Adventure Racing no image

Opublikowany 25 maja 2008 | autor Grzegorz Łuczko

17

ZAT 2008: Zamiast relacji cz.1

„Co mogę napisać o mojej największej porażce na rajdowych trasach? Oprócz tego, że czuję się beznadziejnie?”. Przed startem przejrzałem sobie tekst, który napisałem po zeszłorocznym Adventure Trophy, chyba chciałem w ten sposób nastawić się psychicznie – bardzo chciałem ukończyć ten rajd i z takim nastawieniem udałem się do Wisły. A teraz, już po, co mogę napisać? No kurwa mać! Po prostu.. Doznałem jeszcze większej porażki niż rok temu, po 2 godzinach od startu było już po wszystkim! Wyobrażacie sobie? Limit czasu wynosi 80 godzin a my już po 2 godzinach zjeżdzamy do bazy!

Relacji nie będzie, bo i nie ma z czego jej napisać. Postukam w klawiaturę za to od tak, dla wykrystalizowania sytuacji, nawet bardziej dla siebie niż dla Was. Przed ZATem napisałem, że muszę zrewidować moje plany rajdowe na resztę roku, no i te kilka dni w Wiśle okazały się całkiem pożyteczne pod tym kątem. Ale najpierw, najpierw to był przyjazd do Wisły. Wtorek rano, niebo zasnute chmurami, „będzie padać” – myślę w duchu. Jakoś tak ponuro i niezachęcająco. Ostatnie tygodnie pod względem okołorajdowym były dla mnie dość napięte, czułem już chyba przesyt tym wszystkim, pomyślałem, że ZAT to będzie ten ostatni wysiłek i później trzeba będzie nieco odpocząć (treningu zarzucać nie miałem zamiaru, chodziło raczej o psychiczny odpoczynek).

Rozbiłem namiot i ruszyłem w góry. To był mój pierwszy pobyt w Beskidzie Śląskim. W pobliżu ośrodka-bazy rajdu w Wiśle-Czarne położona jest Barania Góra – takiż cel obrałem na ten dzień. Wkrótce zaczęło padać i zerwał się wiatr. Już na szczycie widoczność sięgała ledwie kilku metrów, błota co prawda nie było bo cały szlak prowadził po kamienistej ścieżynce, ale i tak było raczej nieprzyjemnie. Oczywiście te wszystkie obserwacje czyniłem pod kątem tego, co stać miało się już za 2 dni – start Zamberlan Adventure Trophy. W planach miałem podejście na Skrzyczne – w ramach mojej niemrawej akcji pt. zdobywam Koronę Gór Polski – ale przed Gawlasi zrezygnowałem. Nie od razu oczywiście, ze 2 razy ruszałem na szlak, to z niego schodziłem. W końcu wygrał rozsądek – po co mam się pchać na Skrzyczne skoro pogoda jest pod psem, to raz, a dwa co ja się będę katował przed startem?!

Czarne to zdaje się jakaś dzielnica – przysiółek czy przedmieścia zresztą nie mam pojęcia jak to określić – Wisły, malowniczo położony nad brzegiem malowniczego jeziorka w malowniczej dolince, no i wszystko fajnie, tylko że do centrum Wisły jest stąd aż 10 kilometrów! Zszedłem z Baraniej Góry i ruszyłem na rowerze do miasta, jak się później okaże tę trasę pokonam jeszcze z 10 razy! W środę rano czułem nieco w nogach treking na Baranią i 40 kilometrów jakie w sumie zrobiłem jeżdząc tam i z powrotem do Wisły. Bałem się czy nie przesadziłem przed startem, może nie przygotowywałem się specjalnie pod ten start, bo nawet nie było czasu, ale głupio byłoby tak się „przejechać” na dzień przed zawodami. Przyśpieszmy nieco obrót spraw – całą środę spędziliśmy z Piotrkiem snując się po bazie i w zasadzie nic konkretnego nie robiąc, pakować na zawody nam się nie chciało, więc ucinaliśmy sobie pogawędki ze znajomymi uczestnikami. Pogoda wcale a wcale nie chciała się poprawić. Siąpiło wciąż.

7:30 pobudka. Dziwny spokój z małym ale. Boję się o rower. Nawet nie tyle o sam sprzęt co moją formę, a raczej jej brak. Czasy mamy takie, że bez formy na rowerze ani rusz, kiedyś przede wszystkim liczył się „but”, dziś organizatorzy stawiają na mocną łydkę na rowerze. A jak ten niepoprawny romantyk mentalnie siedzę jeszcze w zamierzchłych czasach. Usprawiedliwiam się w myślach odrobinkę, „a bo to czasu nie było, Rumunia, później praca i mało czasu do startu, no i jakoś tak w ogóle”. Co mi jednak po tłumaczeniach skoro za 2 godziny potrzebował będę mega łydki! Spakowani, wreszcie. Spokój to za dużo powiedziane, raczej taka obojętna beztroska. Ani szczególnie się nie napinam, ani nie jestem przerażony. Zdaję sobie, że będzie ciężko i to tyle co jestem w stanie wymyślić.

Rynek w Wiśle. Wielka dmuchana brama startowa, kupa zawodników i garstka, a może nawet garsteczka kibiców, no i zespół góralski. To wszystko jakoś tak strasznie tandetnie wygląda. Matka z dwójką dzieci kameruje owy tandetny zespół góralski, organizatorzy produkują się przy mikrofonach, a w głowach zawodników już tylko jedna myśl „no niech to się już wreszcie zacznie!”. No i zaczęło się! Jak zwykle – tak bardzo zwyczajnie, na treningach gdy myślę o takiej chwili zwykle raptownie podskakuje mi tętno, teraz czuję tylko znużenie. Ale może tylko ja tak mam? Początkowe 3,5 kilometra jedziemy za radiowozem – tzw. start honorowy, chyba tak to się nazywa. Panowie policjanci narzucają ostre tempo i zamiast spokojnej jazdy kręcimy 40 km/h! Mniej więcej po 2, może 3 kilometrach, gdy jesteśmy jeszcze na asfalcie, zauważam, z niemałym przerażeniem zresztą, że nie mogę zmieniać przełożeń w tylnej przerzutce.

„O kurwa! Nie, nie, nie. No nie! Nie! Nie!” Tak… Coś jest nie tak. Najpierw pojawia się niedowierzanie, bo przecież wszystko działało. Później niedowierzanie zamienia się w złość, a w końcu złość przeistacza się w czarną rozpacz. Przecież to powtórka z rozrywki, na BWC po 30 minutach Piotrkowi strzelił łańcuch, a teraz, parafrazując znany slogan, „a teraz kurwa ja”! Gdy tylko zjeżdzamy z asfaltu na szlak zatrzymujemy się sprawdzić co się stało. Linka wychodzi z końcówki pancerza. Pamiętam, że już przed BWC gdy wymieniałem ramę był z tym problem. Środkowy przepust jest dwa razy szerszy niż pozostałe. Potrzebne są specjalne końcówki, w „moim” warsztacie ich nie mieli i zamontowali mi jakąś prowizorkę. BWC przetrzymało, Wertepy też, a w międzyczasie niewiele jeździłem więc też nie miało gdzie rozwalić tej prowizorki. No ale oczywiście, przyjeżdzam na Adventure Trophy i już po 2 kilometrach wszystko idzie w łeb!

Jak tu nie wierzyć w prawa Murphy’ego?! Coś kombinujemy, ale nie idzie to zbyt dobrze. Gdy wydaje się, że linka jako tako się trzyma wracamy na trasę. Zdążyliśmy już spaść na ostatnie miejsce. Początek rajdu to podejście na Czantorię, wkrótce jazda staje się niemożliwa (przynajmniej dla nas) i zaczynamy podprowadzać rowery. Gdy tylko znów możemy podjechać kawałek okazuje się, że linka wcale nie trzyma i w konsekwencji nie mam praktycznie tylniej przerzutki. Znów się zatrzymujemy i dłubiemy przy rowerze. Mijają nas te zespoły, które zdążyliśmy doścignąć i zajmujemy zaszczytne miejsce czerwonej latarni. Mijają drogocenne minuty, 10.. 20.. 30.. Linka cały czas się wyślizguje.

Piotrek stara się coś wykombinować, a ja jestem trochę zrezygnowany. Najchętniej rzuciłbym to wszystko w diabły i skończył ten wyścig.Ale gdy tylko taka myśl przychodzi mi do głowy szybko się ganie i forsuje inną – „musimy to skończyć!”. Ogarnia mnie huśtawka nastrojów, ale ostatecznie zwycięża myśl „napieramy!”. Tylko jak tu napierać? Ostatecznie podejmujemy decyzję, że najwyżej się przemęcze bez zmian przełożenia (mogłem zmieniać tylko tarcze na przedzie). Wkrótce doganiamy „Klopsiki z Sopotu”. Dwóch starszych, nieco już „brzuchatych” panów, którzy postanowili zmierzyć się z trasą ZAT. Zastanawiam się czy wiedzieli na co się porywają? Przed Czantorią tracimy jeszcze kilka minut zjeżdzając niepotrzebnie w dół. Na górze meldujemy się jako przedostatni zespół. O limitach, które nas ścigają jeszcze nie wiem, bo i nie zakładalismy przed rajdem, że będziemy ścigać się z limitami!

Zjazd jest ciężki. A przynajmniej dla mnie, nie mam doświadczenia w górskim mtb. Nabieram prędkości i na którymś z mokrych kamieni obraca mnie i niezbyt sympatycznie ląduję na ziemi. Pech nas (mnie) nie opuszcza – efektem upadku jest przebita dętka. Później jeszcze wymagający zjazd do Ustronia i nas koniec jest już bliski. Rozpędzamy się i przegapiamy właściwy skręt. Błąkamy się po uliczkach Ustronia kilkanaście minut, wreszcie spoglądam na mapę, na zegarek, znów na mapę z limitami czasu i okazuje się, że jest już po wszystkim… Jesteśmy 20 minut po limicie czasu, nawet gdyby nie ta ostatnia wtopa to i tak bylibyśmy ledwo na styk. Uśmiechamy się idiotycznie. Sytuacja wydaje się na tyle głupia, że aż nierzeczywista. 2 godziny i już? Dziwne uczucie, ani nie czułem się szczególnie zły, rozczarowany..

Cdn…

Zobacz również:


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



17 Responses to ZAT 2008: Zamiast relacji cz.1

  1. Adam mówi:

    Widziałem jak się Chłopaki męczyliście nad sprzętem na samym początku i współczułem szczerze.
    Nieznośna jest myśl, że kawałeczek metalu/gumy/plastiku, potrafi zniweczyć plany człowieka. (Coś o tym wiem, gdyż jednym z powodów wycofu był stan, a raczej jego brak, naszych klocków hamulcowych- serio, nie warto na nich oszczędzać…)
    Co do limitów, to zostały przedłużone o godzinę, bo cały peleton by się inaczej nie mieścił…ilość błota przerosła nawet orgów. 😉
    Ja czuję się usprawiedliwiony o tyle, że właśnie walczę z ostrą infekcja gardła, ucha i kaszlem.
    Gdyby nie to, ciężko byłoby mi przeboleć rezygnację.
    A tak przyjąłem z pokorą, że zdrowie ważniejsze i tylko bardzo żałuję. 😀
    No i już jestem podjarany na za rok. 🙂
    A poszliście jeszcze ten drugi trek dla funu, czy nie?
    Pzdr

  2. Misiek mówi:

    Przeglądając wyniki ZATa naszukałem się Grześka z Piotrkiem bo nie wiedziałem jak ich drużyna się nazywa (zacząłem od góry listy).

    Jak znalazłem ich na samym dole, zrobiło mi się przykro i pomyślałem, że albo padł rower albo chłopaki mieli wypadek.

    Kuerti uspokoiłeś mnie to jednak rower…

    A tak btw. widziałem mapę ZAT, piękna trasa ale jak jest mokro to masakra i to chyba była masakra.

    Pozdr

  3. Kuerti mówi:

    Adam,

    O tym, że limity były przedłużone nie mieliśmy pojęcia, a nie wiem czy nie stało się to czasem dopiero później?

    Po części ja również czuję się usprawiedliwiony, ale tylko po części, nie wiem czy o tym napisałem, czy dopiero w drugiej części to jest, a może w ogóle tego nie ma? Jestem strasznie zamulony po tym wyjeździe.. Ale o co chodzi, zawsze można się lepiej przygotować, również sprzętowo. Dlatego nie chciałbym wszystkiego zrzucać na sprzęt, to byłoby zbyt łatwe. No ale masz rację, łatwiej przeboleć taką porażkę, która nie zależy bespośrednio o Ciebie.

    Tak, byliśmy na tym trekingu, opis w drugiej części. Teraz powiem tylko, że Piotrek nieźle mnie zmęczył tam 😉 . Petro w górach czuje się jak ryba w wodzie.

    Misiek,

    Tak jak odpisałem Adamowi, po części czuję się rozgrzeszony, ale moja umartwiająca się dusza nie jest zadowolona takim rozwiązaniem 🙂 . Dobrze, że jeszcze zostałem te kilka dni w Wiśle, naprawdę fajnie sobie potrenowaliśmy, zebrałem trochę doświadczeń na przyszłość.

    Trasa faktycznie była rzeźnicka, rower w ciężkich warunkach, nocny trek przy beznadziejnej pogodzie, zero widoczności, deszcz i trudna nawigacja. Nie wiem dlaczego to się nazywa trasa dla amatorów..

  4. tkp mówi:

    Oj Grzesiek. Każda forma nkl jest dołująca. Czy to sprzęt, czy Ty, czy nawigacja czy zdrowie.
    Też przeżywam swoją klęskę i rozumiem, współczuję pozostałym będącym w podobnej sytuacji. W trakcie powrotu z trasy rozważałem nawet poważnie absolutną rezygnację z uprawiania AR. I choć teraz się już z tego powoli wycofuję to jak widać poczucie klęski jest rzeczą straszną.
    Najwazniejsza jest jednak psychika i kiedy osiągasz absolutny dół to warto pamiętać że teraz nie ma gdzie już dalej spaść. A więc podnieśmy głowę!

  5. Adam mówi:

    Wiesz co, ja sie dowiedzialem ze limity sa przedluzone po tym, jak sie w jednym nie zmiescilem na Rownice. 😀 Byl do 12.45 chyba, a caly peleton przyszedl tam kolo 13. Wtedy laska mowila cos o pol h, na kolejnych punktach wiedza sie wyklarowala, ze jest +1h do limitow, co pozwolilo mi sie zmiescic z 20-30 minutowa rezerwa na wszystkich 10 pk, ktore zaliczylem…
    Zjazd z Czantorii byl prze zajebisty! Wtedy dzialaly mi jeszcze w 100% hamulce, wiec frajda byla nie lada. Czasem tylko po najwiekszych i najstromszych kamolach wolalem sprowadzac, bo i tak mnie lapy bolaly od klamek. Wtedy, na pk 2 i 3 przez moment bylismy nawet w poczatku peletonu. Niestety podjazd na Rownice okazal sie byc zbyt przeciagly jak na moja lydke. 😉
    Pzdr

  6. Kuerti mówi:

    Tkp,

    A pewnie, że boli! Nie wiem komu współczuć bardziej, Tobie czy Twojemu kompanowi, który zrezygnował z dalszego napierania. Wiem jak boli kiedy nasz partner rezygnuje, ale wiem też jak to boli kiedy nasza decyzja sprawia, że kończymy rajd…

    „Rozważałem nawet poważnie absolutną rezygnację z uprawiania AR.” To chyba pewna stała, której zawsze można spodziewać się w takiej chwili. Ale jak zauważyłem z własnego doświadczenia takie myśli słabną, wcześniej bardziej przeżywałem porażki. Teraz znacznie lepiej sobie z tym radzę.

    „Najwazniejsza jest jednak psychika i kiedy osiągasz absolutny dół to warto pamiętać że teraz nie ma gdzie już dalej spaść.” Tylko pytanie jak rozponać, że jesteśmy już na samym dole? 🙂 .

    Adam,

    Jeśli chodzi o sprawę limitów to bardzo fajnie całą sytuację opisał Sebas na forum napierajki, zgadzam się z nim w zupełności.

    Mi również podobał się zjazd z Czantorii, ale żeby sobie radzić na takich odcinkach to trzeba trochę pojeździć po górach…

  7. sebas mówi:

    Tez powoli zlizuje rany, moze ci sie humor dzwignie po lekturze mojej przedlugiej relacji (4 zdania) ze złomberlana 😉 http://ghetto-freeriders.blog.pl/komentarze/index.php?nid=13601636

    nie mielismy superambicji, ale chcielismy powalczyc przez tych 79h, cos tam z siebie dac. kaca sportowego mielismy cale 4 dni siedzenia na miejscu. nie przypuszczalem, ze taka kleska tak gorzko smakuje 😉

  8. sebas mówi:

    z tym limitem podluznie wydluzonym byla dezinformacja. na rownicy (pk4) byl wydluzony ponoc o 30min, na pk5 o 15min, potem znow ponoc o 30min, a jak dzwonilem do dyrekcji, zeby sie dowiedziec dokladnie co z pk6 to nas olali z konewki, po czym okazalo sie juz na dole, ze pk7 byl wydluzony o 1h!!! gdybysmy mieli takie info napier**lalibysmy dalej.. dla mnie to byl duzy zgrzyt, bo akurat wazyly sioe tam minutowo nasze losy

  9. hiubi mówi:

    To wy też tak macie że jak przychodzi deprecha to w trakcie rajdu chcecie to wszystko rzucać w cholerę?
    Na Ukrainie jak zdałem sobie sprawę że to koniec- a było to już tak gdzieś po 10 godzinach do konca przez 8 godzin szedlem z myślą że p… takie zabawy i to mój ostatni raz. Żadnych treningów, tylko piwo i relaksowe wycieczki w góry. No i już na drugi dzień zacząłem powoli zmieniać zdanie,a za dwa tygodnie jadę na następny rajd na którym można choć trochę się odkuć.

  10. Adam mówi:

    To chyba tak po prostu dziala- reakcja obronna organizmu, instynkt samozachowawczy sie wlacza. Jak sie zatrujesz grzybami, to tez potem masz awersje przez jakis czas.
    Moja rozmowa z kumplem, podczas gdy szlismy w strone bazy, po ciemku, w chmurze( czyli zimno i pada, a wlasciwie wisi taki smieszmy aerozol w powietrzu) bez hamulcow, obaj chorzy, zrezygnowani i ubloceni po pachy (wlasciwie po czubek kasku) wygladala mniej wiecej tak:
    – Stary, po co ja to wlasciwie robie…bez sensu. Niszcze zdrowie, wydaje pelno kasy, to nie dla mnie. Jak wroce, to wezme sie do roboty, za zarabianie pieniedzy a nie tam nadupcanie po ciemku, w zimnie, nie wiadomo po co…

    Ale jak czlowiek sie umyje, naje i wyspi (preferowana kolejnosc), to wraca do swojego poprzedniego, idiotycznego punktu widzenia…
    Tak jak kiedys pisalem- czlowiek nieuchronnie dazy do samozaglady.

    Pozdro!

  11. Kuerti mówi:

    Sebas,

    „nie przypuszczalem, ze taka kleska tak gorzko smakuje 😉 ”

    Tak jak pisałem u Ciebie na blogu: po czasie takie doświadczenia wzmacniają psychę. Wychodzę z założenia, że trzeba doświadczyć i zwycięstwa i porażki. Cały czas wygrywać? Tak się chyba nie da…

    Hiubi,

    Też tak mamy! Ale wydawało mi się, że wraz z doświadczeniem takie stany może nie przechodzą, bo chyba nie da się tego zupełnie wyeliminować, ale niejako bledną, nadal się pojawiają ale ich moc jest znacznie osłabiona.

    Z tą Ukrainą to może jeszcze było tak, że to uczucie było wzmocnione przez fakt, że byłeś w obcym kraju?

    Adam,

    Coś w tym jest, że człowiek dąży do samozagłady. Ale może nie tak na serio, a raczej w formie gry, zabawy. Podejmujesz się jakichś chorych, niestworzonych rzeczy, pakujesz w ekstremalne sytuację tylko po to, żeby to wszystko przetrwać i siedząc już w domu z piwem w ręku wspominać jak to było fajnie.

    Coś podobnego powiedział Arek Pawełek, ten gość, który przepłynął Atlantyk na pontonie… On po prostu lubi wpakować się w sytuację pozornie bez wyjścia i poradzić sobie.

    Jest we mnie coś podobnego, ale może nie w tak ekstremalnej formie…

  12. Adam mówi:

    Kuerti, zgadzam sie z Toba i z Pawelkiem (niezly zakret) w 100%.
    Robimy to po to, zeby z tego „wychodzic” i potem z zadowoleniem myslec o sobie.
    Nasi przodkowie polowali, walczyli o przetrwanie, a my nie musimy, wiec sami sobie stwarzany takie sytuacje, nazywajac to sportem.
    Po co? Mysle, ze wlasnie dlatego, ze brakuje nam pewnosci siebie, adrenaliny, bohaterstwa.
    Nie mowie przez to, ze jestesmy zakompleksieni, czy mamy jakis Syndrom Malego Pracia. Mowie w odniesieniu do czasow zamierzchlych, kiedy takie rzeczy, emocje byly norma.
    Aczkolwiek jest w tym sporo proznosci, bo przeciez z duma na pytanie o zainteresowania wymieniamy wszelkie uprawiane, niestandardowe dyscypliny.

    Ta samozaglada wydawaloby sie jest pozorna, ale czasem zamienia sie w rzeczywista. (urazy, kontuzje, schorzenia, wypadki smiertelne itd)
    Tak wiec jakby chcemy „oszukac zycie”, ale na dluzsza mete chyba ono bardziej oszukuje nas. 😉
    Dobra, koniec pieprzenia…
    W ogole to na napieraju rozgorzala dyskusja o limitach i AT Amator.

    Pzdr

  13. sebas mówi:

    kurcze a my wygrywac nie chcielismy, tylko miec szanse powalczyc, mialem nadzieje, ze beda nas lapac zwalki, kryzysy, ze bedziemy klac ile wlezie 🙂 ale bedziemy probowac. a tu giewno. gdybym tam padl z wyczerpania, braku sil i przegral, bylbym w jakis sposob szczesliwy. przegrana po 5godzinach z limitem ustawionym pod amatorskich mastersow – co przyznal niechcacy Roman – smakowala dosc gorzko, ale po opuszczeniu Wisly morale szybko poszlo do gory 😉 my mielismy odwage przyznac, ze poleglismy bo generalnie bylismy za slabi, ale organizator nie ma odwagi cywilnej przyznac sie, ze sparzyl limity amatorskie. szkoda, bo jednak 62% amatorow nie dotarlo do mety, a z ostatnich 19 godzin napierania nikt nie skorzystal, bo wiekszosc zostala wyrzucona za burte przed koncem pierwszej doby. ale koncze te komenty, bo nic nie zmienia. trzeba patrzec naprzod.

    apropos, startowales w Grassorze? jak tam wyglada sprawa jakis punktow ujemnych?

  14. Kuerti mówi:

    Adam,

    Mogę się tylko podpisać pod tym co napisałeś. Wymieniłeś kilka czynników, które sprawiają, że „dziwaczejemy”. Po sobie widzę, że to wszystko się miesza, nie potrafię wyodrębnić jednej przyczyny, chciałbym sobie jakoś to uporządkować i móc odpowiedzieć na pytanie „po co ja to robię”, ale nie potrafię. A może nie ma takiej potrzeby? Lepiej to zostawić i robić swoje?

    Sebas,

    Nie chcę zabierać głosu w tej dyskusji na napierajce, zgodzę się tylko z tym, że trzeba zmienić tą niefortunną nazwę „AMATOR”, nie można wprowadzać ludzi w błąd. Cała ta dyskusja prawdopodobnie nie miałaby miejca gdyby nie to określenie, mam rację?

    Co do Grassora,

    Setka na Grassorze pojawi się po raz pierwszy. Ale to będzie „kalka” Nocnej Masakry, tyle że w najdłuższy dzień roku. Z tego co się orientuje to na Masakrze za każdy punkt dostaje się 30pkt. W pierwszej kolejności o miejscu decyduje liczba pkt zdobytych za zalicznenie PK, później brany pod uwagę jest czas. Tak to pewnie będzie wyglądać mniej więcej.

    Przymierzasz się do startu? Ja nieśmiało też o tym myślę, ale na razie nie chcę się deklarować…

  15. sebas mówi:

    prawda, dosc jasne 😉 ale jesli juz nadali trasie imie amator i rzekomo trzymaja sie terminologii „dla poczatkujacych”(za folderem compassu) i konceptu z minionych 2 lat, to wyszlo to troche nie fair wrzucac czasy, kt Roman przyznal po zawodach, iz byly zylowane pod mastersow i ich kajaki. za bardzo mnie ponioslo na napieraju, ale po stracie kupy kasy na nieporozumienie i wyczytaniu na dokladke docinkow, ze jestesmy „ponizej minimum przecietnego czlowieka” trudno bylo nie trafic szlagu 😉 dzis to juz nie ma zadnego znaczenia

  16. sebas mówi:

    Grassora chyba nie, zastanawiam sie nad Mazovia 24hrs, ale jesli sie zdecyduje to w ostatniej chwili pewnie. bedzie ciekawiej pojechac na zywca

  17. Kuerti mówi:

    Sebas,

    Doskonale Cię rozumiem.

    Co do Grassora, Daniel na napierajce wrzucił „niepokojące” info o jakimś udziwnieniu, może być naprawdę ciekawie! W skrócie: dostajemy na starcie mapę, na której nie ma wszystkich PK, dopiero wraz z postępem rajdu dowiadywać będziemy się o lokalizacji kolejnych miejsc do odwiedzenia. Na dodatek wszystko toczyć się będzie w formule scorelauf – czyli dowolna kolejność zaliczania PK.

    Dawaj na setkę 😉 . Mtb jest be 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaTrophy Superstore... trophy store brisbane Constant progress should be made and also the runner must continue patiently under all difficulties. Most Suppliers Offer Free Services... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaRobbieSup https://pizdeishn.com/classic/365-goryachie-prikosnoveniya.html - Жесткие эро истории, Лучшие секс истории – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA