Góry no image

Opublikowany 14 maja 2008 | autor Grzegorz Łuczko

13

Rumunia 2008 cz.3

Zapadałem się po kostki w śniegu i długo nie musiałem czekać na cudowne – ale nie w tej chwili – „orzeźwienie” dla stóp. Brak planu na ten wyjazd był moim głównym planem. Dlatego też, nie wiedziałem gdzie zanocuję ten nocy. Na horyzoncie zamajaczyło pierwsze potencjalne miejsce, kolejne schronisko, których w Bucegach było dość sporo. Kupiłem wodę i stwierdziłem, że przejdę jeszcze trochę, żal było kończyć. Słońce powoli skrywało swe oblicze za horyzontem, a marsz prostą jak strzelił drogą w kierunku schroniska Babelle sprawiał przyjemność. Powoli zacząłem przekonywać się do Bucegów, które z początku wydały mi się dość brzydkie i nijakie.

Czy to jest ekstremalne?

Gdzieś w połowie drogi pomiędzy schroniskami znów ogarnęło mnie to uczucie, że robię coś ekstremalnego, nie w tym sensie jak na rajdach kiedy świadomie niszczę swój organizm i przekraczam kolejne granice, ta ekstremalność osadzona była ściśle w turystycznym kontekście mojej wyprawy. Byłem chory, zmęczony a mimo to parłem przed siebie. Znowu. Byle dalej. Jakby odpoczynek parzył, a każda chwila postoju była stratą cennej chwili marszu. Zacząłem żałować, że nie zanocowałem w schronisku wcześniej. Na powrót było już jednak za późno, poza tym byłem całkiem niedaleko celu wędrówki… Schronisko Babelle okazało się raczej nieciekawym miejsce, sytuację ratowała nieco przepiękna sceneria w jakiej było usytuowane, zachód słońca i blask odbitego światła na śniegu.

Uwięziony!

Zapłaciłem 30 leiów (około 30 złotych) i dostałem klucz do swojego pokoju, w środku stało 6 łóżek ale żadne z nich nie było zajęte, cały pokój należał więc do mnie. Oprócz mnie i dwóch pracowników schroniska było jeszcze kilka osób, ale nie wyglądali mi na „rasowych” turystów. Posiedziałem chwilę w sali gdzie mieścił się bar i wróciłem do swojego pokoju. Gospodarz na odchodne wspominał coś o drzwiach, ale nie bardzo rozumiałem o co mu chodzi… Zamknąłem drzwi i poszedłem spać. Przebudziłem się rano z przemożną chęcią oddania moczu, wstałem i raźno ruszyłem w kierunku drzwi, przekręciłem klucz, szarpnąłem klamkę a drzwi… a drzwi ani drgnęły. Raz, drugi i trzeci i nic! I czwarty, piąty i szósty i dalej nic! Podbiegłem do okna, które okazało się zamknięte a może zabite na amen. Majstrowałem dłuższą chwilę przy zamku, ale ten nie chciał mnie wypuścić. Cała ta sytuacja z minuty na minutę stawała się coraz bardziej komiczna, a może tragiczna? W końcu mi okropnie chciało się lać! Zastanawiałem się nawet czy nie wezwać pomocy, pomyślałem jak głupio to by wyglądało. Czułem się jak idiota, uwięziony w jakimś schronisku w Rumunii, no pięknie, kurwa, pięknie.

Tu już nie było żartów, czułem, że zaraz zleje się w gacie. Gorączkowo szukałem jakiegoś naczynia, czegokolwiek w co dałoby się nasikać! Znalazłem kubek… Mój kubek! Nie miałem innego wyjścia… Lżejszy o co najmniej pół litra zacząłem kreatywniej myśleć, podważyłem scyzorykiem zapadkę zamka i uwolniłem się z mojego więzienia! Kubek był bardzo zły i mówił, że mi tego nie wybaczy, wymyłem go solidnie i wrzuciłem do plecaka, niech tam przeżywa swoją rozpacz. Ja tymczasem uradowany szczęśliwym finałem tej porannej historii ruszyłem w góry. Celem na ten dzień był Omul z jego 2503 metrami n.p.m. (najwyższy szczyt Bucegów). Sceneria uległa zmianie, granie stały się ostrzejsze, tak jak wcześniejszy odcinek drogi przypominał mi Karkonosze tak tutaj miałem wrażenie, że jestem w Tatrach. Sam Omul nie był zbyt trudny do zdobycia, choć tak wysoko w górach jeszcze nie byłem.

Na Omulu

Na szczycie znajduje się klimatyczne schronisko, kompletnie zasypane śniegiem. Wszedłem tam na chwilę, we wnętrzu panował przyjemny półmrok, cóż za ulga dla oczu, które zmęczone były już bielą śniegu. Za szczytem miałem dwie drogi do wyboru. Dopiero co minęło południe, a główny cel na dziś został zrealizowany, mogłem więc poszwędać się po okolicy. Drogą w lewo mogłem zacząć wycofywać się z gór, i taki też początkowo miałem zamiar, ale akurat trafiłem na chwilowe pogorszenie pogody, nad Omulem zebrały się chmury i mało co było widać. Dlatego też nie udało mi się odnaleźć tego szlaku, wybrałem więc drugą ścieżkę. Zacząłem schodzić a wiatr zaczął przeganiać chmury. Było bardzo sympatycznie, słoneczko przyjemnie ogrzewało moje ciało, wokół piękne granie błyszczały w słońcu a ja maszerowałem po kostki w miękkim puchu. Dla takich momentów jeździ się góry!

Czy jestem ryzykantem?

Na mojej drodze wyrósł prawie 2500 metrowy szczyt. Najpierw zszedłem kilkadziesiąt metrów dół, kawałek po względnie płaskim i dalej właśnie ta góra. Tuż przed nią znajdowała się wąziutka przełączka, a bezpośrednio na zboczu, dość stromym zresztą, groźnie prezentował się płat śniegu jakby przylepiony do niego. Przed wyjazdem, na spokojnie siedząc w domu wydawało mi się, że mam duszę ryzykanta i jeśli w górach znajdę się w sytuacji gdzie będzie trzeba zaryzykować, bez pewności, że teren jest bezpieczny, to zdecyduję się na takie ryzyko. Wtedy jednak, gdy stanąłem przed tą ścianą i spojrzałem na ten niepewny śnieg nie czułem potrzeby ani chęci zaryzykowania. Nie wiem, być może źle oceniłem sytuację, być może nie było żadnego niebezpieczeństwa i śmiało mogłem iść dalej, zabrakło mi jednak odwagi. A może to nie brak odwagi tylko rozsądek? Pomyślałem wtedy, że jest jeszcze tyle pięknych rzeczy do zobaczenia, tyle do przeżycia, że nie warto ryzykować. Gdzieś tam środku byłem chyba jednak trochę rozczarowany, bo w końcu żeby osiągnąć te największe rzeczy potrzeba wielkiej odwagi, a może nawet właśnie ryzykanctwa?

Dolina w śniegu

Cofnąłem się do rozwidlenia i postanowiłem wracać, dość wrażeń miałem na ten dzień. Zacząłem schodzić zboczem pełnym śniegu. Miałem chyba trochę już dość tego śniegu. Początkowo pomysł zejścia doliną wydawał się piękny, już nie trzeba podchodzić i tylko w dół! Początek był nawet przyjemny, zeskakiwałem sobie ze stoku. Wkrótce jednak pojawiły się nieprzewidziane trudności. Teren uległ nagłemu obniżeniu, a ja zamiast po kostki zacząłem wpadać po pas w śnieg! Nie miałem zimowych talerzyków w kijkach trekingowych i szybko przyszło mi zapłacić za ten błąd – zgubiłem talerzyk i końcówkę w jednym z nich. Straciłem trochę czasu zanim obszedłem to obniżenie, a gdy już ten problem miałem z głowy doszedłem do linii wodospadów, teraz oczywiście przykrytych śniegiem, ale bardzo stromych! Stanąłem na skraju kilkudziesięciu metrowej rynienki. Zacząłem ostrożnie schodzić w dół, kijek w śnieg, prawa noga w dół, kijek w dół i lewa w dół i tak na zmianę. W pewnym momencie straciłem równowagę i poleciałem w dół. Na szczęście w rękach miałem przeplecione pętle od kijków i zatrzymałem się wsparty o jeden z nich. Wisiałem tak chwilę i wtedy coś strzeliło mi do tego głupiego łba i puściłem się. Zacząłem zjeżdżać…

„Wszystko za kijek…”

To nie tak, że tam było jakieś niebezpieczeństwo, najwyżej mogłem się troszkę poturbować, ześliznąć ze 20-30 metrów i zatrzymać na jakimś wypłaszczeniu. Nie odpowiedzialna w tym wszystkim była myśl, która pojawiła się gdy puściłem kijek – „lepiej go puszczę bo się jeszcze połamie…” – to było tak idiotyczne, że aż mi brak słów. Wyżej cenie kijek za 150 złotych niż swoje zdrowie? Ślizg był spokojny i kontrolowany, wszystko miałem pod kontrolą. Wyobraziłem sobie, że tak mógłbym skończyć gdzieś w Fogaraszach, może w okolicach Negoiu? Po prostu spadłbym z góry i zaczął zjeżdżać na łeb na szyję. Byłem dziwnie spokojny w czasie tego zjazdu, pomyślałem tylko, że tak mogłaby wyglądać śmierć w górach. W końcu pokonałem ten wodospad i wyszedłem na względnie płaski teren.

Spalony słońcem

Jednak jeszcze minęło trochę czasu zanim opuściłem śniegi. W międzyczasie ujrzałem ślady niedźwiedzia, szedł w tym samym kierunku co ja… Chwilę później poszczekał na mnie jakiś dziki pies, co dziwne znajdował się dość wysoko na stromej skale. Chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce, nie czułem się tam zbyt bezpiecznie. Jeszcze kawałek lasem i w końcu wyszedłem na przytulną polankę. Słonko przygrzewało gdzieś tam zza chmur a ja urządziłem sobie popas. Było tak ciepło, że rozebrałem się niemalże do naga. Posiedziałem tam raptem dwadzieścia czy trzydzieści minut i później cholernie tego żałowałem. Spaliłem sobie twarz, byłem czerwony jak rak! Ale skutki tego miałem odczuć dopiero kolejnego dnia, tymczasem czekał mnie jeszcze kilkunastominutowy marsz do miejsca, w którym miałem przenocować tego dnia.

Test na survivalowca

Cała ta wyprawa do Rumunii to jakby danie złożone z małych marzeń, które z wielką przyjemnością konsumowałem. Sam wyjazd tak daleko to już jedno spore marzenie, sprawdzenie się w takiej ekstremalnej sytuacji kolejne, noc w górach, poranek i to uczucie, że jest się jedynym człowiekiem na świecie, który w tej chwili ogląda te góry następne. Wisienką na torcie był nocleg gdzieś na jakiejś polance przy ognisku. Zimne powietrze zmieszane z ciepłem ogniska, odgłos trzaskającego drewna i blask ogniska w mroku nocy. Tak, to było to moje małe marzenie. Wreszcie przyszła pora na jego realizację. Poleżałem przez jakiś czas i po prostu gapiłem się na zachód słońca. Nie było dokąd iść, na spokojnie mogłem przetrawić sobie to wszystko, co spotkało mnie do tej pory. W czasie dnia, w czasie napierania za bardzo nie ma na to wszystko czasu. Po prostu doświadczamy tego, co zjawia się na naszej drodze, dla refleksji nie ma miejsca w tym momencie.

Gdy cudowny spektakl, który każdego wieczora funduje nam natura przeminął zabrałem się za rozpalanie ogniska. Próbowałem wykorzystać papier toaletowy jako rozpałkę, kawałki kartek, suche trawy, gałązki, wszystko, wszystko i nic! Męczyłem się chyba z pół godziny i nic, nic, nic! Nie udało mi się rozpalić ogniska, nie zdałem egzaminu na survivalowca. Nie potrafiłem wykonać nawet tak prostej czynności. Byłem zawiedziony, nie udało mi się spełnić mojego małego marzenia, a poza tym zrobiło się zimno. Zły wślizgnąłem się do śpiwora i próbowałem zasnąć. W nocy kilkukrotnie budził mnie deszcz. Co raz to zapinałem płachtę to ją rozpinałem.

Rano obudziłem się zmęczony. Nie miałem ochoty opuszczać ciepłego śpiwora, długo zeszło mi zanim zebrałem się do drogi. To był piąty dzień mojej wędrówki po Rumunii, piąty i ostatni. Początkowo zaplanowałem wyjazd na tydzień czasu, jednak niepowodzenie w Fogaraszach spowodowało małą zmianę planu i postanowiłem nieco skrócić wyjazd. Ostatniego dnia zaplanowałem odwiedziny Bran, gdzie ponoć mieści się zamek Draculi, który tak naprawdę nie jest zamkiem Draculi oraz zamek chłopski w Rasnov, a wieczorem miałem pociąg do domu.

O zimie w górach

Pierwsze metry dalej w śniegu, miałem go już po dziurki w nosie! Oczywiście nadal żałowałem straconej szansy w Fogaraszach, ale po tych 2 dniach w Bucegach wcale nie uśmiechało mi się napierać przez tydzień czasu dzień w dzień w śniegu, w mokrych butach i nocować w niewygodnej płachcie. Nie byłem przygotowany na to ani sprzętowo ani przede wszystkim mentalnie. Brakowało i nadal brakuje mi obycia z zimą w górach. Chodzenie zimą po górach ma coś w sobie z perwersyjnej przyjemności, bo przecież brnięcie cały dzień w śniegu, zmaganie się z mocnym wiatrem i silnym mrozem to nie jest to, co sprawia nam przyjemność samo w sobie. Będę teraz mówił tylko o sobie, więc może to nie jest zasada, przyjemność czerpię z walki z naturą, latem nie walczymy, latem czerpiemy przyjemność z samego faktu chodzenia po górach, zima tak mi się wydaję, nie jest dla każdego. I nie mówię tutaj o jednodniowym wypadzie przy pięknej pogodzie na Śnieżkę, albo gdzieś w Tatry, ale o kilkudniowych zmaganiach z naturą. Właśnie te zmagania, owa walka z żywiołem to jest to, co mnie tak pociąga w zimie. To wyzwanie. Pokonanie bólu i przetrwanie w ekstremalnych warunkach. Dlatego też obiecałem sobie, że jeszcze wrócę w Fogarasze! Najlepiej zimą…

Zwiedzacz pospolitus

Wkrótce dotarłem do Bran, miejsca, w którym ponoć mieści się zamek Draculi, ponoć bo tak naprawdę to chyba nie jest zamek Draculi, tak czy inaczej spotkałem tłumy. Byłem już zmęczony i górami, i tym wyjazdem, a tu jeszcze trafiłem w taką komercyjną sieczkę. Nie musiałem się odzywać, żeby każdy mógł rozpoznać we mnie obcego, wystarczył duży plecak na plecach. Tak, czułem się obco w tym tłumie, niedopasowany i nie na miejscu. Chciałem nawet wejść do środka fortecy, ale te tłumy przed kasą wypłoszyły mnie jak dzikiego zwierza. Może nawet tak się czułem? Jak dzika zwierzyna między ludźmi. Wyszedłem na drogę z zamiarem jak najszybszego wydostania się z tego miejsca, próbowałem złapać stopa do Rasnova. Samochodów przejeżdżało mnóstwo, ale wszystko to turyści z Bran, nikt się nie zatrzymał. Dopiero po 30 minutach nadjechał lokalny autobus.

Rozczarowany Bran trochę bez przekonania zacząłem podchodzić na zamek w Rasnov, a trochę tych schodków trzeba było pokonać. W dodatku czułem jak pali mi się twarz, efekt opalania się poprzedniego dnia. Na dodatek głowę przykryłem czapką, opalony byłem tylko na pół. Nie dość, że paliła mnie twarz to czułem się jak idiota. Wdrapałem się jednak na zamek, zapłaciłem 10 leiów (ok. 10zł) i przepadłem. To było i jest absolutnie cudowne miejsce. Kapitalne widoki na miasto, na góry i klimatyczna zabudowa w środku. No i ta historia, byłem w zamku, którym władali zwykli chłopi! Niesamowite. Chciałem posiedzieć nieco dłużej w tym miejscu i pogapić się na okolicę, nie miałem jednak sił, twarz mnie paliła a oczy bolały od słońca. Pochodziłem jeszcze trochę po zamku i zacząłem zbierać się do Braszowa.

Refleksje po Ursusie

O 23 z minutami miałem pociąg. Usiadłem na ławce na starym mieście i pijąc miejscowe piwo Ursus (nie wiem czy miało taką moc czy ja byłem tak zmęczony, ale już po jednym czułem się pijany) rozmyślałem o tym, co przeżyłem tutaj w Rumunii. Przyjechałem w góry, ale przy okazji obejrzałem kilka ciekawych miejsc, a wszystko, cały ten wyjazd toczył się w rytmie adventure race. Takie miałem wrażenie. Bo było ekstremalnie. Pomyślałem, że na przyszłość warto byłoby ustalić sobie jeszcze przed wyjazdem jakie są moje oczekiwania. Bo jednak mimo, że byłem zadowolony z tego wszystkiego, co zobaczyłem, czego doświadczyłem to miałem uczucie niedosytu. Góry? Miały być całe Fogarasze, a co wyszło? Ano ledwie ich liznąłem. Rumunia jako taka? Oj, tu niedosyt jest ogromny, to wszystko co dane było mi ujrzeć to były takie wersje demo, wersje demonstracyjne… Tu po prostu trzeba przyjechać i wsiąknąć na dobre, pojeździć po miasteczkach i wioskach gdzieś na jakichś odludziach, przyjrzeć się jak żyją miejscowi, poczuć ten lokalny folklor.

Na pewno chciałbym tam wrócić, przyjrzeć się z bliska temu, na co tylko rzuciłem okiem, zjeść te lody, które tylko lizałem przez szybę. A rajdy? To forma, którą przyjął ten wyjazd, mało snu, brak porządnych noclegów i zmęczenie, które stale mi towarzyszyło. Nie tędy droga. Teraz już nie pamiętam, że byłem zmęczony i bolały mnie nogi, że przeziębiłem się w Fogaraszach też nie pamiętam, w pamięci zostają tylko te piękne chwile, ale warto pamiętać też o tym co nie było fajne.

Powrót do domu

Tak jak do Rumunii jechałem przez całą drogę sam tak powrót był nieco tłoczny. Okazało się, że do Suczawy wracam tym samym pociągiem razem z trzema sympatycznymi Polkami, które wybrały się same do Rumunii (i kto tu jest odważny?). Wreszcie miałem z kim porozmawiać i wymienić doświadczenia. W Czerniowcach spotkaliśmy kolejną polską trójkę, która wracała z Mołdawii i razem dojechaliśmy do Lwowa, w pociągu było dość sympatycznie, otwarte przedziały sprzyjały integracji, zwłaszcza, że w ukraińskich pociągach piwo można kupić bezpośrednio u konduktora…

Gdy wreszcie znalazłem się w Przemyślu poczułem małą ulgę, o! wreszcie jestem w Polsce, na więcej przemyśleń nie miałem czasu, śpieszyłem się na pociąg. Nawet te 16 godzin i 1000 kilometrów, które dzieliły mnie od domu nie wydawały się zbyt długie. Po wyprawie do Rumunii zmieniła mi się definicja długiej podróży. Nie przerażały mnie nawet przesiadki kolejno we Wrocławiu o 23, Poznaniu o 3 nad ranem i w Szczecin Dąbiu o 5 rano… Kilka minut po 6 w poniedziałek 4 maja wysiadłem w Wolinie. Nic nie poczułem, ani wielkiej radości, ani rozczarowania, że coś już się skończyło, tak jak gdybym zobojętniał przez tą długą podróż do domu. Po prostu wpadłem do środka, drzwi nie domknąłem, bo przecież wszedłem tylko na chwilę, byłem pewien, że niedługo znów ruszę w drogę…

Koniec…

-> Część pierwsza
-> Część druga

PS. Więcej zdjęć znajdziecie w galerii. Zapraszam!

Zobacz również:


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



13 Responses to Rumunia 2008 cz.3

  1. Petro mówi:

    No, Kuerti: http://www.youtube.com/watch?v=l8nqGg3He4E
    Przeszedłeś chrzest bojowy.

  2. mkrup mówi:

    widzę, że zaliczyłeś te same zamki co ja 🙂

    ja po powrocie domu nr.1 (spędziłem tam 20min), a potem do domu nr.2 (akademika) czułem się strasznie nieswojo i jeszcze mi do końca nie przeszło.
    najchętniej ruszyłbym dalej w drogę …
    czemu jeszcze tego nie zrobiłem – jak znajdę chwilę to zastanowię się na tym 😉

  3. Kuerti mówi:

    Petro,

    Jak ja nie lubię Akademii Pana Kleksa 😛

    mkrup,

    W pobliżu Braszowa to chyba taki must see, byłeś gdzieś jeszcze?

    Ja już mam 2 pomysły, a nawet 3. Jeden to góry, drugi rower, a trzeci kraj, daleki, może Afryka 🙂 . Będę ostro kombinował co by się gdzieś wyrwać, choć przed jesienią będzie ciężko…

  4. sebas mówi:

    Widze, ze zachorowales na zimowe Fogarasze 😉 Przejrzyj sobie ebaya/allegro/sklepy, powinno byc troche wyprzedazy sprzetu zimowego, dziaby, czekanik by ci sie przydal etc. -20% zawsze cos.

    A w temacie survivalowych elementow na wyprawach polecam ci knige Beara Gryllsa „Born Survivor” (nie wiem czy jest w jez. PL), gosc to byly zolnierz SAS [ http://beargrylls.blogspot.com ], wsio lekko napisane, duzo trikow min. jak przetrwac w terenie „sub-zero”. poza tym mozna zassac gdzies z sieci jego filmy Man vs Wild, apropos biednego kubka i moczu to jest gosc, ktory moczu nie wylewa za kolnierz, przewaznie nawadnia sie nim w co ciezszych momentach.. 😀

  5. Kuerti mówi:

    Sebas,

    Na ten cel pieniążki już są odłożone, tzn. będą odłożone jak już je wypracuje 😉 . Na pewno kupię raki i czekan. Przydałyby się również nowe buty i jakaś porządna kurtka na zimę. Ale na to już chyba nie starczy środków, chyba że zrezygnuje z wyprawy na jesień, wstępnie myślę o Maroku…

    Survival mnie w jakiś tam sposób pociąga, na razie tylko teoretycznie, ale chciałbym kiedyś spróbować pochodzić po górach właśnie w taki survivalowy sposób. Może np. gdzieś w Niskim?

    Dzięki za linka.

  6. sebas mówi:

    Maroko niesamowite, setki kilometrow gor praktycznie niewyeksplorowanych. mnie co jakis czas meczy wizja przejechania MTB (terenem) Plw. Synaj z zach na wsch, trasa albo przez Pustynie Tulacza i gory et-Tih albo przez Gory Wysokie i tamtejsze potezne kilkudziesieciokilometrowe doliny. pomarzyc mozna, marzenia nic nie kosztuja 😉

  7. mkrup mówi:

    w czasie tego weekendu poza Rumunią (Rasnóv, Brasóv, Bran, Sighisoara) byłem jeszcze na Ukrainie (Odessa) i trochę na Węgrzech (BP i Eger)

  8. Kuerti mówi:

    Nad Sigishoarą również się zastanawiałem, dużo straciłem? Jak Ci się podobało w Bran? Byłeś w środku? Warto było czekać na swoją kolej?

  9. RL mówi:

    Środek zamku można sobie darować. Ja wykorzystałem Bran jako bazę – z jednej strony Bucegi, z drugiej Piatra.
    A Sighisoara wg mnie trochę przereklamowana. Podobny opis średniowiecznego miasta ma Tallin – a on rzeczywiście robi wielkie wrażenie.

  10. mkrup mówi:

    Kuerti,
    Sigishoara podobała mi się bardzo, zresztą jak prawie wszystko w Rumunii – może trochę za dużo turystów.
    O Branie bardzo podobna opinia, zamek ciekawie zaprojektowany (te tajne przejścia 😉 )
    Trochę za ciasny jak dla mnie, chociaż mógłbym zamieszkać w nim dla samych widoków

  11. Kuerti mówi:

    mkrup,

    Z tym widokiem chyba się zagalopowałeś, naprawdę chciałbyś oglądać każdego ranka te stragany i tłumy kręcące się wokół nich? 😉 .

    Jeśli już mówimy o miejscach, w których można by zamieszkać to zdecydowanie Rasnov, to wzgórze jest po prostu magiczne.

  12. Monika:) mówi:

    Hej hej 🙂
    bardzo dłuuuuga:) i bardzo interesująca relacja z Rumunii!!!:) jestem pod wrażeniem 🙂 dobrze się Ciebie czyta:) a i dowiedzieć się można wiecej niż opowiadałeś na żywo.. 🙂
    poza tym dzięki za uwgzględnienie w opisie hihi 🙂

    ps. Zdjęcia zachwycają!!!!

  13. Kuerti mówi:

    Cześć Monika,

    Dzięki 🙂 . Wiesz, relacja pisana a ta na żywo to dwie różne bajki, na spokojnie mogłem sobie przypomnieć wszystkie fakty, ocenić je z perspektywy czasu itd. A na żywo, to na żywo, czysty spontan 🙂 . Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaRobbieSup https://pizdeishn.com/classic/365-goryachie-prikosnoveniya.html - Жесткие эро истории, Лучшие секс истории – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA