Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 29 września 2008 | autor Grzegorz Łuczko

15

Przejście 2008 – Relacja

24 godziny. Doba, ni mniej ni więcej. Cel, który sobie wyznaczyłem wydaje mi się niemożliwy do osiągnięcia. Szczerze żałuję, że publicznie odważyłem się złożyć tą odważną deklarację. Stoję niepewnie w miejscu, w którym za kilka chwil wszystko się zacznie i staram się nie wchodzić w pole widzenia znajomym, chcę skupić się w spokoju i zastanowić nad tym co wydarzy się w najbliższym czasie. Ambitny cel to jedno, a realne możliwości to drugie. Boję się tego co zdarzyć się może po 70-80 kilometrze. Jednego jestem pewien, jeśli skasuję sobie stopy na tym etapie to nie znajdę w sobie sił, żeby kontynuować dalej…

Po minucie od startu jestem już na przedzie. Jest zupełnie inaczej niż na zawodach – nikt się nigdzie nie śpieszy. Większość ze startujących to turyści bez żadnych ambicji na wynik. Wielu z nich nie zakłada nawet, że uda im się pokonać całą trasę – długie 145 kilometrów. A ci, którzy wierzą w końcowy sukces nie mają zamiaru się ścigać ani z samymi sobą ani z czasem, który staje się moim jedynym rywalem na trasie Przejścia. Na dzień dobry podejście pod Szrenicę – 400 metrów do góry. Podchodzę z trudem. Choć nie dociskam, wcale nie czuję wielkiego zapasu sił, który mógłbym później spożytkować na bieg po grani Karkonoszy.

A ta wita nas katastrofalnymi warunkami – wieje potężny wiatr, jest zimno i widać nie dalej jak na 2 metry. Wystarczy, że ktoś odejdzie 5-10 metrów do przodu i ginie mi z oczu. Próbuję zbiegać ale jest to cholernie ciężkie, wzrok cały czas utkwiony mam pół metra przed stopami. Boję się przyśpieszyć, żeby nie stracić równowagi na śliskich kamieniach. Po jakimś czasie odpuszczam i już tylko maszeruję, warunki naprawdę nie zachęcają do biegania, a w dodatku nie czuję się na siłach. Staram się zachować energię na później. Poza tym nie znam szlaku, boję się gdzieś zagubić, a przy tak mizernej widoczności wystarczy chwila nie uwagi.

Tak jak pod schroniskiem Odrodzenie, wystarczy, że maszeruję po drugiej stronie drogi i nie zauważam skrętu w prawo, cofam się zdenerwowany i na moment ogarnia mnie przerażenie – nic nie widać! Obracam się dookoła w pustce i widzę tylko mgłę rozświetloną światłem własnej czołówki. Wracam się i na szczęście zauważam światełka kolejnych uczestników. Trafiam m.in. na Wirka, który w zeszłym roku pokonał całą trasę w 34 godziny.

Tempo mamy przyzwoite, ale na pewno idziemy za wolno, żeby myśleć o łamaniu 24 godzin. Właściwie już w Karkonoszach pogodziłem się z faktem, że nie uda mi się osiągnąć założonego celu. Wykręcanie się warunkami byłoby nie fair. Nie byłem w formie, słabo czułem się w górach i jeszcze ta niepewność, co będzie za 80-90-100 kilometrów? Przecież po setce nadal będę miał około 50 kilometrów do mety! Świadomość tego faktu sprawiała, że przede wszystkim uważałem, żeby nie zniszczyć stóp i nie narzucać sobie zbyt mocnego tempa.

Przejście było dla mnie bardzo długą partią szachów. Długo zastanawiałem się nad każdym ruchem, nie chcąc popełnić błędu, który doprawadzi mnie do porażki. Stąd zabranie 2 par butów i wielu skarpetek na zmianę. Dlatego też nie przeszkadzało mi to tempo, w którym szliśmy. Momentem kulminacyjnym w Karkonoszach było podejście na Śnieżkę, zanim przystąpiliśmy do ataku zagrzaliśmy się chwilę w Śląskim Domu przy gorącej herbacie. Z nowymi siłami zabraliśmy się do podejścia. Było bardzo zimno, wiał porywisty wiatr a zewsząd atakowały nas drobiny śniegu, a może to był już regularny opad? Najgorzej to starcie zniosły ręcę, które przemarzły zupełnie. W końcu jednak stajemy na szczycie góry, która okazała się tak niełaskawa dla mnie, jestem tu po raz trzeci i za każdym razem Śnieżka wita mnie katastrofalnymi warunkami. Kapryśna panna…

Droga do Okraju to senna mara. Kolejne kroki rozpływają się w ciemnej nocy. Straciłem gdzieś cały animusz, którego tak naprawdę wcale nie było. Karkonosze złamały nieco moją wolę walki. Nie chodziło o jakiś kryzys, czy brak sił, po prostu czułem, jak ciąży mi moje wyzwanie, któremu nie byłem w stanie podołać. Na zejściu z przełęczy Okraj dogonił nas Krzysiek (?). Następne kilometry przemierzyć mieliśmy w trójkę. Krzysiek sporo mówił, to jego pierwszy start na takim dystansie i widać było u niego to podniecenie, ekscytację, pytał Wirka o poprzedni rok i rekordowy wynik, ja w tym czasie raczej milczałem, ogarniało mnie coraz większe przygnębienie. Pomyślałem, że muszę wyglądać na niezłego gbura, na ściganta, który myśli tylko o swoim rekordzie, ale to nie było tak. Czasem człowiek po prostu nie ma ochoty się odzywać. Celebrowałem ciszę.

Na Okraju jesteśmy o 2 w nocy. Nie wiem, który to kilometr, zresztą to szybko przestało mieć znaczenie, do mety pozostało ich i tak potwornie dużo… W pewnym sensie ten brak wiedzy pozwalał na taplanie się w błogiej nieświadomości, jeśli nie miałem pewności czy zrobiliśmy 20 czy 30 kilometrów to myślenie o dystansie do pokonania nie było takie straszne. W Rudawach Janowickich zrobiło się znacznie przyjemniej, już tak mocno nie wiało ani nie było tak zimno. Poprawił się nawet mój nastrój, kilka razy zagadnąłem towarzyszy wędrówki, jednak rozmowy nie trwały długo. Nocą człowiek bardzo łatwo odpływa w swój własny świat.

Cisza, spokój i stukot miarowego uderzenia podeszw o podłoże bardzo łatwo usypiają. Wydawało mi się, że ten problem mam już za sobą, ale niespodziewanie zaatakował mnie mały sleepmonsterek. Było mi wszystko jedno, maszerowaliśmy równym tempem, a mi było po prostu wszystko jedno. Nawet zacząłem się zastanawiać czy aby nie zrezygnować? Nie chciało mi się iść dalej. Nie miałem odcisków, nie byłem zmęczony, jedynie nieco senny, no i nie chciało mi się napierać dalej. Chwila słabości. Jedna z wielu, którą trzeba przetrwać. Wiedziałem, że muszę wytrzymać do poranka. Wraz z nowym dniem zawsze ogarniają mnie nowe siły.

Byliśmy gdzieś w okolicach Koni Apokalipsy gdy przypomniałem sobie, że przecież ja już tu byłem. Ja i mój rower. Ja na nogach, on na plecach. Kilka kilometrów podchodzenia z rowerem na ramieniu tylko po to, żeby podbić punkt na górze i kilka kilometrów w dół, tylko po to, żeby uciec z tamtąd jak najdalej. Urok rajdów przygodowych rozgrywanych w zimie. Przed Zamkiem Bolczów Wirek musiał się zatrzymać na drzemkę, ja też czułem się nadal senny, ale wiedziałem, że do świtu zostało już nie wiele i niedługo najgorsze już minie. Faktycznie tak też się stało, na zejściu do Janowic dzień przyniósł mi nowe siły. Narzuciłem mocne tempo, chciałem nieco dokręcić śrubę, oczywiście cały czas pamiętając o tym co mnie czeka.

Ta ostrożność była wpisana w całą trasę Przejścia. Gdy zameldowaliśmy się w Janowicach po ok. 10 godzinach i 50 kilometrach do przejścia czekała nas jeszcze prawie setka kilometrów! Startowałem w wielu rajdach na 100 kilometrów, stąd świadomość tego, co mnie czeka była tym boleśniejsza. Przecież samo pokonanie stówy to ogromny wysiłek, nierzadko okupiony ogromnym cierpieniem, a tu jeszcze taki kawał drogi? Już w lesie przed Zamkiem Bolczów zauważyłem, że Krzysiek zaczyna nienaturalnie stawiać stopy, wiedziałem już jaki będzie finał jego Przejścia, sam przecież wielokrotnie zaczynałem maszerować w ten sposób, palące odciski uniemożliwiają normalny marsz, trzeba wykręcać stopy w nienaturalny sposób, ukojenia dzięki temu jednak nie zaznamy, jeśli do mety pozostało niewiele kilometrów można jakoś przecierpieć. Nie wierzyłem jednak, żeby był w stanie przejść w takim stanie 100 kilometrów. Ja nie dałbym rady…

Przed podejściem na Różankę rozstaliśmy się. Wiedziałem, że to dla niego koniec, a dla mnie ostrzeżenie. Na szczycie dogonił mnie Wirek, sen dobrze mu zrobił. Zaczęliśmy nieśmiało truchtać w dół. Bałem się podbiegania, wiedziałem jak bardzo łatwo można uszkodzić zmęczone stopy. Starałem się więc omijać wszelkie kamienie. Wszystko po to, żeby nie załatwić stóp! Dbanie o nie stało się wręcz moją obsesją i kluczem za pomocą, którego chciałem dostać się na metę tymczasem zamkniętą na cztery spusty.

Poruszamy się mniej więcej ze stało prędkością. Ten nieśpieszny marsz sprawia mi sporo przyjemności, to zupełne przeciwieństwo tych wszystkich startów w zawodach, mięśnie nie „palą”, oddech jest stabilny, a stopy nie pokrywa miazga z odcisków. Gdzieś pod Okolem zajadamy się pysznym makaronem – takie małe mistrzostwo świata zafundowane nam przez organizatorów, mieliśmy dostać go na Różance, ale było jakieś opóźnienie – warto było czekać! Z pełnymi brzuchami i w dobrych nastrojach ruszamy naprzód. Szczęście byłoby niczym gdyby zabrakło jego przeciwieństwa, niezwykle boleśnie przekonujemy się o tym po 20 minutach kiedy to ku naszemu ogromnemu zdziwieniu powracam dokładnie w to samo miejsce, z którego ruszaliśmy w tak dobrych humorach!

Zignorowaliśmy w pewnym momencie odejście szlaku, głupi błąd, a kosztował nas ok. 40 minut bezsensownej straty. Zdarza się, mówi się trudno, motywuję się w duchu, choć jestem bardzo zły. Staram się jednak szybko o tym zapomnieć, tak jak gdyby cała sytuacja w ogóle się nie wydarzyła. Schodząc z Okola zostawiamy kierunek północny za nami, teraz jeszcze tylko zejście na południowy-zachód w kierunku Jakuszyc i później będziemy już tylko wracać do Szklarskiej. Szukałem sobie takich punktów zaczepienia. Oczywiście interesowałem się kilometrami, które pozostawały nam do mety, ale wolałem skupiać się na namacalnych celach. Dojście na szczyt, zejście do wioski, przekroczenie kolejnego grzbietu itd. Stawianie sobie krótkoterminowych celów pozwalało nie myśleć mi o ogromie drogi, która jeszcze na nas czekała.

Kolejne kilometry, kroki, minuty i godziny, podejścia i zejścia zlewają mi się w jedno. Monotonia kolejnych minut była przytłaczająca. Chrośnica, góra Szybowcowa, Jeżów Sudecki, Perła Zachodu tonęły w rytmie kolejnych miarowych kroków i stukotu kijków trekingowych. Nic się nie zmieniało, i nie chodzi mi o zmianę krajobrazu, ale o zmęczenie, które ustabilizowało się na stałym, znośnym poziomie. Mięśnie, owszem bolały, ale nie tak, żebym musiał zwalniać, a odcisków na stopach nie miałem. Na wysokości Perły Zachodu osiągnęliśmy mniej więcej 100 kilometr. Starałem się nie przywiązywać do tego uwagi, nie chciałem robić z tego jakiegoś wydarzenia, zrobiliśmy setkę i tyle. Do końca jeszcze ok. 50 kilometrów i na tym trzeba było się skoncentrować.

Wiedziałem jak mocno na psychikę działają ograniczenia, które sami na siebie nakładamy. Bardziej więc skupiałem się na tym, że do mety jeszcze 50 kilometrów niż na tym, że zrobiliśmy już setkę i co to teraz będzie. Moja partia szachów z Przejściem wchodziła w decydującą fazę. To był jeszcze ten moment gdy nie myślałem o mecie. Wiedziałem, że Wirek dojdzie do końca, bez względu na to w jakim czasie to zrobi i tak znajdzie się w Szklarskiej. Ja nie miałem tej pewności. Wolałem więc nadal pozostać ostrożny. Tylko bez szaleństw! Powtarzałem sobie nieustannie.

Niedługo przed zmrokiem zawitaliśmy w okolicę Goduszyna i pogubiliśmy się jak małe dzieci. Wirek, który do tej pory odgrywał rolę przewodnika i kierował nas bez potrzeby zaglądania w mapę teraz znalazł się w miejscu, które nie było mu zbyt dobrze znane. W ruch poszła więc mapa i kompas. Na nie wiele jednak to nam się zdało, oznaczenie trasy w tym miejscu było bardzo słabe, nie chcąc tracić kolejnych minut zeszliśmy nieco niżej w kierunku szosy, przebiliśmy się przez zagrody i w końcu wyszliśmy na asfalt. W międzyczasie zapadł zmrok. Mijały właśnie 24 godziny od startu. Dawałem sobie kolejnych 6 na dotarcie na metę. Musiałem mieć taki punt w czasoprzestrzeni, do którego będę podążał. Nawet jeśli po tych 30 godzinach nie dotarłbym jeszcze na metę to miałbym pewność, że jestem już blisko.

Coś dziwnego zaczęło dziać się z moimi stopami, nie miałem odcisków, ale bardzo spuchły. Nieprzyjemnie obcierały wnętrze buta. Już kiedyś miałem coś podobnego, na Maratonie Piasków, trzeciego dnia podczas 125km etapu. To był ostatni odcinek, w nogach miałem już jakieś 200km i stopy zaczęły się buntować. Teraz było podobnie. Na szczęście mogłem jakoś maszerować bez większych przeszkód. Na podejściu żółtym szlakiem pod Zakręt Śmierci rozdzieliliśmy się, Wirka znów zaczęła atakować senność, a ja nie chciałem się już zatrzymywać. Nigdy nie próbowałem drzemać podczas zawodów w ten sposób i bałem się czym to mogłoby się dla mnie skończyć.

Miałem problemy z odejściem szlaku. W końcu jednak udało mi się odnaleźć właściwą drogę i ruszyłem w kierunku granicznego miejsca – Zakrętu Śmierci. Wiedziałem, że jeśli dojdę tam to dojdę i do mety. Mijała tymczasem 25, może 26 godzina. Zostałem sam i zacząłem „odjeżdzać”. Cięzko opisać ten stan, wyobraźcie sobie, że jedziecie na rowerze i puszczacie kierownicę, tracicie kontrolę nad pojazdem i nosi Was na wszystkie strony. Właśnie tak się czułem, jakby mnie nosiło na wszystkie strony. Nie mogłem odnaleźć właściwego rytmu kroków. Dopóki napierałem razem z Wirkiem miałem jakiś punkt odniesienia i nawet jeśli to ja prowadziłem i nadawałem tempo to miałem poczucie, że ktoś jest za mną i to mnie w pewien sposób organizowało. Teraz zabrakło mi punktu odniesienia.

Zrobiło mi się chłodno w głowę, nałożyłem więc kaptur. Byłem sam w ciemnym lesie, widoczność podobnie jak poprzedniej nocy nie była najlepsza, mgła znacznie zawężała pole widzenia. Z nałożonym kapturem czułem się odcięty od świata. Co chwila zastanawiałem się czy ktoś za mną nie idzie. To nie był strach, raczej poczucie niepewności i subtelny lęk. Wciąż nie mogłem złapać równego tempa. Czułem się tak jak gdybym był tam i maszerował a jednocześnie nie było mnie. W końcu udało mi się dojść na zakręt…

Przedzwoniłem do Wirka, zrobiliśmy wspólnie tyle kilometrów i nie chciałem go zostawiać w tym miejscu, miałem nadzieję, że uda nam się dojść wspólnie do końca. Jednocześnie obaj nie mieliśmy złudzeń ani nie sililiśmy się na przesadne sentymenty, wiedzieliśmy dobrze, że każdy z nas chce ukończyć Przejście, a zwalnianie gdy ma się jeszcze siły nie wyjdzie nikomu na dobre. Poza tym wiedziałem, że Wirek to doświadczony zawodnik i sobie poradzi sam. Mimo wszystko chciałem na nieco poczekać. Zacząłem wspinać się wolnym tempem w kierunku Wysokiego Kamienia mając nadzieje, że kolega dogoni mnie po drodze.

Czekając na Wirka usiadłem sobie odpocząć i nagrałem krótki film – pieprzę w nim bezsensu trzy po trzy, ciężko jednak wymagać trzeźwego myślenia po kilkudziesięciu godzin napierania nonstop 😉 .

Podczas podejścia zadzwonił do mnie Petro z szaloną myślą – zrób 15-20 kilometrowy finisz! Pomyślałem, że oszalał, że przecież ja nie mam sił na takie zabawy, że ja chcę tylko ukończyć, i że to mety jeszcze daleko, nie wiadomo co może się stać. Obiecałem mu jednak zastanowić się nad tym. Po rozmowie poczułem się znacznie lepiej, znów mogłem się do kogoś odezwać, myśli zaczęły się organizować na nowo i przeszło mi to uczucie „noszenia”. No i ten finisz, zacząłem się tym nakręcać. Nadal jednak nie wiedziałem co z Wirkiem, nie chciałem mu „uciekać”. Na Wysokim Kamieniu posiedziałem kilkanaście minut – dłużej czekać nie ma sensu, stwierdziłem, zaczynało robić się coraz zimniej, a to był moment, w którym musiałem myśleć przede wszystkim o sobie. Zadzwoniłem jeszcze do niego upewniając się czy wszystko w porządku i nieśmiało spróbowałem potruchtać. Cała ta sytuacja wyrwała mnie z tępego odrętwienia. Monotonia podlana została szczyptą absurdu, straciłem poczucie czasu i przestrzeni. Nie bałem się już czy ukończę, byłem tego pewien!

Pamiętam moje próby biegania w końcówce Wielkopolskiej Szybkiej Setki, skończyło się na 2 czy 3 metrach i syku bólu. A teraz? Minąłem 5, 10 metrów i nadal biegłem! Stopy miałem w idealnym stanie, mięśnie zmęczone ale nie skatowane, zupełne przeciwieństwo tego jak mój organizm wyglądał na ostatnich kilometrach WSS, zajechane mięśnie i skasowane stopy. Już bez oporów puściłem się biegiem, nie było to łatwe bo nie wiele było widać i musiałem bardzo uważać, ale już na asfalcie za kopalnią Stanisław mogłem swobodnie przyśpieszyć. Uczucie lęku opuściło mnie jak ręką odjął. Po monotonii również nie pozostało śladu pojawiła się czysta radość. Mogłem biec! To było wspaniałe uczucie.

Wreszcie nabrałem prędkości, teraz kolejne kilometry mijały w mgnieniu oka. Kopalnia Stanisław, asfalt i nie wiadomo kiedy znalazłem się na rozdrożu pod Cichą Równią. Pogoda nadal mnie nie rozpieszczała, siąpił deszcz, ale nie przeszkadzło mi to, wręcz przeciwnie, czułem się wspaniale. Wciąż zastanawiałem się skąd tyle sił na finisz? Przed startem napisałem, że Przejście dla mnie rajdowym egzaminem maturalnym, jeszcze nigdy nie pokonałem tak długiego dystansu, 145 kilometrów po górach, to wydawało się szalone. Przez tych kilka lat trenowałem, zaopatrywałem się w coraz to lepszy sprzęt i wreszcie najważniejsze – gromadziłem doświadczenie wraz z kolejnymi startami. Teraz, tej sobotniej nocy, to wszystko zaprocentowało. Sprzęt sprawdził się rewelacyjnie, przygotowanie mimo problemów ze zdrowiem okazało się bardzo dobre, no i to doświadczenie, rozłożenie sił, unikanie odcisków, to wszystko sprawiło, że mogłem cieszyć się biegiem.

Biegnę do Jakuszyc i dopiero ostry podbieg za nimi zmusza mnie do marszu. Wiem już, że ukończę, teraz pytanie brzmi tylko ile czasu na to potrzebuję? Odbijam w zielony szlak, który wiedzie pod górę, staram się podbiegać, śpieszę się – do mety mam jakieś 4 kilometry a do 29 godzin ok. 25 minut. Jeśli się zmobilizuję do ostatniego wysiłku to uda mi się złamać 29 godzin. Już dawno ogarnął mnie przedfiniszowy szał. To moment, w którym człowieka przepełniają dodatkowe siły i humor wreszcie po tylu godzinach się poprawia, uśmiechnij się! Twój koniec męk jest już bliski!

Szlak przechodzi z szerokiego duktu w wąską ścieżynkę, na zakręcie muszę odbić w las i przeciąć go dostając się do drogi po drugiej stronie, odbijam w las i.. i koniec! Kurwa mać! Krzyczę w przestrzeń. Tu nie ma żadnej drogi! Konsternacja. I co teraz? Przecież nie ma żadnych szans, żeby w tej ciemnicy i widoczności na 2 metry znalazł jakąś ścieżynkę (później dowiem się, że to nie była wcale droga ale wąskie koryto po potoku..)! A wszystko już tak pięknie się układało, cholera jasna! Obieram kierunek na kompasie i brnę przez las pomiędzy zwalonymi pniami i skałami. Niemiłosiernie dłuży mi się ta przeprawa, zastanawiam się nawet czy przypadkiem nie pogubiłem się gdzieś na amen. Tego by mi jeszcze brakowało, żebym został w tym lesie do rana!

Spokój, masz kompas, łap kierunek i będzie dobrze, staram się uspokoić. W końcu jest droga! Napieram w górę, po kilku minutach jestem pod schroniskiem w Kamieńczyku. Zejście w dół po kamieniach nie jest tym o czym marzę po pokonaniu niespełna 150 kilometrów, ale nie mam wyjścia. Odbicie szlaków. Miotam się nie wiedząc dokładnie gdzie iść. Odbijam w prawo. Wracam. Druga droga. Nie wiem dlaczego wróciłem, później okaże się, że zamiast po 5 minutach wpaść na metę zbiegnę na koniec Szklarskiej!

Biegnę po asfalcie, mijam jakieś budynki, cholera jasna, przecież ja nie pamiętam, żebyśmy szli tędy podchodząc na początku do Kamieńczyka! Nagle wszystko staje się jasne, wybiegam niedaleko podejścia pod dworzec PKP. Krótkie kurwa mać w niebo i do przodu. Dochodzi druga w nocy, kwiat szklarskiej i pewnie nie tylko szklarskiej młodzieży wylega pijana na ulice, biegnę pomiędzy nimi owacyjnie witany (czasem można coś ściemnić, no nie? 😉 ), czuję się jak w transie. Jeszcze tylko 6 minut do 30 godzin, zaczyna się ostre podejście, mimo to biegnę. Przechodzę do marszu i dalej biegnę pijany ze zmęczenia. Jest, jest meta! Wpadam do amfiteatru, cisza. Nikogo nie ma. Biegnę do „Marysieńki”, tutaj też nikogo… Wracam do amfitatru i zostaje sam. Pogrążam się w ciszy chcąc nacieszyć się tą chwilą osobistego tryumfu. Może to nawet lepiej, że nie ma nikogo?

Całą trasę pokonałem w 29 godzin i 57 minut. Wrócę tu kiedyś pokonać ten dystans poniżej 24 godzin…

PS. Część fotek autorstwa Mirosława Wiry (Wirka).


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



15 Responses to Przejście 2008 – Relacja

  1. robert59 mówi:

    > Wrócę tu kiedyś pokonać ten dystans poniżej 24 godzin…

    Ja wrócę w przyszłym roku. Nie wiem czy też tak masz, ale każde zejście z trasy rodzi zobowiązanie, dług, który trzeba spłacić. Czasami zresztą jest to dobry motywator: „nie k..wa, nie chcę tutaj już wracać, muszę skończyć!”.

  2. Kuerti mówi:

    Robert,

    Zdecydowanie! Adventure Trophy nie ukończyłem po raz drugi, za rok znów stawię się na starcie i będę tam jeździł dopóki nie ukończe! (a później też, żeby poprawić wynik, bo to świetne zawody!).

    Mam nadzieje, że za rok Ci się uda! Treningi treningaim, ale jak człowiek raz spróbuje to wie więcej niż po dziesiątkach treningów.

  3. Wirek mówi:

    Trochę się za bardzo Kuerti rozczulasz nade mną. Fajnie byłoby razem skończyć, no niestety ja padłem przed Zakrętem i już nie odbudowałem się aż do Cichej Równi. To nie była sytuacja w której musiał byś mi towarzyszyć. Z mojej strony nie było żadnych objawów świadczących o problemach zdrowotnych, tylko zwykłe, tępe padnięcie „na pysk”. Nic dodać, nic ująć. Może tylko tyle, że godziny na moich zdjęciach podają czas zimowy 😉 Ja 24h raczej nie złamię. Niestety, mój ciąg na glebę mi na to raczej nie pozwoli. Aczkolwiek, jest to możliwe. Za rok spróbuję, bez względu na pogodę zejść poniżej 30 h, a za dwa lata idę ze śpiworem i karimatką ;)))

  4. Kuerti mówi:

    Wirek,

    Udzielił mi się chyba „bezrywalizacyjny” charakter Przejścia 😉 . Prześliśmy razem ponad 100km, liczyłem na to, że dotoczymy się wspólnie do końca 🙂 . Kurdę, zapomniałem zupełnie napisać, że wykorzystałem część Twoich zdjęć! Już dodaję informację!

    PS. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że niecnie je wykorzystałem? 🙂 .

  5. sebas mówi:

    na marginesie, zastanawiam sie czy stawianie sobie celu „24h” (juz przed startem bylo wiadomo, ze jest to czas z innej galaktyki) w takich zawodach nie jest czynnikiem demotywujacym w chwili kiedy przestaje byc osiagalny, a ty masz do mety 50-60km? wspolczuje cholernej pogody, wrzesien zawiodl na calej linii w gorach

  6. Kuerti mówi:

    Sebas,

    Niestety dokładnie tak było 🙂 . Najgorsze jednak było to, że o nieosiągalności tego celu zdałem sobie sprawę już dużo wcześniej, gdy do mety miałem jakieś 100 kilometrów 😉 . Stąd ten kryzysik w nocy, choć tutaj akurat duzy udział miała senność. Na pewno nie było łatwo – opisałem to zresztą w relacji – przestawić się od razu z 24h na mniej wymagający wynik.

    Choć już przed startem wiedziałem, że samo ukończenie będzie dla mnie wielkim wynikiem – chodziło o przesunięcie granicy, teraz słupki stoją na 145-150 kilometrze… Teraz też wiem, że tak naprawdę to nie ma żadnych słupków, ale te liczby pozwalają nam w jakimś stopniu zorganizować przestrzeń.

  7. sebas mówi:

    apropos, startowales z jakas muzyka na uszach? czy bez?:)

  8. Kuerti mówi:

    Sebas,

    Na co dzień nie zostaje się z muzyką, ale na trasie, na zawodach czy po prostu tak w górach jakoś mi to nie pasuje. Wolę skupić się na napieraniu. Lubię „czuć” to, co się dzieje ze mną, obserwować otoczenie. Muzyka mnie tylko rozprasza.

  9. rocha mówi:

    24h jest realne.

  10. Kuerti mówi:

    Rocha,

    Za rok atakujesz dobę? Proszę o odważną i w pełni sprecyzowaną deklarację! 😉

  11. rocha mówi:

    Jeśli przygotuję się conajmniej tak, jak w tym roku, to zejdę poniżej 24h. A jeśli wystartuje paru szybkich ultrasów to będą krótsze czasy. Ta trasa pozostawia duży potencjał szybkości, o czym sam się przekonałeś na finiszu. Dobrze, że zacząłeś biec. Sam tego nie zrobiłem, bo tak potoczyła się przygoda na tym rajdzie. Zresztą biegiem nie nadrobiłbym aż 3:40 na odcinku od Górzyńca. Trzeba zacząć się śpieszyć już na prostych przelotach od Jeżowa.

  12. Kuerti mówi:

    http://www.youtube.com/watch?v=_53-oyifNbg

    Przeglądając zdjęcia z Przejśćia natknąłem się na ten oto film – 3 minut z trasy Przejścia 2008, siedzę na Wysokim Kamieniu i czekam na Wirka, jest noc, ciemno, daleko od domu, a ja w nogach mam już grubo ponad 100km.. mówię trochę bez ładu i składu, ale cóż, nie mogłem zebrać myśli 😉 . Sami zresztą posłuchajcie.

  13. Kuerti mówi:

    Film cały czas jest dostępny, rozumiem, że chodzi Ci o Twój komentarz?

  14. rocha mówi:

    Nijak ładu i składu ni ma :):):)
    ale fajnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

  • ARCHIWA