Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 30 listopada 2011 | autor Grzegorz Łuczko

7

S01E02: „5:00 to jeszcze noc czy już rano?”

Przygrywa Red Hot Chilli Peppers – „Zephyr Song”.

„Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.”

Zbyszek Ryżak

Po co? To pytanie prędzej czy później musi paść. Nawet jeśli Ty sam skrzętnie unikasz jego postawienia, to ktoś zrobi to za Ciebie. Może Twoja dziewczyna/żona (chłopak/mąż) w końcu nie wytrzyma i w któryś piękny (zima stulecia, mróz i zawieja za oknem) zimowy poranek (5:00 to jeszcze noc czy już rano?) zada to fundamentalne pytanie: po co to robisz?! No i nagle zapada niezręczna cisza, bo co tu niby powiedzieć?

(Murakami miał rację. „Jeśli nie zrozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz choćbym ci nie wiem ile tłumaczył.”)

Znów wracam do pytania o sens, bo znów wykombinowałem sobie duże wyzwanie, któremu chcę sprostać. Idzie zima, o 16 jest już ciemno, bez czapki i szalika ani rusz. A będzie przecież jeszcze gorzej. Przyjdzie mróz i spadnie śnieg. Drogi pełne będą białego paskudztwa (uwielbiam śnieg, ale w pewnym momencie traci on cały swój urok i staje się zwyczajnie paskudny), a wiecie co ja będę robił w tym czasie? Nie, nie będę oglądał telewizji w ciepłym mieszkaniu (w asyście gorącej herbaty/zimnego piwa, kto co woli). Będę zapieprzał w śniegu na rowerze, na nartach i na własnych nogach (i nawet na łyżwy z dziewczyną nie pójdę bez Garmina na ręce – tak, to już zboczenie, muszę się leczyć! Ale jakie fajne kółka na tracku później wychodzą! Coś pięknego!).

A po co? Żeby przygotować się do ukończenia Zimowego Rajdu 360 na długiej trasie. 400 kilometrów przez białe piekło (mam nadzieję. Perwersyjną nadzieję na to białe piekło). Pytanie o sens tego przedsięwzięcia zostawię bez odpowiedzi. Niech wystarczy: bo lubię, co tłumaczy wszystko i nic. To zamyka całą dyskusję.

Mam w głowie kilka fajnych wspomnień z już ukończonych rajdów, ale pamiętam też słowa znajomych którzy wspominali swoje przygody. Pewne słowa na dobre zagościły w mojej głowie. Zdążyłem już o nich zapomnieć, ale wizja tych 400 kilometrów na nowo je odświeżyła. Pamiętam relację Kaziga z któregoś Bergsona (Bergson Winter Challenge, na długiej trasie, również jakieś 400 kilometrów do pokonania zimą), a nawet nie relację, co kilka słów. Opisał swój start jako bezmyślne parcie przed siebie przez to białe piekło (te pierwsze Bergsony były naprawdę zimowe!). Było coś tam jeszcze o zwierzęcym uporze. I jakkolwiek to wszystko nie brzmi zbyt zachęcająco (ani trochę!!), to chcę przeżyć to samo co on.

Mam doświadczenia w zawodach zimowych – to specyficzne rajdowanie. Mam też doświadczenia ze startów na długiej trasie – ukończone Adventure Trophy w 2010 roku (76 godzin nonstop – po 70 godzinach przyszedł taki moment, w którym pomyślałem, że w gruncie rzeczy mógłbym tak jeszcze trochę się pobawić, i to jeszcze nie miało żadnych sprecyzowanych granic, przestałem liczyć minuty, godziny – przestawiłem się na dni. A może po prostu zapomniałem, że robiłem coś innego w życiu niż biegałem/jeździłem na rolkach/na rowerze i pływałem na kajaku?). Potrafię więc sobie wyobrazić jak wyniszczający będzie równie długi rajd, tyle, że pokonywany zimą, jak potwornie obciążające dla organizmu będą te 3 czy 4 doby, które zajmie nam pokonanie całej trasy. I chyba właśnie skala trudności pociąga mnie najbardziej w tym wszystkim…

Skład mamy już prawie zmontowany. Oczekiwania dokładnie określone (ukończyć!). Teraz pozostaje się tylko (TYLKO) przygotować i przetrwać to piekło (dodałbym „białe piekło”, ale i tak już nadużywam słowa piekło – tak, cholernie pociąga mnie ten rajd!). Mamy około 2 i pół miesiąca czasu. To wystarczający czas, żeby wystarczająco się przygotować. Nie startuję od zera, więc głównym problemem jaki widzę to skompletowanie składu, nauka jazdy na biegówkach oraz odpowiednie przygotowanie sprzętowe (co akurat jest mi na rękę – jako właściciel sklepu dla biegaczy chcę testować sprzęt biegowy na wszystkie sposoby).

Tekst rozpocząłem cytatem pochodzącym z bloga „Energia Wewnętrzna”. Często daję na blogu wyraz swoich wątpliwości. Jasne, że mógłbym zachować to dla siebie, mniej marudzić i kreować się na niezniszczalną maszynę, ale… przecież KAŻDY ma wątpliwości! KAŻDY ma momenty, w których chce wszystko rzucić w cholerę. Nie wierzę, że nie. Po prostu nie wierzę. Oczywiście, że na co dzień nie zawracam sobie tym głowy. Nie mam problemów z motywacją, gdy przychodzi pora treningu po prostu nakładam buty i wychodzę zrobić swoje. Natomiast dobrze wiem, że realizując pewien plan, który z czasem staje się coraz bardziej wymagający i intensywny w człowieku budzą się wątpliwości.

Najczęściej w momencie kiedy uświadamia sobie, że działa jak maszyna. Wszystko ma dokładnie zaplanowane i trening, który do tej pory sprawiał frajdę, nagle staje się obowiązkiem. I właśnie wtedy pojawienie się wątpliwości jest nieuniknione. Nikt z nas nie jest robotem. Gdy plan jest zbyt napięty pojawia się problem. Ale jak pogodzić życie zawodowe, prywatne i wymagający trening pod kurewsko wymagające zawody? Nie stając się jednocześnie jakąś bezduszną maszyną nastawioną na 100% produktywności? W końcu doba nie wydłuży się w cudowny sposób…

Koniec… myśl dokończę w jednym z kolejnych odcinków!


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



7 Responses to S01E02: „5:00 to jeszcze noc czy już rano?”

  1. borman mówi:

    Alleluja!

    Za chwilkę wychodzę na trening. Nie ma to dla mnie znaczenia czy jest 5:00, czy 22:30. Idę po moją dawkę endorfin, idę po moją kolejną porcję betonu, którym sukcesywnie wylewam podwaliny, fundament pod formę. Czuję energię, czuję progres. Gdy wrócę z nocnego wybiegania po Magicznym Lesie, zaaplikuję sobie porcję gimnastyki pana Lafaya. Niech buły stają się twarde jak stal, niech przypak szykuje się na potężny wysiłek jaki mu zafunduję już za kilka miesięcy.

    Uwielbiam takie teksty, pełne motywacji, determinacji. Szczególnie kiedy doświadczam tego samego. I czuję jak powoli nabieram prędkości. Moje małe kroczki, zamieniają się w sprężysty krok. Tak jak bym wkraczał z nowymi siłami w inny wymiar.

    I tylko aby mądrości i wytrwałości wystarczyło. Ale o to już nie muszę się martwić, bo w końcu… dojrzałem. 🙂

    PS
    I jeszcze ta fotografia ilustrującą powyższy wpis. Wycieczka biegowa po Górach Sowich. Co za klimat. Trzeszczący pod stopami śnieg, zamarzające łzy i hydro w bukłaku. Klimat, klimat, klimat zimowego napierania…

  2. Kuerti mówi:

    Marcin,

    Jesteś chory! 😉 . Przykro mi 🙂 .

    Trzymam kciuki za Twój plan, oby obyło się bez większych problemów. Te mniejsze tak czy inaczej będą, więc z nimi sobie dasz radę 🙂 .

    Fotografia.. ech.. i gdzie ta zima? 🙂

  3. borman mówi:

    🙂

    Chory? No tak. To wszystko wyjaśnia. 🙂 Kiedy Aga zapyta mnie: po co to robisz? Odpowiem krótko: bo jestem chory. I tyle w tym temacie 😉 , to wyjaśnia wszytko i… wszystko. 😀

    A tak poważnie, jestem zadowolony z szybkiego powrotu do formy. Zaskoczony – rzekłbym nawet.

    Plan jest prosty: trenować tak, aby pozostał niedosyt… zdania nie dokończę, znasz je z Murakamiego 🙂 . Generalnie, dużo się wygłupiam, zaczęło mnie śmieszyć śmiertelnie poważne podejście do treningu i taka „maniera” zawodowca. Jestem amatorem, trenuję jak amator i popełniam błędy jak amator. Co nie oznacza, że na treningach się obijam – o nie! 🙂

    Dobra, tym razem poważnie, poważnie. 🙂
    Ełcka. TP50, czy 100? Samochód, czy PKP? Mnie korci 100, ale nie wiem czy miesiąc po NM się pozbieram. Z drugiej strony jechać taki kawał i przebiec te marne 50km 🙂 . Ehhh

  4. Przemek mówi:

    … Jestem amatorem, trenuje jak amator i popelniam bledy jak amator… Niby oczywiste ale czasem trzeba to powiedziec, zeby sie opamietac.
    Bardzo trafne.

  5. Kuerti mówi:

    Marcin,

    Muszę Cię zmartwić, powrót do formy to betka w porównaniu do jej utrzymania… zainspirowałeś mnie do popełnienia kolejnego wpisu 🙂 . Właśnie na ten temat. Ja sam znów „wracam”, mam kilka chyba ciekawych przemyśleń w temacie.

    Hmmm, maniera zawodowca, ciekaw jestem jak długo utrzymasz z luźnym podejściem 🙂 . Życzę, żeby jak najdłużej, ale u mnie widzę, że z każdym tygodniem jest pod tym względem coraz gorzej, zwłaszcza jak zwiększam obciążenie, przy 10h/tydzień to już niezła gimnastyka, żeby nie czuć się cyborgiem 🙂 .

    Ełcka. Jak coś to TP50. Może wrócimy do tematu po Nowym Roku?

    Przepraszam za dość pesymistyczny komentarz. Ale sam przechodziłem tę euforię „popowrotową” i widzę właśnie jak ugina się ona pod ambicją i chęcią tłuczenia coraz większej ilości kilometrów. Trudna sztuka wyważyć to wszystko…

    Przemek,

    Może wszystko rozbija się o dystans.. ale jak wyżej, to cholernie trudna sprawa!

  6. borman mówi:

    Grzenio, no ja Cię proszę, nie odbieraj mi radości 🙂 …

    Euforia, fakt, jest i to wielka. Lecz ten powrót jest najmniej bolesnym ze wszystkich powrotów do formy, jakie przeżyłem. Może, dlatego, że poszedłem inną drogą. Bezmyślne klepanie kilometrów zamieniłem na większa ilość GS, poprawne wykonywanie GR, rower, dogtrekking, który jest niczym innym jak mocnym spacerem z psem, a który fantastycznie mnie odpręża i uważam go za świetną formę aktywnego wypoczynku ( spacerek regeneracyjny) 🙂 . Po namowie Pawła od przyszłego tygodnia wybiorę się na basen i mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić go na stałe do „rozkładu” tygodniowego.

    Luźnie podejście… hmmm, to nie tak. Wszytko wykonuję w/g jakiegoś tam planu. Pierwszym „etapem” jest powrót do formy i budowanie bazy pod przyszły trening. Książkowo tak – wiesz JD 😉 . I ten etap jest jak chillout na świeżym powietrzu, ale podkreślę raz jeszcze: na treningach się nie obijam! 🙂

    W zeszłym roku popełniłem podstawowy błąd, zbyt zachłannie podchodziłem do nabijania kilometrów, a to nie o to chodzi. Pierwszy start sezonu M10 i pełna satysfakcja, następnie Bieg Sokoła i klapa. Okazało się, że sił zabrakło. A to dlaczego? Bo Marcin za nic sobie miał dobre rady i olał całkowicie GS. Liczyły się tylko przebiegnięte kilometry – ambicja, a może głupota – w dodatku tak ładnie wyglądał kilometraż w Garmin Connect 🙂 . Chore? A owszem.

    Do tego jakiś czas temu złapałem się na tym, że wykształciła się u mnie, wspomniana wcześniej, maniera profi zawodnika. Zaobserwowałem ją już dawno temu, u co niektórych kolegów biegaczy. Objawiała się lekkim wożonkiem. Przyszedł czas, aby klepnąć się w czoło i powiedzieć: Marcin, leszczu, co ty wyprawiasz?! Więcej pokory, więcej.
    Tak więc rzekłem sobie: jestem osłem (tak, tak czytamy ten sam blog) i zabrałem się pokornie do pracy 🙂 .

    Mea culpa. Więcej grzechów nie pamiętam. Ufff…

    Ełcka. Nie ma sprawy. Mój wyjazd i tak nie jest pewny.

  7. Kuerti mówi:

    Dzięki za komentarz.

    Rozwinę myśl, w którymś z kolejnych wpisów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑