Góry no image

Opublikowany 14 sierpnia 2008 | autor Grzegorz Łuczko

13

Ultra w praktyce – Próba na GSS

Kuerti: Przed Wami relacja Piotrka Kłosowicza z próby pokonania Głównego Szlaku Sudeckiego (350km) w 72 godziny. Jak mu poszło dowiecie się z lektury tekstu, którego czytanie powinien umilić Wam kolejny etno-folko-wynalazek Petro – Matmatah z utworem „Lambe an dro”. To bretońska kapela rockowa, która już niestety nie istnieje, ale ten kawałek jak pisze sam polecający to sama rockowa energia, a co nieco bretońskiego też tam słychać!

Przypadek – próba na Głównym Szlaku Sudeckim 2008

O GSS myślałem już po przebiegnięciu Głównego Szlaku Beskidzkiego. Logicznym wydawało mi się powtórzenie następnej trasy, na której ktoś kiedyś będzie mógł się ze mną korespondencyjnie pościgać. Cały czas mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy zechcą poświęcić swój czas, żeby poprawić moje, niezbyt przecież wyśrubowane, wyniki na tych bardzo atrakcyjnych trasach. Zorganizowanie tam zawodów jest nierealne a przyjemnie byłoby móc porównać swoje czasy i wrażenia z inną osobą, która przeżyła tę samą przygodę. Poza tym jest to oczywiście kolejne duże polskie pasmo górskie i chociażby jako takie zasługuje na odwiedziny. Dlaczego więc nie odwiedzić go w całości?

GSS różni się charakterem od GSB. Startując od wschodu z Paczkowa (tam zaczyna się tradycyjna część szlaku, choć sam szlak czerwony jest dziś przedłużony o kilkadziesiąt kilometrów w stronę Prudnika) przez pierwsze sto kilometrów do pokonania mamy sporo asfaltowych i szutrowych przelotów a większą górą jest jedynie Śnieżnik. Oczywiście pomniejszych pagórów też nie brakuje. Potem za Dusznikami następują pokręcone Góry Stołowe a za nimi kolejny szutrowo-asfaltowy przelot w Góry Sowie, gdzie pęka połowa dystansu i następuje jeden z niewielu dłuższych przebiegów grzbietowych. Potem w Górach Wałbrzyskich kilka cycowatych górek, czyli góra-dół, góra-dół, przekroczenie Rudaw Janowickich, znów dolinny przebieg do Karpacza i wreszcie finisz – kilkadziesiąt kilometrów przez Karkonosze i Izery. Podsumowując, szlak jest zapewne szybszy niż GSB, niestety nie tak logiczny, bo wykonuje więcej zawijasów i stosunkowo krócej przebywa się w samych górach.

Atak na trzy doby w non stopie. Dlaczego? Żeby się sprawdzić, żeby przesunąć kilka swoich granic, wreszcie, nie oszukujmy się, żeby pokazać się z jakimś fajnie brzmiącym wynikiem. Szanse powodzenia od początku były nikłe, ale kto nie spróbuje, ten się nie przekona.

Data próby jak zwykle na ostatnią chwilę i przypadkowa. Suport – samochód z moim niezawodnym bratem dowożącym zaopatrzenie na wyznaczone punkty i kolega, który ma mi towarzyszyć drugiej nocy. Na trzecią noc towarzysza niestety brak. Może być ciężko.

Start o 18.00 z rynku w Paczkowie (nie z dworca, czyli długość szlaku to równo 350 km). Po dniu w samochodzie, bez wiwatów i kibiców zaczynam tuptać w stronę gór. Początek idzie świetnie, kilometry uciekają, mimo braku treningów w ostatnim czasie, a może właśnie dzięki temu, forma jest.

Plan jest taki, żeby przez pierwszą dobę narobić sobie zapas czasowy a przez dwie następne wystarczy trzymać się czasów z tabliczek PTTK. Do Śnieżnika super, zbieg do Międzygórza (54 km, 8 godz.) też szybko. No a potem kiła. Do Długopola gubię szlak kilka razy i cenne minuty uciekają. Niepotrzebne nerwy. Tych minut nigdy się już nie nadrobi, one skleją się w godzinę, później dojdą do tego kolejne minuty i godziny zmarnowane na przepakach i dziesięciominutowych drzemkach. Mimo, że bieg jest w nonstopie, na takie pierdółki ucieka sporo czasu. Ale nic to, wstaje dzień. Teraz dużo mokrych traw i asfaltów do Dusznik. Nuda, słońce i asfalt. Za to kilometry uciekają, chociaż jakby już nieco wolniej. Ciężko zmusić się do biegu. Ale z górki trzeba, korzystam z grawitacji, póki mi pomaga. Znowu mały burak, ale znajduję się wreszcie w Dusznikach (105 km, 16,5 godz.). Napycham się zamówioną pizzą. Za bardzo. Nażarty, w samo południe ruszam dalej. Muszę się na dziesięć minut położyć w cieniu, żeby ochłonąć i zacząć trawić, inaczej zwymiotuję. Nie ma mowy o biegu, pełny żołądek, nieludzka temperatura. Do przepaku w Karłowie tylko 28 km, ale wyraźnie mi nie idzie. Piję dużo, ale i tak mam wrażenie, że zaraz wyparuję w pełnym słońcu. Za Kudową kończy mi się woda. Ledwo lezę. Na Błędnych Skałach przypominam sobie, że wstęp jest płatny. A ja nie mam grosza przy duszy. Miła osoba w kasie widząc mój uśmiech numer trzy na zmęczonej gębie przepuszcza mnie za darmo. Ale w ustach ciągle sucho. Drobiąc krok za krokiem i podjadając jagody docieram do Karłowa. Wreszcie picie!

W zasadzie na razie jest ok. Lekkie odwodnienie przejdzie, norma wyrobiona, bo Karłów (133 km) wyznaczyłem sobie jako plan minimum na pierwszą dobę, a minęły 23 godziny. Teraz do Wambierzyc, gdzie na noc dołączy do mnie Krzysiek. Stopy trochę dają o sobie znać, ale jakoś tam truchtam. Ten odcinek jednak idzie mi powoli, zaczyna bardzo boleć mały palec prawej nogi. Dobra, naprawi się w Wambierzycach. Mięśnie zadziwiająco bez problemu poza górnymi partiami ud. Rzecz chyba nie do wytrenowania poza górami.

W Wambierzycach zmiana ciuchów i pierwsza operacja na stopach. Zaplastruje się i powinno być dobrze. Ruszamy. Dobrze nie jest, za bardzo boli. Wracamy. Bąbel na małym palcu lewej stopy to nie problem, ale paznokieć na prawej stopie boli przy każdym kroku, jakby mi go ktoś obcęgami wyrywał. Znam to już. Mam bąbel pod samym paznokciem. Trzeba się pod niego wkłuć igłą. Robi mi się przy tym lekko słabo, ale trochę krwi i płynu wypływa. Troszkę pomaga. Wybieram jeszcze inne buty i truchtamy powoli. Ale trzy kwadranse uciekły. Teraz byle wpakować się na grzbiet Gór Sowich, łyknąć połowę dystansu i tam godzinkę się przespać. Jednak przelot przez rozległą kotlinę idzie nam wolno. Nie truchtamy, bo trzeba pilnować szlaku, co po nocy w polach nie jest łatwe. Zresztą tym zajmuje się Krzysiek, ja lekko wyłączam się w marszu. Kamieniste drogi katują mój palec, wydaje mi się, że w ogóle się nie przemieszczamy, najwyżej powoli spacerujemy. Zarządzam dziesięć minut drzemki. Nie bardzo pomaga. Zaczyna się zejście, a jam muszę się opierać o Krzyśka, bo rwie mnie ten p…dolony palec i uda odciążające stopy zaczynają wymiękać. Te paręnaście kilometrów robimy wolniej niż przewiduje rozpiska PTTK. To zły znak. W Słupcu (162 km) spotykam brata, czeka tam na nas. Od startu minęło 31 godzin. Prawie połowa dystansu i prawie połowa czasu za nami. Szybka decyzja – wycof. Jedziemy spać.

Ot tak. Koniec. Po prostu. Żadnych wątpliwości co do decyzji. Wiedziałem, że nie dość, że nie utrzymam tego tempa, to będzie ono jeszcze spadać i czas wszystkich dodatkowych operacji się wydłuży. Nie było szans na ukończenie w trzy doby, za dużo czasu przepłynęło mi między palcami przez ostatnie parę godzin. Nie było już sensu się zajeżdżać. Myślałem, że padnę dopiero gdzieś za dwusetnym kilometrem. Wyszło inaczej. Z powodu malutkiego palca u nogi. Z powodu za dużej pizzy. Z powodu braku 5 PLN na picie. Z powodu wielu innych małych powodów. Choć sił nie brakowało, to czas uciekał a truchtać się już nie dało. Ciężko teraz wyjaśnić komuś, że mogłem coś zrobić a nie zrobiłem, bo bolał mnie palec. Nie urwało mi nogi, nie padłem z wyczerpania. Po prostu bolał mnie palec. Mały. Najmniejszy. I już.

Po przebudzeniu powtórka z operacji na palcu. Znowu bolesne wkłuwanie i tym razem spod paznokcia wylewa się masa płynu. Cały palec boli, bo wdał się stan zapalny. Utwierdzam się w przekonaniu, że decyzja była słuszna. Potem cały dzień zwiedzamy a ja kuśtykam. Za wiele kilometrów bym tak nie zrobił, nie w tej części trasy. Pod koniec tak, ale nie w środku.

Za to na drugi dzień w drodze do domu zahaczamy o Ślężę. Wbiegamy. Zbiegamy. Tak, bez problemu. Tylko, co z tego. Co z tego, że się nie zajeździłem, że zostały siły? Półtorej doby wcześniej nie byłem w stanie normalnie iść. Ultra to nie tylko forma i siła. To w bardzo dużym stopniu taktyka, własne sprawdzone patenty, umiejętność radzenia sobie z bólem. I łut szczęścia.

Wrócę na GSS pewnie za rok. Wezmę pewnie jeszcze więcej sprzętu i butów, zaangażuję w to pewnie jeszcze więcej ludzi. Poprawię drobne błędy. A wtedy być może spadnie deszcz albo zrobię sobie odcisk na pięcie. I być może znowu, mimo najlepszych przygotowań, jakiś drobiazg pokrzyżuje moje plany. Ale spróbuję na pewno jeszcze raz, bo wiem, że przy tym projekcie balansuję na swojej aktualnej granicy. Trzy dni po 120 km dziennie to jest coś, co brzmi absurdalnie, ale ja czuję, że dam radę. No i mam przecież rachunki do wyrównania, tego nie można tak zostawić.

Autor tekstu: Piotr Kłosowicz

Zobacz również:


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



13 Responses to Ultra w praktyce – Próba na GSS

  1. Tkp mówi:

    Po prostu Mistrz.

  2. Kazig mówi:

    Gratuluje podjęcia walki, biegowa zabawa z tymi wielkimi szlakami robi wrażenie, w porównaniu do tego przechodzonego bardziej kiedyśtam

    dwie uwagi, jak pamiętam też lazłem kiedyś czerwonym z Zieleńca do Międzygórza i zklinałem

    pizza, wiele osób i na rajdach bagatelizuje sprawę jedzenia, często zjedzona w niewłaściwym miejscu czekolada może być źródłem wycofu
    tylko makaron, tylko kuczak, kabanosy nic więcej

  3. Kuerti mówi:

    Tkp,

    Petro zaraz się rozpuści i nie będzie już miał kto robić takich głupich rzeczy 😉 .

    Kazig,

    A coś więcej? Co to znaczy to niewłaściwe miejsce? Może jakiś przykład?

    Petro,

    A nie korciło Cię, żeby powtórzyć GSB? Chodzi mi o styl w jakim go pokonałeś, czyli sam bez niczyjej pomocy. Wiem, że suport to wielka, wielka pomoc, ale własnie, czy nie chciałeś zrobić tego zupełnie „czysto”?

    Czy to już takie dystans i takie wyzwanie, że samotony bieg nie wchodzi w grę?

  4. Petro mówi:

    Kuerti,
    nie zrozumiałem, co tam poprawiać?

  5. Kuerti mówi:

    Petro,

    Chodziło oczywiście o zrobienie GSS w stylu GSB czyli samemu bez suportu.

  6. Petro mówi:

    E, nie, to nierealne, nie w tym czasie. W cztery doby jasne, ale w trzy ja bym nie dał rady na pewno. Zresztą moje założenie jest właśnie takie, że tamto była etapówka a to ma być próba innego stylu.

  7. beton mówi:

    Witam!
    Mam pytanko do Piotrka, jak liczysz czas swojego przejścia GSS, czy odliczasz od niego czasy postojów, przerw?
    Może ktoś wie jakie jest najszybsze obecnie przejście GSS?
    Od poniedziałku zapowiada się niezła pogoda, więc może sprubuję się zmierzyć z GSS.
    Pozdrawiam.

  8. Petro mówi:

    Nie, no czas leci cały czas, to chyba jasne.
    Nie mam pojęcia o czasach na GSS, raczej robiły go w miarę szybko tylko sztafety.
    Powodzenia i dobrej pogody.

  9. Kuerti mówi:

    Tomek,

    Koniecznie daj znać jak poszło! Również życzę powodzenia, mam nadzieje, że bedziesz miał lepszą pogodę niż tą, która ja mam za oknem (pada!) 😉

  10. beton mówi:

    Cześć! Niestety z próby nic nie wyszło, szefostwo nie dało mi urlopu, została mi do wykorzystania tylko sobota i niedziela. Trudno nie teraz to innym razem, ale na pewno do tego projektu wrócę.
    A żeby nie siedzieć w domu i być w formie jadę sobie jutro pobiegać po Gorcach.
    Pozdro.

  11. Kuerti mówi:

    Beton,

    Pewnie już w Gorcach siedzisz, ale.. Tak z ciekawości zapytam, jak szybko chciałeś zrobić GSS?

  12. beton mówi:

    Hej!Wyjeżdżam dziś wieczorkiem i od soboty rana będę już gdzieś na szlaku. Co do GSS nie było jakiegoś konkretnego planu, ale „po cichu” chciałbym złamać 70h. Nigdy tak naprawdę nie planuje swoich startów-wszystko wychodzi w trakcie prania, jak jest para w nogach to ostro do przodu, jak nie to spokojnie i powoli, samo przejście GSS niezależnie od czasu w jakim bym je pokonał to i tak wielka frajda.
    Przy okazji moja rada co do półmaratonu, jeśli się wahasz co do tempa to pierwszą połowę zacznij trochę wolniej np. na 1:40, jeśli po 10-12 km stwierdzisz że masz jeszcze spore rezerwy- przyspiesz, wynik w granicach 1:35-1:38 nie da ci jakiegoś rewelacyjnego miejsca, ale satysfakcja z tego że na końcówce to ty wyprzedzasz a nie jesteś wyprzedzany gwarantowana.
    Powodzenia.

  13. Kuerti mówi:

    Beton,

    Kurde, 70 godzin to nie w kij dmuchał.. Piotrek chciał połamać 72h, co mi wydawało się czymś kosmicznym, a Ty podbijasz stawkę o 2 godziny! Z tą frajdą przy czasie oscylującym w okolicach 70 godzin to bym nie przesadzał ;). Choć zależy kto co rozumie pod tym terminem. Tak czy inaczej ambitny plan sobie postawiłeś!

    Na półmaraton nie jadę z myślą i ściganiu się i walce o miejsca, niestety nie ta liga ze mnie 😉 . Chcę zrobić jakąś sensowną życiówkę, połamanie 1:30 nie wchodzi w grę, a czas poniżej 1:35 wygląda całkiem ciekawie, pytanie czy dam radę? Twoja porada brzmi mniej więcej tak jak moje założenie – początek chcę zacząć ostrożnie i ewentualnie później przyśpieszyć, z czym może być różnie… Dzięki za uwagę!

    No i miłej zabawy w Gorcach! Tak z ciekawości zapytam, jedziesz na rekreacyjny weekend czy chcesz ostro potrenować? Pewnie odpowiesz na to pytanie dopiero po powrocie, więc może napisz kilka słów jak było i jakie traski zrobiłeś!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

  • ARCHIWA