Adventure Racing no image

Opublikowany 28 maja 2008 | autor Grzegorz Łuczko

0

ZAT 2008: Zamiast relacji cz.2

Trasa Adventure Trophy w tym roku była naprawdę ciężka. Początkowe 90 kilometrów na rowerze to nie były przelewki. No i te wymagające pod względem nawigacji trekingi. Nie chciałbym zwalać wszystkiego na defekt. Oczywiście to była bezpośrednia przyczyna, ale nie byłbym fair w stosunku do siebie gdybym nie napisał, że nie czułem się najlepiej już na tych początkowych kilometrach. Po prostu brakowało mi pary w nogach. Tak jak pisałem wcześniej, o trekingi byłem spokojny, ale rower byłby cholernie ciężki. Może więc dlatego owy stan po tak szybkim końcu obfitował zarówno w szczyptę złości, rozczarowania, smutku, ale i ulgi. Ulgi, że już nie muszę podprowadzać tego przeklętego roweru i dyszeć jak lokomotywa? Nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę chciałem skończyć te zawody, staram się tylko oddać to, co rozgrywa się w głowie w takich skrajnych sytuacjach. Bo nigdy nie jest tak, że coś jest tylko białe czy tylko czarne.

Przemknęła mi nawet myśl, żeby od razu wracać do domu, niemalże uciec „z miejsca wypadku” i zapomnieć o tej porażce, no ale to byłoby strasznie głupie. Zapłaciliśmy przecież tyle kasy, trzeba było więc wykorzystać pobyt na miejscu. Po powrocie do bazy od razu ruszyliśmy na małą przebieżkę na Wielki Stożek. Wbiegając na przełęcz pod Kubalonką minęliśmy kilka zespołów, które mierzyły się z podjazdem. Czasem łatwiej się wbiega niż wjeżdza… Po drodze postanowiliśmy jeszcze zachaczyć o PK8 trasy rowerowej, naszej trasy, z której to tak szybko przyszło nam zrezygnować. A raczej to z nas zrezygnowano. Warunki katastrofalne. Pełno błota a punkt gdzieś w lesie. Widziałem twarze zawodników, widziałem wielkie zmęczenie. Wiedziałem, że ten pierwszy rower będzie ciężki, ale chyba nie że aż tak. Ale znowu, gdybyśmy skończyli ten etap to najgorsze mielibyśmy za sobą, no ale to były tylko czysto teoretyczne dywagacje.

Wbiegliśmy na Stożek, pstryknęliśmy fotkę i zbiegliśmy w dół. Nigdy nie byłem w górach ot tak sobie pobiegać, zrobić trening biegowy. Było to dla mnie więc zupełnie nowe doświadczenie. Piotrek biegał jak rącza sarenka, widać było, że ma sporo rezerwy. Ja co jakiś czas musiałem się zatrzymywać, odpoczywać nieco, ale ogólnie byłem zadowolony z formy jaką zaprezentowałem tego dnia. Po niespełna 4 godzinach byliśmy na miejscu. Padł pomysł, żeby następnego dnia zrobić ostatni treking z trasy amator. Gdy w piątek rano zbieraliśmy się do wyjścia na przedostatnim etapie – krótkim odcinku nartorolek – walczył zespół Deuter Adventura, który w tym momencie liderował na trasie amator. Wykorzystując powstałą sytuację postanowiliśmy pościgać się korespondecyjnie z liderami. Oczywiście to nie miało żadnego sensu, bo oni byli zdrowo już zmęczeni, po nieprzespanej nocy, a my nawet jeśli zmęczeni wczorajszym biegiem to przecież noc spędziliśmy w wygodnych śpiworach.

Gdybym wiedział, że Piotrek jest takim sadystą to pewnie bym został w bazie i pił piwo, albo po prostu nic nie robił, ale nie wiedziałem tego. Już na początek przyszło nam przedrzeć się przez grzbiet. Ostre podejście, pikawa szaleje a mieśnie palą, no ale ciągne za moim teamowym kolegą. W założeniach to miał być trening nawigacyjny, no ale przecież w dół iść nie będziemy – biegniemy. Dalej delikatnie pod górę i nadal biegniemy, tzn. ja to podbiegam, a to maszeruje. Później kolejne ostre podejście, na którym pot zalewa mi oczy. Pewnie Piotrek też się męczy, no bo jak inaczej, ale ja głównie koncentruje się na sobie, jest ciężko, nie mam sił. Myślę sobie, że te rajdy w górach to są prawdziwe rajdy, a te „zabawy” na nizinach to tylko podróbki. Na szczęście wkrótce moje męczarnie się kończą, jesteśmy na punkcie. Wyżej już nie będzie. Przynajmniej przez najbliższych kilkanaście minut.

Ostry zbieg w dół, w błocie i wodzie. Straszna breja. Zbiegamy, ślizgamy się i pływamy w tym wszystkim. Już nawet nie próbuje „ratować” butów i wbiegam w najgorsze błoto. Na kolejnym punkcie tracimy ze 20 minut, podchodzimy o wiele za wysoko, mijamy PK dosłownie o 50 metrów i gnamy taki kawał pod górę. Następne kilometry to niekończące się podejścia – potokiem, trawiastym zboczem, zachaszczonym stokiem, szlakami pieszymi i rowerowymi i niekończące się zbiegi – zboczami, szlakami, drogami i wszystkim innym, co tylko znajdzie się pod naszymi butami. Po początkowym szoku jakby moje zmęczenie i tolerancja na wysiłek zaczęła się stabilizować. Podejścia są koszmarne. Podchodzimy co prawda całkiem szybko, ale dla Piotrka to jeszcze nie maks, a ja się wypluwam.

Gdzieś tam przeszła mi nawet myśl, że może te rajdy to nie dla mnie? Że za duży wysiłek, że w ogóle, że jestem za słaby i tak dalej i tak dalej. Może to kwestia psychiki? Może nie jestem w stanie psychicznie podołać obciążeniu jakie trzeba podjąć, żeby myśleć o wynikach, nawet „jakichś tam”? A może niepotrzebnie o tym wszystkim piszę? Może powinienem po prostu powiedzieć, że to był ciężki trening, ale dałem radę? Tak to byłaby najlepsza opcja. No ale jeśli już powiedziałem raz A to jak mógłbym teraz nie dopowiedzieć B? Więc to jest taka huśtawka, jak jest ciężko i człowiek ledwo daje radę to myśli „a może to nie dla mnie?”, a jak już się uda przełamać to „cholera, jednak mocny jestem!”.

Dla mnie te 33 kilometry po górach to był właśnie taki przełamujący trening. Piotrek ostro mnie „przetargał” po tych Beskidach, za co jestem mu wdzięczny, bo sam chyba bym się nie zmobilizował do takiego wysiłku. A tak kolejna bariera została pokonana. Cały etap zajął nam 8 godzin i 20 minut (bez zadania specjalnego w jaskini), zwycięzcy trasy amator – zespół Deuter Adventura – pokonał go w 10 godzin z hakiem. Tak jak pisałem kilka akapitów wcześniej – nie da się porównać tych wyników (i głupotą byłaby próba ich porównania), ale to jest jakiś fajny punkt wyjścia do dalszych treningów.

W sobotę w ramacha „dorzynania” się mieliśmy w planach pokręcenie na rowerze. Podjechałem do warszatu, gdzie właściciel od ręki naprawił usterkę (niech będą przeklęci serwisanci „mojego” warsztatu!), ale mimo sprawnego roweru przeszła mi ochota na jazdę – nie miałem zupełnie sił w nogach. Pojęczałem, postękałem, pomarudziłem a mimo to dałem się namówić Piotrkowi na trochę jazdy. Wreszcie pojawiło się słoneczko i zrobiła się fajna pogoda. Jednak dobra pogoda nie była w stanie napełnić moich nóg niezbędną mocą do pokonywania podjazdów. Znów ruszyliśmy w kierunku Kubalonki. Co prawda odstawałem nieco od Piotrka, ale nie było aż tak źle jak myślałem, że jest. Zjechaliśmy w kierunku schroniska Stecówka i zakochałem się w górskim rowerowaniu. Wcześniej w góry jeździłem tylko turystycznie, albo na rajdy, więc takie treningi biegowe jak w poprzednich dniach czy ta sobotnia jazda były dla mnie treningowym novum.

Wjechaliśmy na chwilę do Czech i zawrócilismy z powrotem na Kubalonkę, tu już nie było tak miło. Nie było jednak innego wyjścia, trzeba było zacisnąć zęby i jakoś doczłapać się na tą przełęcz. Później zjazd, piwko w bazie i oklaskiwanie Speleo Salomon – pierwszego zespołu trasy Masters. Część z Was pewnie miała już tą przyjemność obserwować jak na metę wbiega/wjeżdza najlepszy zespół trasy masters. Nie wiem czy macie to samo, mnie w takiej chwili jednocześnie ogarnia olbrzymi podziw dla tych niemalże herosów i potężna zazdrość. Zazdrość to tak nieładnie brzmi, bo może to nawet nie o zazdrość chodzi. To taki nagły przypływ potężnej chęci samodoskonalenia się, przez głowe przebiegają mi plany szaleńczych treningów, przebiegów, wszystkiego, żeby kiedyś znaleźć się na ich miejscu.

Owy wzlot nie trwa jednak długo, bo zwykle na kolejnych zawodach mam to samo, myślę sobie „ następnym razem przygotuje się lepiej, będę więcej trenował” i co? I nic! Nie trenuje lepiej, nie jestem lepiej przygotowany, trwam w pewnym staus quo. No właśnie, na początku tego dość długiego wywodu napisałem, że ten wyjazd pomógł mi zrewidować moje plany rajdowe na resztę roku, a może i nawet kolejne lata. Chyba trochę się rozpędziłem, jest 21 w niedzielę, jestem zmęczony po powrocie z gór i za bardzo nie pamiętam, co to za niby odpowiedzi miałem otrzymać. Kurde, może zaczynam majaczyć? Nie, tak naprawdę to chyba pewne rzeczy mi się poukładały w głowie podczas tego pobytu w Wiśle, ale czas na ich krystalizację jeszcze nie nadszedł.

Zresztą nie chciałbym pisać o tym, bo już tyle razy pisałem o tym co powinienem zrobić, a czego nie zrobiłem, że byłoby mi bardzo głupio jeszcze raz zrobić z siebie głupka. Umówmy się, że jeśli już wymyślę co zrobić, żeby być lepszym rajdowcem i to zacznie przynosić efekty (bo ja wiem co muszę zrobić, problem w tym czego nie robię!) to Wam o tym opowiem, ok?

Zobacz również:


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaTrophy Superstore... trophy store brisbane Constant progress should be made and also the runner must continue patiently under all difficulties. Most Suppliers Offer Free Services... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaRobbieSup https://pizdeishn.com/classic/365-goryachie-prikosnoveniya.html - Жесткие эро истории, Лучшие секс истории – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA