granicę o kolejne metry. W smsie od bliskiej osoby przeczytałem zdanie, które miało mnie motywować do samej mety: jeśli to najtrudniejszy bieg, w którym brałeś udział, to będziesz miał piekielnie wielką satysfakcję jak go ukończysz. Nagle cały mój wysiłek sprowadził się tylko do ukończenia tego pieprzonego biegu. Sam bieg nie sprawiał mi żadnej przyjemności.

Zastanawiając się nad sensem, tego co robię, nie przychodziło mi nic do głowy. Gdyby ktoś się mnie zapytał dlaczego biegam w ultra, to odpowiedziałbym, biegam bo lubię. To przekraczanie granic, poznawanie samego siebie – bla bla bla – tę całą filozofię i patetyczne hasła można przykleić po biegu. W trakcie bowiem, gdy jest cholernie ciężko, ultra wydaje się czymś zdrowo pieprzniętym.

Piwniczna Zdrój

Do Piwnicznej przybiegamy po 8 godzinach i 30 minutach, w nogach mamy 65 kilometrów. Gdyby udało się utrzymać to tempo, to byłaby szansa na wynik poniżej 13 godzin – oczywiście to były ledwie pobożne życzenia, nie miałem sił utrzymać podobnej prędkości. Zresztą, dawno już przestałem myśleć o wyniku, chciałem po prostu skończyć ten cholerny bieg. A do mety jeszcze czekał nas nie tylko spory kawał drogi, ale również i 4 grzbiety do pokonania. 4 solidne podejścia i 4 zbiegi.

Trafiliśmy na idealną pogodę, w nocy przyjemny chłodek, a w dzień ciepło. No, może za ciepło. Zaczynam się nieco przegrzewać w mojej koszulce z długim rękawem Crafta, do tego to mozolne podejście… Noga za nogą. Otępiały pokonuję kolejne metry, tempo niestety dramatycznie spada. Dopiero, gdy się wypłaszcza, a później szlak wiedzie w dół, zaczynamy podbiegać. Biegnę głową, bo w nogach nie mam już sił.

Zostaję sam

Przy kolejnym podejściu, a raczej zbiegu w kierunku Wierchomli Bela zaczyna oddalać się. Zbiegam wolniej, uważam na kolana, i w ogóle słabiej sobie radzę na tych kamienistych zbiegach. Przypominam sobie zeszłorocznego Rzeźnika i myślę sobie, że tamten bieg to betka w porównaniu z tymi kamolami w Beskidzie Sądeckim. Choć czas na 77km mamy lepszy niż na mecie w Ustrzykach, to odnoszę wrażenie, że tutaj jest jednak dużo trudniej. A może to ja narzuciłem sobie zbyt mocne tempo?

Bela ostatecznie urywa mi się na podejściu przy wyciągu za Wierchomlą. Na delikatnym podbiegu pod wyciąg jeszcze odzyskuję dystans, ale ta stromizna przy wyciągu odbiera mi wszystkie siły. Mozolnie wdrapuję się na samą górę zyskując centymetr po centymetrze. Na górze szybko jednak zapominam o zmęczeniu – muszę przecież biec. Zakodowałem sobie, że po płaskim i w dół biegnę, co z tego, że już nie mam sił. Reszta zawodników wcale nie ma łatwiej.

Niewyobrażalne liczby

Oczywiście nie jestem w stanie biec cały czas, więc czasem przechodzę w marsz. Ta taktyka spisuje się doskonale. Wyznaczam sobie krótkie odcinki do pokonania, tak jest łatwiej zmusić się do wysiłku. 100 kilometrów to jakieś 100 tysięcy kroków (drobnię, więc mój krok jest stosunkowo krótki) i dobrych kilkanaście godzin biegu, powiedzmy, że ponad 800 minut i ponad 50 tysięcy sekund. To niewyobrażalne liczby dla naszego umysłu. Porażają swym ogromem.

Czytałem ostatnio wywiad z Krzyśkiem Dołęgowskim, opisywał swoją przygodę z UTMB. Powiedział coś takiego: „Gdy jest źle, powtarzam sobie: ten bieg się nigdy nie skończy”. Ja zupełnie nie myślę, a przynajmniej nie staram się myśleć o końcu. Nie zakładam, że bieg się kiedyś skończy, czy też że ta gehenna nie będzie miała końca. Staram się zakotwiczyć w chwili obecnej i jedyna rzecz, na której się skupiam (albo przynajmniej próbuję się skupić) to drzewo, albo zakręt drogi, albo znak, albo cokolwiek w zasięgu wzroku, kilku minut biegu/marszu.

Muzyczny motywator

Gdy kończę nieprzyjemny, kamienisty zbieg i dobiegam do asfaltowej drogi w kierunku Bacówki nad Wierchomlą przypominam sobie o mojej ostatniej desce ratunku. O muzyce! Przecież specjalnie zabrałem ze sobą słuchawki i nagrałem kilka kawałków przygotowanych na trudne momenty. Do mety pozostało 15 kilometrów. Czuję się słabo. Do bólu, zmęczenia, senności już się przyzwyczaiłem, ale poza tym czuję się otępiały. Poruszam się jak bezmyślne zombie.

Muzyka. To moja ostatnia szansa na wyrwanie się z tego marazmu. Do bacówki prowadzi delikatny podbieg. Zbieram się w sobie, wyciągam ręce do góry i na boki, przygotowuję się do 15 kilometrowego finiszu. Obracam głową na boki, nakładam słuchawki, włączam muzykę i myślę sobie: no to zaczynamy! W rytm pierwszych skocznych taktów podrywam się do biegu. Jest delikatnie pod górkę, wyznaczam więc sobie naprawdę krótkie odcinki: bieg, chwila na marsz, na złapanie oddechu. I znów: bieg, chwila na oddech.

Otępiały stan przemija w jednej chwili, wracam do gry! Po 85 kilometrach biegu czuję się zdecydowanie lepiej niż na 40 czy 50 kilometrze. To niesamowite! Wszystko siedzi w głowie! Zmęczenie, ból – to sprawa mięśni, organizmu, ale głowa.. cholera jasna, ile można wycisnąć z siebie, ze swoich rezerw! N i e s a m o w i t e !

Krótki postój w bacówce, uzupełnienie płynów i heja naprzód. Nie czuję już zmęczenia, czuję natomiast przyciąganie mety. Teren delikatnie pnie się to raz pod górę, raz w dół. Jest ciepła, pogodna sobota, a ja kończę powoli 100 kilometrowy Bieg 7 Dolin, jeszcze to do mnie nie dociera, nadal staram się utrzymywać stan bezmyślności w głowie. Wreszcie ostatni zbieg do Krynicy, gdzieś za plecami dostrzegam sylwetkę biegacza z kijami trekingowymi.

Finisz!

Zrywam się do szalonego zbiegu – przecież nie mogę dać się wyprzedzić w samej końcówce, no fucking way! Wybiegam na asfalt, porządkowi kierują mnie w kierunku mety, nie widzę już swojego przeciwnika za plecami, urwałem mu się. Ale wcale nie zwalniam tempa. Za blisko mety, czuję zbyt wielką euforię, aby teraz zwalniać. Płynę na olbrzymiej fali endorfin. Czuję się jak surfer, który trafił na TĘ falę.

Wpadam na deptak, wokół ludzie biją brawo i gratulują mi, co tylko jeszcze bardziej mnie nakręca. W oddali dostrzegam już metę i szpaler ludzi. Przeżywam te swoje 5 minut ekstazy, którą okupiłem 13 godzinami i 43 minutami bólu. Trudno opisać uczucia towarzyszące momentowi przekroczenia mety… Zegar wskazuje 13 godzin i 48 minut. Zajmuję 43 miejsce. Jestem cholernie zadowolony z siebie!

Postscriptum

Ból. Zmęczenie. Otępiałość. Senność. Cierpienie. Czytając moją relację z Biegu 7 Dolin można odnieść wrażenie, że całe to ultra to jeden wielki masochizm, a my biegacze, to chorzy masochiści. Być może to stwierdzenie nie jest dalekie od prawdy… Chyba sam do końca nie zdaję sobie sprawy dlaczego biegam na długim dystansie. Nie potrafię znaleźć logicznej argumentacji, która by potrafiła wytłumaczyć dlaczego przystaję na to cierpienie w trakcie biegu. Zresztą, im więcej startuję, tym mniej się nad tym zastanawiam. Po prostu to lubię! Zadowala mnie taka odpowiedź!

Zdjęcia: Piotr Dymus, Faalka oraz organizatorzy.


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



18 Responses to Ultramaraton 7 Dolin: Relacja

  1. mmk mówi:

    I wytrzymał Ci Garmin prawie 14h? Chodzi mi o baterię. Ja swojego najdłużej używałem 11h i alarmował już o kończącej się baterii.

    Aha, oczywiście wielki szacun za ukończenie biegu, gratulacje!

  2. jip mówi:

    „W trakcie bowiem, gdy jest cholernie ciężko, ultra wydaje się czymś zdrowo pieprzniętym.”
    Nie inaczej, nie inaczej 😀

    „…że całe to ultra to jeden wielki masochizm, a my biegacze, to chorzy masochiści”
    Lubię to towarzystwo 😀

    Ale chyba każdy przyzna – meta zmienia wszystko!

  3. Chlebik mówi:

    Kuerti a jak widzialbys ‚porzadne’ przygotowania do B7D? Oczywiscie tak w skrocie – same biegi/silka/basen?

  4. Bartek mówi:

    Dobre !!

    ps.dołaczam się do w/w zapytania.Mój wytrzymał 13 godzin max ostatnio 😉

  5. Krzysztof mówi:

    Kuerti, gratulacje! Garmin wytrzymuje więcej jeśli nie używa się paska do mierzenia pulsu.

  6. Kristof mówi:

    Fajna relacja – dobry kawałek biegowego porno 🙂
    Tak trzymać!

  7. Kuerti mówi:

    Ooo, widzę, że sporo nowych komentatorów się pojawiło po technicznej przerwie 🙂 .

    Mmk, Chlebik, witajcie na PK4! 🙂

    Mmk,

    Tak, wytrzymał prawie 14 godzin. Tutaj potwierdzenie: http://connect.garmin.com/activity/113778231 .

    Jip,

    Dokładnie, meta zmienia wszystko 🙂 . Choć nie, raz po przekroczeniu mety nie odczułem wielkiej radości. Polski Maraton Piasków 5 lat temu, byłem tak zniszczony, że nawet kończąc te zawody nie miałem sił się cieszyć. Ale po kilku dniach duma z ukończenia mnie po prostu rozpierała 🙂 .

    Chlebik,

    Przede wszystkim to bym regularnie biegał 🙂 . Od 2,5 miesiąca regularnie trenuję – robię te 40-60km na tydzień i to jest jakaś tam baza. Do tego co tygodniowe długie wybiegania (obecnie doszedłem do 1h50 minut biegu z plecakiem – docelowo chcę biegać 2-2,5h z plecakiem spakowanym tak jak na start), akcent szybkościowy ewentualnie siłowy. Kilka wyjazdów w góry na dłuższe wybiegania i sporo ogólnorozwojówki.

    Ćwiczenia siłowe, rozciąganie itp. Na takim dystansie naprawdę wychodzi wszystko, choćby głupi mięsień od „dźwigania” Garmina 🙂 .

    Bartek, Krzystosz, Kristof,

    Dzięki! Biegowe porno – rewelacyjne określenie 🙂

  8. Kysiuw mówi:

    Dla mnie jest to niepojęty stan umysłu i jego siła, przewrotna, ale mająca dużą moc. Bo czy jest to działanie wbrew sobie, wbrew ciału, czy właśnie kieruje nami jakaś logika, zaplanowany sprawdzian naszych umiejętności i miejsca w świecie? Nie jestem sportowcem, raczej biurwą spędzającą czas na dupie i biorę w tym wszystkim udział! Męczę się do granic wytrzymałości, okaleczam ciało, nie raz jak jest ciężko to mamrocze do siebie „kurwa, co ty tu robisz, po co to!”, ale jak trafiam w PK, dochodzę na metę, jak biorę prysznic, to już zaczynam myśleć – było dobrze, dałem radę, wyliżę rany i zaraz odeśpię zmęczenie a potem znów zapiszę się na następny rajd i będę czekał startu w tym chorym podnieceniu.
    W Twoim blogu najbardziej lubię czytać tę analizę umysłu, myśli jaka towarzyszy startom. Sam chyba to robie dla tych „wrażeń”.

  9. czajek mówi:

    świetnie się to zawsze czyta. Zastanawiam się jak to jest z tymi wybieganiami. Wróciłem do biegania chyba po 7 latach. Też teraz robię niedzielne wybiegania po 1h50, ale na harpagana za tydzień patrzę raczej pesymistycznie. Z rady o muzyce skorzystam, już sobie specjalny secik komponuję 😉

    pzdr

  10. kolarz mówi:

    Kuerti, to aby nie Ty na zdjęciu z finiszu? 🙂
    http://www.festiwalbiegowy.pl/871,bieg-7-dolin–ultramaraton

  11. rocha mówi:

    bardzo fajne masz zdjęcie.

  12. kolarz mówi:

    jak widać strona się zmieniła. na wcześniejszej miałeś Kuerti czarny dół i pomarańczową górę, jeśli to byłeś Ty 🙂

  13. kolarz mówi:

    jak widać strona się zmieniła. na wcześniejszej na zdjęciu na finiszu miałeś Kuerti czarny dół i pomarańczową górę, jeśli to byłeś Ty?

  14. Kuerti mówi:

    Kysiu, Czajek, Kolarz

    Witajcie na PK4 🙂

    Kysiu,

    Dokładnie tak 🙂 . Dzięki za miłe słowo. Wrażenia estetyczne to jedno, ale mnie najbardziej podoba się to, co dzieje się w głowie. I właśnie to staram się opisywać.

    Czajek,

    Grunt to systematyczność. Jeśli nie masz wybieganych x kilometrów to nawet kilka długich wybiegań może okazać się nie wystarczające. Powodzenia na Harpie!

    Kolarz,

    To nie byłem ja 🙂

    Rocha,

    Dzięki. Też myślę, że to zdjęcie jest faaajne! 🙂

  15. Marcin mówi:

    Twoją relację z tego biegu przeczytałem jako pierwszą. Do Twojej relacji wracałem najczęściej. Czytając Twoją relację miałem ciary na plecach takie, jakie miałem gdy czytałem o maratonach, przed swoim pierwszym biegiem na tym dystansie. Teraz mam ich na koncie dziewięć, a przed sobą pierwszą setkę, do której zapisałem się kilkanaście godzin temu. Właśnie przez Ciebie i przez to, co napisałeś powyżej. Mam nadzieję, że Beskid przyjmie i pożegna mnie tak samo łaskawie, jak Ciebie:)

  16. blas mówi:

    Fajna relacja, dobrze się czytało.
    No i gratuluję wyniku:)

  17. Beginner mówi:

    Witam, mam prośbę o informacje nt. wielkości plecaka i jego zawartości na taki ultramaraton – co spakowałeś, co byś zmienił?

  18. Beginner, witaj na PK4!

    W wolnej chwili podeślę Ci taką listę na mejla 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGrzesiek Łazarz Ładowanie strony trwa bardzo długo... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAlbany, Georgia auto insureance Die sehen aber lecker aus - ich denke, die mache ich demnächst auch mal, vorallem ist die Apfel-Zimt-Kombi so schön... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikahttp://www.vegetarianminimeals.com/ man muss es halt anders aufziehen: wird es als gegendemo verkauft, so kommen wenige piraten. wird es als spontaner flashmob... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikajumbo auto and truck plaza Excellent blog! Do you have any tips for aspiring writers? I’m hoping to start my own website soon but I’m... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    Service Unavailable
  • ARCHIWA