Adventure Racing adventuretrophy-691.jpg

Opublikowany 11 maja 2010 | autor Grzegorz Łuczko

15

Adventure Trophy: Relacja cz.2

Część pierwsza!

Piątek. 01 maj 2010.

Przed nami 60km rowerów, zanim jednak na nie wsiądziemy, robimy krótką drzemkę. Z początku nie chce mi się spać, ale już po kilku minutach tracę świadomość i budzę się 15 minut później. Bez pośpiechu wychodzimy po rowery i zaczynamy drugi dzień na Adventure Trophy. Powoli jaśnieje, gdy wyjeżdżamy z Arłamowa. Nie wiem jakim cudem, ale zapomniałem o butach spd! Wsadziłem je na ostatni przepak! Co oznacza, że te 60km pokonam w biegowych adidasach, nic przyjemnego. Kto korzysta z spdów, ten wie, jak mało komfortowa jest jazda w normalnych butach. To jedyny błąd, nieuwaga, którą popełniłem pakując się na AT – ale za to jaki!

Na szczęście przeloty pomiędzy kolejnymi PK prowadzą po asfaltach i wbrew temu, co przeczytaliśmy w opisie trasy, ten odcinek wcale nie jest bardzo trudny. Wręcz przeciwnie, łykamy kolejne punkty z dużą łatwością. Podczas zjazdu z ostatniego PK Ula świętuje 10 000km, który wyświetlił się na jej liczniku. Nie ma jednak czasu na świętowanie – przed nami dojazd na kajaki. Dojeżdżamy do rzeki, a tam mostu brak. Konsternacja. Po chwili dostrzegamy prom po drugiej stronie! Przez chwilę byliśmy przekonani, że popełniliśmy głupi błąd nawigacyjny i zamiast najechać na przepak od drugiej strony, przyjechaliśmy w ślepą uliczkę. Na szczęście, po paru minutach jesteśmy już na drugiej stronie…

Na kajaku nie siedziałem od… od Wertepów w 2008 roku, czyli dokładnie od dwóch lat! Fakt ten sprawia, że mam pewne obawy związane z tym etapem. Generalnie, moje obawy przed AT miały taką kolejność: rolki (głównie przez trudny teren, po płaskim nie bałbym się tego etapu), kajak (nigdy nie przepłynąłem takiego dystansu – 50km!), wychodzenie na linie (nie znam się na tym, no i stąd mój lęk). Rolki miałem za sobą, a teraz czekały mnie kajaki… Na szczęście te 50km, które przyszło nam pokonać, płynęliśmy z wartkim nurtem Sanu. Maciek zasiadł do jednego kajaku z Ulą, ja z Hubertem zajęliśmy drugą dwójkę.

Ula z Maćkiem płynęli od nas nieco szybciej – dzięki czemu mieli trochę czasu, żeby sobie podrzemać na zmianę. My z Hubertem, jako niewprawieni kajakarze, nieco ślamazarnie, próbowaliśmy ich dogonić. Na szczęście z czasem szło nam coraz lepiej. To był dość leniwy etap – płynęliśmy niezwykle pięknym odcinkiem Sanu, oglądaliśmy piękne tereny wokół, opalaliśmy się na słońcu (które spiekło mnie na raka, później przez kolejne dni piekły mnie ramiona i kark! Nie miałem odcisków na stopach, nie miałem mega wielkich napadów senności, ani zmęczenia, ale właśnie to sparzenie najbardziej dawało mi się we znaki podczas kolejnych godzin…) i machaliśmy wiosłami. Po 5 i pół godzinie dobiliśmy do brzegu.

Mijała 30 godzina od rozpoczęcia rajdu. Wyszliśmy na asfalt i w prażącym słońcu przedreptaliśmy kilka kilometrów w kierunku kolejnego PK. To słońce nie miało litości, ani jednej chmurki na niebie, po prostu sam żar. Czułem jak wypalało mi ramiona. Oczywiście nie miałem koszulki z długim rękawem, ani żadnego kremu do opalania… Mijała ta 30 godzina, a ja zupełnie nie czułem upływu czasu. Nie byłem zmęczony, nic mnie nie bolało. Poruszaliśmy się po prostu wytrwale do przodu. To było dziwne, bo o tym czasie zwykle kończyłem swoje najdłuższe starty, a tutaj w zasadzie zabawa dopiero miała się zacząć. Chyba przyjęcie tak odległej perspektywy sprawiło, że ani przez moment podczas tego startu nie poczułem znużenia długością rajdu…

Wreszcie zeszliśmy z asfaltu i zaczęliśmy podchodzić na wzgórze, za którym znajdować miał się kolejny punkt kontrolny. Na całej trasie mieliśmy ich 52 – karta startowa była naprawdę sporych rozmiarów! Z początku te wszystkie punkty, kilometry i godziny przerażają. Osiągnięcie mety wydaje się być czymś nierealnym, tak dalekim, że aż niemożliwym. I tak jak czasem dobrze mieć przed sobą obraz całości, szerszą perspektywę, tak w tej sytuacji najlepiej jest się po prostu skupić na kolejnym punkcie kontrolnym, na kolejnym zakręcie, końcu drogi. Przyjąłem tę perspektywę już jakiś czas temu i rajduje mi się dzięki temu o wiele łatwiej.

Punkt leżał w jakimś jarze – znów przedzieramy się przez las, po nawrocie mamy małe problemy ze zlokalizowaniem się i większe z wyborem wariantu na kolejny PK. Ula upiera się przy obejściu asfaltem – my przy wariancie terenowym. Sytuacja robi się napięta. Nikt nie chce ustąpić – trudno o rzeczową dyskusję, gdy jesteśmy na trasie już grubo ponad 30 godzin, jesteśmy zmęczeni, niewyspani i poddenerwowani. Ostatecznie wybieramy przejście leśnymi dróżkami…

Wydaje mi się, że nie chodzi o to, żeby wyeliminować zupełnie nieporozumienia w zespole – te pojawią się prędzej czy później, ale o nasz stosunek do nich, trzeba pamiętać, że wszyscy mamy ten sam cel i nikt nie działa na złość drugiej osobie. Cel jest ten sam, ale czasem różnić się mogą koncepcje na jego realizację. Nie sposób tego uniknąć. Dalszą drogę przebywamy w nieco zgaszonych nastrojach – zbliża się kolejna noc na trasie, a my jeszcze daleko od przepaku. Na domiar złego w pewnym momencie kończy się droga, która miała nas ładnie wyprowadzić na niebieski szlak, z którego do PK było już niedaleko.

Zamiast tego oddalamy się od PK w kierunku północnym. Trudno o przeprawy na azymut w tym terenie, w dodatku ze stopami Ulki nadal nie jest najlepiej. Szukamy więc drogi, która wyprowadzi nas z tego lasu, ta jednak się nie pojawia, odchodzimy coraz dalej na północ. Po kilkudziesięciu minutach w końcu wychodzimy na otwartą przestrzeń i las zostawiamy za sobą! Co z tego skoro okazało się, że wyrzuciło nas za daleko na północ i musimy dołożyć kilka kilometrów… Dochodzimy do jakiejś wsi i dalej maszerujemy asfaltem. Biorę Ulę na hol i powoli zaczynam odpływać. To równe, miarowe tempo mnie usypia.

Kolejne kilometry zlewają mi się w jedno. Zaczynam śnić na jawie. Gdy robi się już naprawdę źle sięgam po Tigera, którego miałem przygotowanego na taką okazję, na co dzień nie piję tego typu napojów, na zawodach również, ale na AT zrobiłem wyjątek. Wypijam całą puszkę i po kilku minutach senność przechodzi. Niedługo potem schodzimy znów w las i problemy z sennością przechodzą jak ręką odjął. Ostatni PK przed przepakiem jest niezwykle trudny, kolejny jar – położony gdzieś w lesie, nie ma drogi, która wyprowadziła by nas tam, musimy napierać na azymut.

Namierzamy się z górki, obieramy kierunek i ruszamy na wschód. Idę wpatrzony w kompas odgarniając gałęzie i krzaki. Przy jarze napotykamy kilka zespołów, które bezskutecznie przeczesują teren. Dołączamy do nich i rozpoczynamy nasze poszukiwania. Po kilku, może kilkunastu minutach Maciek odnajduje PK! Ale to jeszcze nie koniec, z tego potwornego lasu trzeba się jeszcze wydostać. Na długo zapamiętam te nieprzebyte przemyskie lasy! Znów szukamy jakiejś drogi, która wyprowadzi nas z lasu. Wędrujemy a to na azymut, a to drogą, która akurat ma dobry kierunek.

To wszystko dłuży się niemiłosiernie, a gdy wreszcie trafiamy na wyraźny szlak znów ogarnia mnie senność. Z jeszcze większą mocą niż kilka godzin temu. Czuję się jakbym maszerował we śnie, na szczęście do przepaku nie zostało już wiele drogi. Niedługo potem wychodzimy na asfalt i docieramy znów do przeprawy promowej, na której byliśmy wczorajszego poranka. Przed nami krótki przejazd na rowerze (15km) i dojazd do ostatniego przepaku. Stamtąd do mety zostanie nam już tylko trek (30km) i ostatni rower (100km).

Postanawiamy się przespać – ale nie na przepaku, tylko gdzieś po drodze, dalej od rzeki, liczymy na to, że będzie cieplej. Odjeżdżamy kilka kilometrów i na końcu jakiejś wsi padamy na trawnik. Budziki ustawiamy na godzinę. Kładę się tak jak stoję, wyciągam tylko kurtkę, którą się niedbale nakrywam. Jest mi gorąco, spieczone ramiona i kark goreją, a ja jestem jeszcze rozgrzany po treku i tym krótkim rowerze. Znów nie chce mi się spać, gapię się w gwiazdy, ale po kilku minutach odlatuję, nie na długo – budzi mnie chłód, ubieram kurtkę i zwijam się w kłębek. Kolejne wspomnienie to przebudzenie – ktoś wymawia moje imię, w pierwszej chwili nie wiem gdzie jestem i co się ze mną dzieje.

Szybko jednak orientuję się gdzie jestem i po co tu jestem… oprócz tego, z przerażeniem stwierdzam, że wypadła mi prawa soczewka z oka! Z tego oka, które ma większą wadę, pięknie! Nie mogę jednak z tym nic zrobić – widzieć widzę, mało komfortowo, ale widzę. Zbieramy się szybko i po chwili jedziemy już na jedyny punkt na tym etapie. Powoli budzi się do życia nasz trzeci dzień na Adventure Trophy…

Sobota. 2 maj 2010

Punkt przy kapliczce znajdujemy bez problemów (później jesteśmy mocno zdziwieni, gdy okaże się, że team 360 nie odnalazł tego PK! Nawet najlepsi popełniają proste błędy! Trzeba o tym zawsze pamiętać i nigdy nie tracić nadziei – my co prawda nie walczyliśmy już z nikim, ale to cenna lekcja na przyszłość). Na kolejny etap ruszamy pełni wątpliwości – ile punktów uda nam się zebrać? Odcinek zapowiadał się na mega ciężki nawigacyjnie, dostaliśmy 3 mapki do biegów na orientację i mało oczywiste punkty kontrolne.

Maszerujemy bez pośpiechu w kierunku pierwszych punktów, przed nami długi przelot niebieskim szlakiem. Mimo, że dopiero co wstał dzień już jest gorąco i parno. Ula choć nadal narzeka na ból stóp dzielnie napiera do przodu. Nie miałem wątpliwości co do tego czy ukończymy te zawody. Tak jak pisałem wcześniej, cały czas skupiony byłem na kolejnym punkcie kontrolnym, nie myślałem o tym ogromie trasy, który cały czas był przed nami. A może po prostu 3 doby, które spędzić mieliśmy w trasie zmieniały zupełnie moją optykę?

Przypominam sobie niedawny wyjazd rowerowy na Podlasie. Przez 7 dni jeździliśmy z sakwami po ścianie wschodniej. Wstawaliśmy rano, jedliśmy śniadanie, pakowaliśmy sprzęt i dosiadaliśmy naszych rowerów. Kręciliśmy przez cały dzień, robiąc krótsze i dłuższe przerwy, aby na wieczór rozbić obóz i zakończyć dzień w jakimś uroczym miejscu. Schemat powtarzał się każdego dnia. To była oczywiście turystyczna jazda, ale cieżki rower i cały dzień spędzony na kręceniu pedałami dodatnio wpływał na naszą wydolność i rowerową siłę. Ten start na AT bardzo w tym schemacie przypominał ten wyjazd na Podlasie…

Tylko, że tu, na Pogórzu, nie mieliśmy czasu na leżenie na plecach i gapienie się w niebo, na obiadki w przydrożnych zajazdach i picie piwa wieczorami. Ale reszta była podobna. Każdy kolejny dzień witaliśmy w innym miejscu i swoim tempem eksplorowaliśmy tę chyba nieco zapomnianą krainę… Myślę, że tę dobrą formę na AT zawdzięczam w dużej mierze temu wyjazdowi z sakwami. Przyzwyczaiłem się tam do codziennego, długotrwałego wysiłku i te późniejsze 74 godziny na AT nie zrobiły na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Tymczasem jednak maszerowaliśmy niebieskim szlakiem…

Ten problem Uli ze stopami, oczywiście, że był dla nas problemem, ale ani przez moment nie pomyślałem, że możemy się wycofać z tego powodu. Wiedziałem, że Ula da sobie radę – zdążyłem ją poznać na tyle dobrze, że jasnym było dla mnie, że ona nie odpuści. O to byłem więc spokojny. Inną sprawą był fakt jak wiele punktów będziemy musieli opuścić na treku? Założenie było takie, treki skracamy, ale rowery robimy całe, bez żadnego skracania!

Początkowo mieliśmy ominąć PK33, ostatecznie po długich bojach z kolejnymi górami (za siedmioma górami i lasami…) udaje nam się zdobyć ten morderczy punkt. Mija 48 godzin od startu. Już dawno każdy z nas przekroczył swoje osobiste rekordy, wcale jednak każda kolejna godzina nie osłabia nas coraz mocniej. Oczywiście jesteśmy coraz bardziej zmęczeni, śpiący, głodni, brudni – jednym słowem zniszczeniu, ale w gruncie rzeczy ten poziom „zniszczenia” lokuje się na jakimś stałym poziomie. Tak długa trasa wymaga od nas przyjęcia rozsądnego tempa – na tyle szybkiego, żeby mieścić się w kolejnych limitach czasu, ale na tyle wolnego, abyśmy nie zajechali się. Poruszamy się w pewnych widełkach, próbując znaleźć optymalne dla nas tempo.

W ciągu kolejnych godzin wyłączam się. Ula z Maćkiem nawigują na tym trudnym odcinku BnO, a ja po prostu maszeruję za nimi. Nie jestem jakoś szczególnie zmęczony czy senny, ale mocno „przymulony”, a gdy widzę, że ktoś inny przejmuje inicjatywę, nie mam oporów przed bezpiecznym wycofaniem się. Nieśmiało mam nadzieję, że uda nam się powalczyć o zrobienie całego treku, jednak ostatecznie decydujemy się dojść jedynie do zadania specjalnego na Sanie – do przeprawy na dętkach i dalej, zaliczenia tyrolki.

Na miejscu okazuje się jednak, że zadanie zostało odwołane i w konsekwencji kolejne punktu na drugim brzegu również zostają anulowane. Oczywiście jest nam to na rękę – i tak mieliśmy wracać już w kierunku przepaku. Droga powrotna dłuży nam się w nieskończoność, na dodatek kończy nam się woda. Poruszamy się wzdłuż Sanu, z początku wyraźną drogą, a później wąską ścieżką tuż nad lustrem wody. Te kilka kilometrów jest niezwykle wymagające, ale i bardzo efektowne. To nasze ostatnie minuty na nogach podczas tej edycji Adventure Trophy są potwierdzeniem skali trudności etapów pieszych… ostatni przepak na trasie witam z nieukrywaną radością.

To pakowanie i wyjazd na ostatni etap (100km roweru) idzie nam bardzo opornie. Może to świadomość końca tak nas rozleniwia? Na przepaku spędzamy stanowczo za dużo czasu, prawdziwie kłopoty zaczynają się jednak dopiero po wyjeździe… Najpierw robię beznadziejnego babola nawigacyjnego, to przymulenie z treku trzyma mnie nadal i chyba tylko to tłumaczy dlaczego skręcam w złą drogę i wyprowadzam nas zupełnie nie w to miejsce, w którym powinniśmy się znaleźć. Później jest jednak jeszcze gorzej, po jakichś 8 kilometrach Maciek pyta się mnie czy mam kartę startową…

Ciąg dalszy nastąpi… Zobacz część trzecią i ostatnią!

Zdjęcia: maxi, Monika Strojny


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



15 Responses to Adventure Trophy: Relacja cz.2

  1. BartekJ mówi:

    No nieee, w takim momencie przerywasz opowieść? I mamy czekać w niepewności czy karta startowa została na przepaku czy wypadła gdzieś na trasie. A może to tylko sciema i część trzecia zacznie się od „Oczywiście, mam ją cały czas przy sobie, odpowiedziałem i pokazałem Maćkowi kartę startową”

  2. Krolisek mówi:

    Bartek, powinieneś pisać scenariusze do filmów sensacyjnych 😀

  3. Mari mówi:

    Grzesiek powinien!

  4. orest mówi:

    … przerwa na reklamy 🙂

  5. Kuerti mówi:

    Haha, muszę jakoś przyciągnąć Was przed monitory, nie? 😉 .

    Kolejna część wkrótce!

  6. rocha mówi:

    Normalnie wpie.dol się należy…

    Ale na kajaku to siedziałeś conajmniej dwa razy w zeszłym roku.

  7. jasiekpol mówi:

    no wreszcie jakieś optymistyczne zakończenie….

  8. Kuerti mówi:

    Rocha,

    Racja! Zapomniałem o On-Sight i Ślęży! 🙂 .

  9. PIotrek mówi:

    Twoje relacje czyta się z zapartym tchem. Zawsze czekam na nie z niecierpliwością.

    Gratulacje z ukończenia AT, śledziłem live relację z rajdu. Wielki szacunek za wynik, za upór, za ukończenie.

  10. krystyna mówi:

    nie zgadzam się na takie przerywanie opowiadania!!! Czytałam z zapartym tchem i co??
    Pisz szybciutko co było dalej!!!

  11. Mickey mówi:

    Stawiam na kartę na przepaku 🙂

  12. Jacek mówi:

    „… tymczasem karta powoli płynęła sobie z nurtem Sanu…” 😉

  13. jip mówi:

    eee tam, pewno Kuerti już spał maszerując i chrapał przy tym, więc Maciek postanowił go otrzeźwić 😉

  14. Adamo mówi:

    „Później jest jednak jeszcze gorzej, po jakichś 8 kilometrach Maciek pyta się mnie czy mam kartę startową…”
    Nagle slysze Grzesiek wstawaj, ruszamy koniec przepaku 😉

  15. Kuerti mówi:

    Dzięki za miłe słowa 🙂 .

    A o dalszym ciągu przekonać się możecie już za chwilę! 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikapurplebabyshowerinvitations.com Are these those experimental ones that keep going missing? – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaTears of Time I visit every day some websites and blogs to read content, however this web site offers feature based writing. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGrzesiek Łazarz Ładowanie strony trwa bardzo długo... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAlbany, Georgia auto insureance Die sehen aber lecker aus - ich denke, die mache ich demnächst auch mal, vorallem ist die Apfel-Zimt-Kombi so schön... – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
    • Jak mija Wam majwka?  Pogoda dopisuje? nbrteam buja sihellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • Kierownik wrci po dwch latach na t sam tras cortinatrailhellip
    • Bunkry s i jest fajnie  trailrunning mountains karkonosze runninghellip
  • ARCHIWA