Kuertiego przypadki no image

Opublikowany 27 listopada 2008 | autor Grzegorz Łuczko

20

„Droga”. Marokańskie refleksje

Za oknem jak okiem sięgnąć ciągnął się las, las pokryty śniegiem i chłodem, który czułem mimo ciepłego powietrza wydobywającego się z pociągowych grzejników. W głowie przetaczały mi się dziesiątki obrazów z zupełnie innego świata, świata w którym jest ciepło i jakoś tak
bardziej kolorowo, świata który przypomina raczej bajkę niż życie i wreszcie mojego świata przez ostatnie 3 tygodnie. A więc to koniec, pomyślałem zmieszany w dziwacznej plątaninie nostalgii, a może żalu za tym co już było i co skończyło się już bezpowrotnie oraz przyjemnego odprężenia i radości, bo oto po 3 tygodniach wracałem do miejsca, w którym czuję się najlepiej.

Inaczej sobie wyobrażałem ten powrót. Nie sądziłem, że to będzie tak bolesny stan, a nawet jeśli nie bolesny to bardzo dziwaczny. Bo czuję się dziwnie. Trwam w stanie zawieszenia pomiędzy tym co było, co przecież wciąż siedzi w mojej głowie, a tą szaro-białą rzeczywistością, do której wpadłem taki zupełnie nieprzygotowany. Straszne jest to rozdarcie. To nie jest tak, że chciałbym tam wracać, bo nie chcę, to co było to już zamknięta karta – mogę wspominać ten czas, mogę uśmiechać się do wspomnień, ale cieszę się, że moja podróż dobiegła końca.

Te 3 tygodnie w Maroku to był piękny czas, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Nawet jeśli nie zawsze było lekko… Tak, nie było lekko. Było nawet tak, że zastanawiałem się czy dobrze zrobiłem wybierając się w drogę, bo może rzeczywiście podróże nie są dla mnie? Tak właśnie myślałem sobie często w pierwszym tygodniu włóczęgi po miastach. Ogarniało mnie znudzenie, znużenie i zmęczenie. Miałem dość tych wszystkich miast, nachalnych ludzi i specyficznego uczucia niedopasowania do tej rzeczywistości, którą przyszło mi oglądać. Człowiek stawia sobie wtedy to trudne pytanie o sens tego co robi?

Czułem się głupio. Przecież podróżowanie to takie uniwersalne marzenie, o wielkich podróżach marzy każdy, i sąsiad z bloku i pani z osiedlowego spożywczaka, być może oni marzą bo marzą inni, a ci inni marzą bo tak marzyć wypada? Wypada marzyć o wielkich rzeczach, o nieznanych krainach i dziwach nie-naszego świata, to takie uniwersalne… Może ja też marzyłem w ten sposób? Wstydziłem się sam przed sobą, że nie odczuwam satysfakcji realizując swoje marzenia, tak bardzo chciałem odczuwać radość, w końcu byłem w drodze! Ale tej radości nie było…

A może to nie były moje marzenia i stąd rozczarowanie? Może to nie jest to czego pragnąłem? Gdzieś tkwił haczyk. To nie jest też tak, że podróż, droga to tylko same „blaski”. Doświadczenie rozczarowania ostatecznie wyszło mi więc na dobre, zdałem sobie sprawę, że i dla „cieni” jest miejsce w tym co sobie wymarzyliśmy. To byłoby cholernie naiwne myśleć, że jeśli przez 3 tygodnie normalnego życia nie potrafimy wzniecić w sobie stanu ciągłej satysfakcji i zadowolenia to nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdzki podczas podróży staniemy się niesłychanie szczęśliwymi ludźmi. Dalej będziemy narażeni na zmęczenie, nudę i przede wszystkim rozczarowanie, bo tylko w wyobraźni wszystko wygląda tak super, w rzeczywistości piękne są tylko chwile.

Wiele było takich chwil w czasie tego wyjazdu, tak samo jak wiele było chwil kiedy ogarniało mnie straszne zniechęcenie. Jeśli ruszasz w drogę sam musisz stawić czoła wszystkim tym słabszym momentom. Nikt nie zrobi tego za Ciebie, jesteś sobie sam sterem, żaglem i okrętem. Z czasem jednak to wszystko zaczęło się zmieniać. Opuściłem miasta i ruszyłem na południe. Poczułem wiatr we włosach i przestrzeń, a tego mi było cholernie potrzeba. Wreszcie, wreszcie pojawiło się tak długo oczekiwane zadowolenie z tego co robię. Nie czułem już przymusu, juz nie robiłem niczego na siłę. Byłem wolny i miałem przestrzeń. Pustynia. Ta noc i to niebo, no i ten piasek oblany księżycowym światłem…

To jedna z tych chwil, które wydarzają się same – nie da się tego zaplanować, choćby nie wiem jak się starać, to po prostu przychodzi samo. Możemy tylko ruszać w drogę i czekać na to jedno miejsce, jeden czas i jedną chwilę. Góry. I znów to niebo, tym razem upstrzone milionem gwiazd. Moja podróż do Maroka to mieszanka takich cudownych chwil, które zapadają głęboko w pamięć z tymi, które każą pytać „po co?”. Po co tu jesteś, po co to robisz? Będę pamiętał o niebie nad Atlasem, ale nie zapomnę również przygnębienia, które ogarnęło mnie w pociągu zmierzającym do Tangeru, albo poczucia osamotnienia gdzieś hen daleko na południu w dusznym autobusie wypełnionym po brzegi Arabami…

Zmierzam do tego, że trzeba wiedzieć czym tak naprawdę jest nasze marzenie, musimy odpowiedzieć sobie na pytanie czy przypadkiem nie próbujemy realizować czegoś co wymarzył sobie ktoś inny. Z perspektywy czasu widzę, że mój pierwszy tydzień w Maroku to właśnie takie podążanie za czymś co zupełnie nie było przeznaczone dla mnie. Podążanie taką drogą nie może przynieść nic dobrego.

I co dalej? Po powrocie z Rumunii napisałem: „Ta myśl o podróżowaniu, albo może inaczej to wszystko nazwijmy, podróżowanie zakłada jakiś sens podróży, podróżuje się gdzieś i w jakimś celu, mi bardziej odpowiada „bycie w drodze”, a więc ta myśl o byciu “człowiekiem drogi” pojawiła się w mojej głowie kilka lat temu, chyba jeszcze wcześniej niż myśl o rajdach przygodowych, górach. Od tamtego momentu zawsze marzyłem, o tym, że gdzieś wyjeżdzam, z wypiekami na twarzy czytałem relacje z wypraw, które ludzie odbywali w różne zakątki świata, ale to wszystko, to wszystko było jakby poza moim zasięgiem.” Nagle to wszystko stało się w moim zasięgu, w przeciągu kilku miesięcy zdałem sobie sprawę, że mogę ruszyć tam gdzie tylko zapragnę i na co pozwolą mi środki finansowe.

O ile wyjazd do Rumunii traktowałem w kategorii wielkiej walki z samym sobą i przełamania wielkiego strachu tak po Maroku wyzbyłem się tego wszystkiego – nie muszę już z nikim walczyć, „drogi” nie traktuje już jako wyzwania. A tak właśnie było wcześniej, w pewnym sensie podniecała mnie myśl o samotnym wyjeździe i wielkiej próbie jaką za sobą taki wyjazd niesie (paralizujący strach nie podniecał ale powiedzmy, że dodawał smaczku…). Teraz już tego nie ma, „droga” po prostu jest i czeka aż na nią wkroczę. Nie muszę już niczego sobie udowadniać, wiem że jestem w stanie poradzić sobie w każdym miejscu do jakiego zapragnę pojechać.

Czekam więc, czekam więc na kolejny szalony pomysł jaki wpadnie mi do głowy. Wiem już co mi się podoba a co mnie nie kręci zupełnie. Nic na siłę i będzie dobrze!

PS. Tekst zatytułowałem tak samo jak ten po powrocie z Rumunii, naprawdę ciężko mi uwierzyć, że jednak pojechałem do Maroka, byłem tam 3 tygodnie i już wróciłem. Mentalnie chyba jeszcze siedzę gdzieś w Marakeszu…


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



20 Responses to „Droga”. Marokańskie refleksje

  1. Villemo mówi:

    Szczęście pojawia się niezapowiedziane i w życiu właśnie te chwile są piękne. Taka chwila niezapowiedzianego szczęścia ogarnęła mnie kiedy mój kolega (będzie wiedział, kto ma wiedzieć), przesłał mi nasz wspólny wokalny popis z jednego sylwestra;) (dobra, wiem że wypowiedz nie bardzo na temat). Cieszę się, że zrealizowałeś plan… Czekam na Ciebie w zimnym Wolinie na relacje, zdjęcia i zimne piwko. Pozdrawiam:)

  2. jip mówi:

    Wiem co masz na myśli. Okres przejściowy, taki trochę poza obecnym czasem i przestrzenią. Ja po powrocie z Bliskiego jeszcze przez kilka tygodni dziwiłem się, że nie przechodzi się w dowolnym miejscu ulicy wyciągając palec wskazujący w dół, że są światła na skrzyżowaniach, że jest zielona trawa, że można spokojnie chodzić po ulicy niezaczepionym, że jak się zaczyna przeklinać po polsku to ludzie na ciebie zwracają uwagę itd. Gdy wróciłem z innego zakątka to dziwiłem się, że jadę pociągiem, ale nigdzie za oknem nie widać dzikich stad koni i jaków.

    I ta myśl. Rany! Gdzie ja jestem? gdzie trafiłem? Teleportacja? Rzeczywistość, czy może śpię, i mi się to śni? I wbijanie sobie w głowę – rzeczywistość, tak, rzeczywistość, tu jest inaczej, oswój się, wróciłeś. Takie oderwanie od rzeczywistości.

    Czułeś jakieś wzruszenie, poruszenie przy powrocie? Ja tak miałem, gdy polscy pogranicznicy sprawdzali mi paszport to cieszyłem się niesamowicie, byłem im wręcz za to wdzięczny, że mają na ubraniu naszywki z orzełkiem. Polska, w końcu Polska. Mój kolega mówił „Moim domem jest mój kraj” i to rzeczywiście było czuć, nieważne czy był to Terespol, Przemyśl, czy Szczecin-Gumieńce.

    Koniec tych opowiastek 😉

  3. Dolnoślązak mówi:

    Jesteś bardziej miłośnikiem gór, przyrody, samotnej wędrówki stąd może rozczarowanie w pierwszym tygodniu w miastach. Chciałeś zrealizować plan „max” czyli wszystko, ile się da. Może więc to było przyczyną, że zamiast skupić się na konkretnym celu byłeś niczym w tułaczce pomiędzy jednym a drugim? 😉 pozdrawiam!

  4. chuky mówi:

    Rozumiem każde słowo, które napisałeś, bo ja będąc w Maroku czułam podobnie. Dopiero przestrzen gór i cisza pustyni sprawiły, że wyjazd do Maroka mogę uznać za udany.
    A te piekne chwile… Tak ,są ważne, dlatego taki jest tytuł mojego bloga.

  5. Kuerti mówi:

    Villemo,

    Dzięki 🙂 . Kolega wie 🙂 .

    Jip, Dolnoślązak, Chuky,

    Wygląda na to, że rozumiecie mnie lepiej niż ja sam… Bynajmniej nie piszę tego z przekąsem – czasem łatwiej spojrzeć na pewne sprawy z dystansu, może też przez pryzmat własnych doświadczeń. Myślę, że ten okres przejściowy, o którym pisze jip to jakaś stała wyjazdowa, a raczej powrotowa. Podejrzewam, że większość ludzi przez to przechodzi. Gdzieś to wszystko miesza się w głowie. No nic, tak już po prostu jest i trzeba jakoś sobie z tym radzić, znów snuć plany i marzenia, aż do następnego razu w drodze…

    Czy czułem coś szczególnego przy przekraczaniu granicy? Mój powrót rozłożył się mocno w czasie, najpierw ponad doba w Madrycie, a później jeszcze koncert i nocka w Berlinie – to nie było więc tak, że od razu z ziemii, na której mieszkałem przez ostatnie 3 tygodnie przeniosłem się do Polski. Taką prawdziwą radość poczułem w Berlinie, już po wylądowaniu cieszyłem się jak głupi, że wracam do domu, to było bardzo naturalne. Takiej naturalności brakowało mi w Maroku.

    No może poza kilkoma momentami, już wspomnianymi w tekście, ale np. nie potrafiłem wydobyć z siebie ekscytacji na myśl o wjeździe do Marakeszu, a w końcu wjeżdzaełm do TEGO Marakeszu. Spacerowałem po plau Dżemma el Fna i to też było bardzo zwyczajne. Paradoksalnie więc najradośniejszym momentem wyprawy była dla mnie ta chwila w Berlinie i świadomość, że jestem już blisko domu…

    Dolnoślązak, Chuky, dokładnie tak – przyroda, przestrzeń, to jest to! Nie ma co się na siłę przestawiać. Choć lubię miasta, lubię je poznawać, zgłębiać, ale na dłuższą metę są dla mnie ciężkie do wytrzymania – wolę przestrzeń, słowo klucz tego wyjazdu.

    PS. Chuky, gdzie można obejrzeć zdjęcia z Twojego wyjazdu?

  6. ralph.ellison mówi:

    ja tylko dwa slowa na temat o podrozowaniu jako uniweraslnym marzeniu – jesli tak jest w rzeczywistosci, to sadze, ze dla wiekszosci podrozowanie sa zorganizowanymi wycieczkami, hotele o standardach i przewodnik, rezydent ktory zawiezie, nakarmi, polozy spac… a przeciez nie o to chodzi!

  7. sebas mówi:

    Db sprawdza sie mix co kilka dni, zwiedzanie/pagory, jak ma sie dosc jednego, ordynuje sie drugie 😉 taka rownowaga i wzajemne znoszenie sie zmeczenia mentalnego/fizycznego.

    Ad Maroka, gdybym mial tam jechac drugi raz uderzalbym z dala od ubitych turystycznych szlakow (nie liczac moze Marakeszu), najchetniej w gory Sarhro z mtb…

  8. jip mówi:

    Zdecydowanie, fajne przeplatanie lokalnej cywilizacji, architektury i przyrody, daje niesamowite efekty – cały czas chce się więcej … 🙂

    Znudzenie miastami? Ludzki umysł ma granice przyswajania nowych wrażeń – jak się za dużo wrzuci do pieca to w reakcji obronnej pojawia się znużenie, ekstremalnie apatia. A jak się połączy to ze zmęczeniem, zmianą godzin funkcjonowania organizmu … to w ogóle. Przestrzeń jest relaksująca i … co może dziwne – znana. Nieznana jest forma przestrzeni (inne góry, piasek pustyni, nowe rośliny) ale sama surowa przestrzeń to po prostu przestrzeń, coś znajomego, nawet kojącego.

  9. Kuerti mówi:

    Ralph,

    Miałem na myśli potencjalnych czytelników pk4, śmiem wątpić czy są tutaj amatorzy takich wycieczek jak ta, którą spotkałem w Marakeszu – grupkę polskich turystów oprowadzała pani przewodnik zatrzymując się przy niektórych stoiskach i przez mikrofon opowiadała o tym czym dany człowiek się zajmuje… Dla mnie żenada, coś co zupełnie odstręcza mnie od tego typu wycieczek.

    Sebas, jip

    Czytacie w moich myślach, to co zapisaliście mam niemalże słowo w słowo (ok, z tym żartuje 😉 ) zapisane w podróżniczym kajeciku. Szkoda, że nie byłem mądrzejszy o to, co teraz wiem. Jip fragment z opisem granic przyswajania żywcem wyjęty z mojego marokańskiego doświadczenia.

    Tak samo jak z tą gonitwą, o której piszesz w innym miejscu, pozwolę sobie przekopiować to tutaj, bardziej pasuje:

    „Myślę, że to kwestia charakteru, podejścia człowieka – napięty plan spisany w domu z jednej, z drugiej – tyle rzeczy do zobaczenia. Może tak nie masz, nas na początku na każdej wyprawie nosiło równo, czasem to przypominało bieg z plecakami (i tak przez 1,5 miesiąca ) – chcę zobaczyć to, być tam, spróbować tego, a jeszcze jest niespodziewana okazja na to … dawajcie, ruszamy! Z czasem człowiek mądrzeje i planuje sobie przerwy, leżenie bykiem, wpisuje elastyczność, czas by posiedzieć i popodziwiać przyrodę. I te luźne chwile pozwalają się cieszyć pełniej wyjazdem. Nowa jakość.”

    Dla mnie to był punkt wyjścia – nie wiedziałem czym jest tramping, czym tramping jest dla mnie, więc goniłem za tymi atrakcjami, ale z czasem doszedłem do takich samych wniosków jak Ty, zapisałem sobie – ZWOLNIĆ! WIĘCEJ LUZU! Człowiek ma takie dziwne wrażenie, że jeśli nie będzie przez cały dzień ganiał po mieście, robił tysiąca fotek i nie zobaczy tysiąca kościołów/meczetów (niepotrzebne skreślić 😉 ) to jego podróż straci na wartości, że go coś ominie.

    A to g… prawda. Można siedzieć w środowy wieczór jak ten koleś w Szefszawanie (backpackers pewnie zza wielkiej wody, oni są strasznie podobni 😉 )i oglądać w hotelu z miejscowymi mecz ligi mistrzów. Później więc mi nieco przeszło i cieszyłem się samym przebywaniem w danym miejscu, tym że wpierdzielam mandarynki na hotelowym tarasie w Tinerhirze (yhm, teraz też obieram mandarynkę 😉 ) niż tym, że nie chodzę po ulicach i nie chłonę tego czego wchłonąc nie byłbym już w stanie.

    Myślę, że takiego luzu nabiera się dopiero z czasem, chyba minie trochę czasu jeszcze zanim dojdę do takiego „poziomu” 🙂 .

    PS. Sebas, masz chyba jakieś pozytywne zboczenie na te skaliste i jałowe góry 🙂 . Oglądałem Sahro z okien autobusu, mój pomysł to raczej jakiś szybki bieg przez całe pasmo 🙂 . A jeśli chodzi o powrót do Maroka to za kilka lat eksploracja masywu Mgoun i ocean. Tym razem się nie udało :/

  10. jip mówi:

    Nie napisałem tego. Zbytni luz … mnie nudzi ha, ha, wyjazd się rozchodzi w szwach. Wolę już „bieganie z plecarem”, odpocznę w domu 😉 Trzeba chyba być otwartym i elastycznym, bez przeginania w żadną stronę.

    Co do sporej części backpackersów, oni są często w trasie kilka miesięcy, pół roku i więcej, i są po prostu zblazowani, brak im świeżości, ale mają sporo kasy na luksusy. Mówią tylko – widziałem to to to to to to to, i słyszą podobne przechwalanki w drugą stronę. Takie zadzieranie nosa
    „podziwiajcie mnie”. Nagminne. Inaczej rozmawiać nie potrafią. I widać, że im już nie zależy, więc wracają na tor zwykłego życia.

  11. Kuerti mówi:

    jip,

    Bo to napisałem już ja 😉 .

    Co prawda jakoś specjalnie nie poznałem jeszcze kultury backpackerskiej, ale odnoszę podobne wrażenie co Ty…

  12. Paweł mówi:

    Hej Grzesiek! Widzę, że szereg przemyśleń nasuwa Ci się po takiej podróży. Nic dziwnego.

    Radość z powrotu do domu po dłuższej podróży to chyba coś zupełnie normalnego. W jednym z poprzednich numerów „Globtrotera” był wywiad (a wywiady lubię najbardziej) z jakimś człowiekiem który był w olbrzymiej ilości krajów. Pytają go, czy nie przeprowadziłby się do innego kraju na stałe. On, że nie, bardzo lubi podróżować ale po trzech miesiącach za granicą bardzo, bardzo tęskni za domem, za Polską.

    Ja myślę podobnie. Kiedyś marzyłem by podróżować non stop, kurcze, życie jest za krótkie by siedzieć w domu. Chcę ciągle jeździć – myślałem sobie. Ale gdy pomieszkałem w Irlandii przez kilka miesięcy to spojrzałem na to trochę inaczej. Cieszyłem się, że mogę co tydzień zwiedzać jakieś pagóry, klify ale z drugiej strony męczyło mnie cygańskie życie, ciągłe przemieszczanie, życie na walizach i bycie otoczonym przez ludzi zupełnie innej kultury. Stwierdziłem, że owszem, chcę podróżować i bardzo to lubię ale nie non stop. Chcę mieć zawsze bazę, dom do którego będę wracał i w którym będę czuł się najlepiej. Wtedy mogę co jakiś czas wyjeżdżać za granicę ale zawsze chcę wracać do siebie, do przyjaciół, do rodziny, do domu. To jest jednak podstawa.

    Zauważyłem że Ty chyba niezbyt dobrze znosisz samotność, ja z kolei bardzo lubię podróżować samemu. Lubię stawać przed wyzwaniami że muszę wszystko załatwić sam i nikt mi nie pomorze. Lubię samemu decydować gdzie się wybiorę, jakim tempem i ile spędzę tam czasu. Ale myślę tu o raczej krótszych wypadach, Nigdy nie byłem Turystycznie samemu gdzieś tak jak Ty, 3 tygodnie. Może wtedy miałbym dosyć samotności.

    Co do tempa podróżowania, zwiedzania i sprawy szybko i byle jak lub wolno a dogłębnie mam mieszane uczucia. Generalnie widać teraz nagonkę na tzw. podróżowanie na ilość, dla fotek i pieczątek w paszporcie (znowu powołam się na mojego ulubionego Globtrotera, był tam ostatnio ciekawy felieton na ten temat). Rzeczywiście ja też to potępiam: Są ludzie którzy mając za dużo pieniędzy jeżdżą od kraju do kraju tylko po to by być przez chwilę w pięciu najczęściej wspominanych w przewodnikach miejscach, zrobić po fotce (żeby był dowód jak by znajomi nie wierzyli) i pędem z powrotem do samolotu. Czasem jeszcze zostaną pobyczyć się ze 3 dni w kurorcie. Potem wracają do Polski i chwalą się na lewo i prawo gdzie to nie byli. A jak ich zapytać ile czasu spędzili i gdzie, czy spali gdzieś indziej niż w hotelach czy cokolwiek załatwili samemu (oprócz pójścia do biura podróży) to odpowiedź będzie pokrętna. W sumie to indywidualna sprawa jak kto lubi podróżować. Jak ktoś lubi w ten sposób to jego sprawa. Można jedynie sygnalizować, że pewna rzeczy traci na takim podejściu.

    Napisałem że mam mieszane uczucia dlatego,ze ja z kolei nie jestem też zwolennikiem „leniwego podróżowania”. Mozna grześ pojechać, i zamiast pędzić na łeb na szyję usiąść sobie wygodnie,

  13. Paweł mówi:

    Niechcący kliknąłem na „Wyślij komentarz”:) Tu będzie dalsza cześć:

    Tak więc można usiąść sobie wygodnie, zastanowić się, dać sobie czas na jakieś refleksje. Tylko że kurczę ja bym tak na dłużej nie potrafił. Tak jak Ci kiedyś pisałem w poście: Ja bym pędził, zwiedzał, chciał wykorzystać czas maksymalnie zamiast siedzieć w kafejce internetowej. Jakoś po prostu szkoda było by mi czasu, każda minuta jest cenna. Nie pędziłbym po to by mieć jak najwięcej „zaliczonych” zabytków, miejsc by się pochwalić ale kurczę, a jeśli jestem w tym kraju po raz pierwszy i ostatni? A jeśli już nigdy nie będę miał okazji zobaczyć tego czy tamtego? Życie jest krótkie a tyle wspaniałych miejsc do zobaczenia. Z drugiej strony jeśli będę pędził na złamanie karku to zobaczę wiele ale powierzchownie. Jak Ci kolesie którzy wyskoczyli z jeepa po to by pstryknąć kilka fotek. Więc co tu wybrać? Sprawa moim zdaniem nie jest oczywista i jednoznaczna. Myślę że tak jak w wielu sprawach tak i tu najbardziej wskazana będzie pewna równowaga. Jakiś złoty środek.

    Pozdrawiam.

    P.S. A jak koncert w Berlinie? Na czym byłeś?

  14. jip mówi:

    Paweł, zgadzam się z tym co napisałeś:

    „Tak więc można usiąść sobie wygodnie, zastanowić się, dać sobie czas na jakieś refleksje. Tylko że kurczę ja bym tak na dłużej nie potrafił. Tak jak Ci kiedyś pisałem w poście: Ja bym pędził, zwiedzał, chciał wykorzystać czas maksymalnie”

    „Nie pędziłbym po to by mieć jak najwięcej “zaliczonych” zabytków, miejsc by się pochwalić ale kurczę, a jeśli jestem w tym kraju po raz pierwszy i ostatni?”

    Tak właśnie lubię, lub taki po prostu jestem 😉 a może teraz już mi trochę przeszło?

    G, właśnie – jaki koncert?

  15. Kuerti mówi:

    Paweł,

    Jak zwykle obszernie i jak zwykle wielotorowo, nie wiem za co się zabrać 🙂 . 3 tygodnie to dość sporo czasu, żeby uzbierało się naprawdę sporo przemyśleń, w tym tekście skupiłem się tylko na jakimś wycinku, zastanawiałem się jednak również i nad tym o czym piszesz. Również przeszła mi przez głowę myśl o takiej wiecznej tułaczce, nie wiem, może kiedyś wybiorę się na kilkumiesięczną wyprawę/wyprawy, ale na chwilę obecną myślę podobnie jak Ty i ten pan z Globtrotera – fajnie jest mieć przyjemne miejsce, do którego zawsze można wrócić. Do tej pory moje doświadczenia backpackerskie skupiają się tylko na dłuższym pobycie w Maroku – to nie jest kraj, w którym chciałbym zamieszkać, taka myśl nawet nie przemknęła mi przez głowę, to zupełnie inny świat, świat który na dłuższą metę mi się bardzo nie podoba.

    Czy dobrze znoszę samotność? Myślę, że radzę sobie – również lubię to uczucie, że wszystko zależy ode mnie, ja o wszystkim decyduje. No i to uczucie, że nawet jeśli ładuje się w ciężką sytuację to muszę poradzić sobie sam, nikt mi nie pomoże bo nikogo nie ma – takich doznań nie ma przy podróżowaniu w grupie – owszem to ułatwia życie, ale traci się część doświadczenia. A najważniejsze dla mnie w samotnej podróży – jest czas, jest cholernie dużo czasu, żeby sobie poukładać to, co się widzi i doświadcza w czasie drogi. Uwielbiam przestrzeń, nie tylko w górach, nie tylko fizyczną, ale i tą mentalną. Co nie zmienia faktu, że bardzo, bardzo miło wspominam czas spędzony z Memorem i Kamilą.

    Piszesz o kontekście krótkich wyjazdów – kurczę, Paweł. Z tą pogonią za wrażeniami to myślę, że nie masz racji, po prostu nie byłeś na podobnym wyjeździe i stąd Twoje takie a nie inne przemyślenia. Bo tak się po prostu nie da! To, co dziwi Cię przez pierwszych kilka dni po tygodniu staje się Twoją codziennością, na początku dziwiło mnie, że kobiety chodzą w chustach, że ludzie w zasadzie nie chodzą w krótkich spodenkach mimo, że wokół jest gorąco – po tygodniu widok zachodnich turystek w krótkich spódniczkach niemalże mnie szokował 😉 . Naprawdę człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się, egzotyka powszednieje…Dodaj do tego zmęczenie. Jesteś tylko człowiekiem, jeśli przyjeżdzasz do jakiegoś miasta po 5 godzinach w brudnym autokarze to naprawdę trudno Ci zmobilizować się na coś więcej niż przechadzka po medynie…

    A nawet jeśli już pokonasz zmęczenie i mimo to będziesz starał się chłonąć, chłonąć i jeszcze raz chłonąć to wszystko co wokół Ciebie to w końcu trafisz na barierę, o której pisał Jip – zapchasz bufor i tyle. Nie będzie już miejsca na nowe wrażenia. Wspominam ciągle tą pustynię, ale to naprawdę było COŚ, a mimo to pojawił się taki moment, w którym już nie mogłem zrobić z nią nic więcej. Naprawdę chciałem jakoś to mocniej przeżyć, nawet przyklęknąłem w tym piasku złamany podziwem, ale gdzieś tam czaiło się znudzenie. To okropne ale tak właśnie jest.

    Nie wiem czy przekonałem Cię – to nie był zresztą mój zamiar, opisałem po prostu jak to wygląda z mojej strony. Wiesz, marzą mi się Himalaje – jakiś treking. Widziałem ostatnio bardzo ładne miejsce – oczywiście w pierwszej chwili pojawiła się myśl, o ja, ale tam musi być super. To był widok drogi pośród pustkowia i ciężarówki. Po pierwszym zachwycie pomyślałem sobie tak, kurczę widok piękny, ale w tej ciężarówce to musiałoby być strasznie nie wygodnie. Pewnie byłbym już zmęczony drogą, a i te widoki byłyby czymś normalnym. Bo jest coś takiego, że jak już jesteś w tym super miejscu to wszystko wydaje Ci się takie normalne.. takie zwyczajne..

    Mam nadzieje, że nie brzmi to jakbym chciał komuś odradzać podróże, bo tak nie jest! To jest absolutnie super sprawa, a wrażenia pozostają tylko te w pełni pozytywne, gwarantuje 😉 . Bo nawet jeśli teraz piszę o tym znudzeniu czy ciężkich chwilach to tak naprawdę już ledwo, co to pamiętam 😉 .

    jip,

    A co powiesz o tym „zapełnieniu bufora” i znużeniu?

    PS. Koncert to Death Cub for Cutie – nowojorska kapela grajaca indie rock. Nieco rozczarowałem się – bardziej podobał mi się support – Frightened Rabbit, indie ze Szkocji – polecam!

  16. Paweł mówi:

    Przemyślałem i myślę, że możesz mieć sporo racji. To co pisałem o wykorzystaniu czasu maksymalnie pisałem na podstawie swoich wypadów: kilkudniowych. Gdybym wyjechał gdzieś turystycznie na 3 tygodnie to być może tak jak piszesz nie dałbym rady tak cisnąć na maxa. Trochę bym się zmęczył, trochę by mi spowszedniała okolica.

    No ale wyjazdy krótsze: tu myślę że warto dobrze wykorzystać dany czas.

  17. jip mówi:

    Kuerti,
    O „zapełnianiu bufora” już chyba było 😉 myślę, że znużenie przychodzi po zapchaniu.
    Znużenie się pojawia, bo: zmęczenie, załatwić hotel, znaleźć transport, przetrzymać transfer, opędzić od naganiaczy, uważać na kieszonkowców, w przelocie coś zjeść i napić. Aha … zapomniałbym – zwiedzić jeszcze 😉 Znużenie świadczy, że w marzenia wdarła się normalna nieodłączna praca, normalność przyprawiona powtarzalnością.

    Powszednieje, bo tramping to nie Discovery Channel, gdzie wszystko jest załatwione przez producentów i obsługę pół roku naprzód oraz wyreżyserowane, tylko to jest prawdziwe (prze)życie, gdzie kule świstają naprawdę, jak boli – to boli, a nie wygląda że boli. Jesteś w środku. Jesteś non-stop. Widzisz to cały czas, a nie przez 60 min.

    Mała anegdotka.
    Kiedyś siedzieliśmy sobie w progu wejścia do Świątyni Buddy w ulubionym klasztorze w Ułan Bator (super!), zmęczeni, brudni, po całym dniu łażenia, zwiedzania, biegania, gadania, ale szczęśliwi z tego powodu jak cholera, a mieliśmy w planach szukanie jeszcze transportu UAZem. No i przychodzi jakaś ekipa „radzieckiej” telewizji, kamera, obsługa, prowadzący, tekst na wydruku, i mówią coś łamanym angielskim, że oni będą robić zdjęcia (w domyśle, że mamy się usunąć z kadru), ale byliśmy w takim humorze i wyluzowanym stanie ducha, że się nie przejęliśmy. W końcu zaczęli kręcić z nami na tym progu, jak zachwycamy się spokojem i przestrzenią tego miejsca (oczywiście gadając 😉 ) No i prowadzący zaczyna, że „kiedyś były tu piękne ametysty, szafiry, granaty etc.” ale coś kiepsko się wyuczył tekstu, po 5 dublu, poszliśmy skromnie bo było nam bardzo do śmiechu w tej sytuacji. Tak się robi Discovery Channel. Tu akurat wersji „radzieckiej”. Ale to szczegół.

    Dlatego tak ważny jest odpoczynek – Jason Bourne powtarzał nie na darmo „sen też jest bronią”. Ja też zaraz idę spać 😉
    I różnorodność – ten temat był wcześniej.

    Konkluzja? podróżowanie w grupie pomaga. Gdy cześć załatwia rzeczy, inni odpoczywają, a potem zmiana.

    Paweł,
    Po Bliskim biegaliśmy z plecakiem przez 1,5 miesiąca, ja zmęczony jak cholera, z początkami „arabskiej nerwicy”, ale szczęśliwy. Więc się da. Naprawdę da. I jest świetnie 🙂

    Fakt, brakowało nam odpoczynku, niektóre decyzje były takie sobie, chybione, ale inne wyszły świetnie, gdybyśmy nie mieli nastawienia – dawaj, ruszamy, zwiedzamy! nie zaciskali zębów etc. pewno połowy byśmy nie zobaczyli.

    Do zobaczenia zostało Anamurium w Turcji, dlatego wiem, że jeszcze powrócę.

  18. Paweł mówi:

    Jip,

    No ja właśnie myślę, że podchodziłbym do sprawy tak jak Ty ale w bardzo długich wypadach nie mam doświadczenia więc nie wiem. Być może bym się tym znużył tak jak pisze Grzesiek a być może niestrudzenie gonił bym do przodu. Pojadę gdzieś w końcu na dłużej to się okaże.

    Pozdrawiam.

  19. Kuerti mówi:

    Jip,

    Więc to kwestia podejścia. Może też okoliczności, podróżujesz w grupie, to też zmienia postać rzeczy. Chyba na następny wypad zabiorę się w większej grupie – nie wiem tylko jak to zniosę na dłuższą metę 😉 .

  20. jip mówi:

    Kuerti,
    Jak chcesz możesz to sobie porównać do jazdy na nartach, lub np. wędkowania. Proste – nalewasz i pijesz 😉 😀

    Dobra ekipa to podstawa, może uczynić wyprawę niezapomnianą lub zabrać jej część uroku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

  • ARCHIWA