Góry no image

Opublikowany 13 maja 2008 | autor Grzegorz Łuczko

13

Rumunia 2008 cz.2

Dzień był ciepły i słoneczny, gdzieś obok słychać było szum potoku a droga leniwie i niezbyt stromo pięła się w górę. „No to udało Ci się stary, oto jesteś tu gdzie zapragnąłeś dotrzeć, cieszysz się?”. Głupie pytanie. Nie rozpatrywałem tego swojego małego zwycięstwa w kategoriach radości i smutku. Po prostu tam byłem, moje mentalne ja dołączyło do fizycznego i wszyscy we trójkę spotkaliśmy się w jednym miejscu, rzut beretem od Turnu Rosu. W Rumunii. Dwa tysiące kilometrów od domu. Pewien etap podróży zakończył się , paradoksalnie ten, który teoretycznie wydawał mi się najmniej ciekawy, dojazd na miejsce. Poczułem lekkie zniechęcenie, nie podobało mi się tutaj. Droga była brzydka, plecak ciężki a ja czułem się zmęczony podróżą. Pomyślałem wtedy, że fajnie byłoby znaleźć się już z powrotem w domu. Ogarnął mnie chyba mały kryzys, trafiłem na ten ciężki moment, pomiędzy realizacją pewnego celu a nakreśleniem kolejnego punktu, do którego chcemy podążyć. To wszystko jednak rozgrywało się gdzieś na obrzeżach psychiki, szedłem w górę i nie miałem za bardzo innej możliwości.

Wreszcie w górach!

Plan na ten dzień był taki: dojść gdzieś na grań i przenocować. Ciągle czułem ten lęk, który pojawił się w pociągu do Turnu Rosu. Obawiałem się tego, co czeka mnie tam na górze. Po jakiejś godzinie marszu dotarłem na koniec drogi i zacząłem wspinaczkę leśnymi zboczami. Po jakichś dwóch, może trzech godzinach byłem wreszcie na grzbiecie. Zachodnia część Fogaraszy przypomina nieco nasze swojskie Bieszczady, stosunkowo łagodne podejścia prowadzą wśród szerokich połonin. Obejrzałem się dookoła, ani żywej duszy. Na dole, w świetle poranka błyszczały czerwone dachówki w okolicznych wsiach, tam gdzieś było życie, ale tutaj na górze świat należał tylko do mnie. Co chwila rzucałem okiem na wschodnią część grzbietu, tam gdzie znaleźć miałem się dopiero za kilka godzin.

Wkrótce opuścił mnie ten irracjonalny lęk, wszedłem w pierwszy śnieg i okazało się, że maszeruje się bardzo przyjemnie, ryzyka nie było żadnego, wciąż poruszałem się po połoninach. Jeszcze będąc na dole popełniłem wielki błąd, który później miał decydujący wpływ na decyzję jaką podejmę, nie napełniłem butelki z wodą, a tutaj wyżej, nie było takiego miejsca, w którym mógłbym to zrobić. Od kilku godzin więc szedłem bez wody. Zwykle na co dzień piję jej sporo, w zasadzie nigdy nie odczuwam pragnienia, a tutaj w Fogaraszach pierwszy raz od dawna chciało mi się pić, z godziny na godzinę coraz bardziej.

Gdzie mi się tak śpieszy?

Z Turnu Rosu wyszedłem o 9 rano. Na grzbiecie byłem około 12, miałem więc naprawdę sporo czasu na dalszą wędrówkę. Nieustannie jednak towarzyszyło mi pytanie po co ja tak pędzę? Chciałem zajść tego dnia jak najdalej, nic sobie nie robiłem z tego, że po 3 dniach w drodze, bez snu porwałem się na „dzień dobry” na 2000 metrowe podejście. Nie czułem zmęczenia, to był raczej amok. Taki w jaki wpada się podczas zawodów, zmęczenie zepchałem na boczny tor, liczyła się jedynie droga. Na rajdzie jednak mam jasny cel – kolejny punkt kontrolny a w dalszej perspektywie metę. Tutaj w górach ja sam decydowałem o wszystkim. To było totalne. Parłem przed siebie jak opętany. Pomyślałem, że to jest popierdolone, tak się męczyć i że zaczynać wszystko od końca skali też takie jest. Wspomniałem sobie pierwszą moją wycieczkę, marsz pieszy. Z kolegą zrobiliśmy 80 kilometrów.. na raz. Mój pierwszy bieg to 100 kilometrów na Harpaganie. A pierwsze doświadczenie zimą w górach to samotny wypad w Fogarasze… Przeraziła mnie ta ekstremalność moich poczynań. To wszystko było strasznie głupie. Ale może to jest jakaś droga?

Chwila strachu…

Około 15 natrafiłem na małą zadymkę, byłem przekonany, że pogoda popsuła się na amen i przyjdzie mi zanocować w tym miejscu, mijałem akurat skupisko skałek. Rozłożyłem płachtę i śpiwór i wpakowałem się do śpiwora. Po 15 minutach było po wszystkim. Szkoda mi było dnia, do zachodu słońca pozostało jeszcze sporo czasu, ruszyłem więc dalej. W tym miejscu, do końca nie wiedziałem nawet gdzie jestem – może to były okolice przełęczy Suru? – tu mniej więcej kończyła się część z połoninami, wkroczyłem w wyższe partie. Wokół pełno śniegu, a ja trawersuje stok. Nachylenie średnie, śnieg zmrożony, sam siebie przekonuje siebie, że nie ma zagrożenia lawinowego, mimo to czuję się strasznie niepewnie. Przede mną na horyzoncie góruje wielka biała góra. Czuję się onieśmielony jej obecnością. Ruszam w poprzek stoku i nagle przystaję, chyba schodzi lawina! Serce wali mi jak szalone, cofam się i z przestrachem spoglądam na stok, nic. Cisza. Przywidziało mi się tylko, jestem naprawdę zmęczony i niewyspany, czuję się tak jak na zawodach po kilkudziesięciu godzinach napierania. Wychodzę na grzbiet i szalony wiatr przeszywa mnie na wskroś, w dole majaczy jakaś przełęcz, a powyżej wspomniana biała góra. Wieje bardzo mocny wiatr. Jest około 16, nie mam wody, a dalej zaczyna się ciężki teren. Poza tym co tu dużo mówić trochę się boję, ta góra mnie przeraża ale jednocześnie przyciąga jak magnes.

Straszna biała góra

Rezygnuję. Posyłam górze ostatnie spojrzenie i wracam z powrotem, do „moich skałek”. Pogoda psuje się już na dobre. Mocno wieje, od czasu do czasu pada śnieg. No i jest bardzo zimno. Czym prędzej chowam się do śpiwora. Jeszcze nigdy nie spałem w górach, w dodatku tak wysoko. Jest mi ciepło ale wiatr wyczynia harce z moją płachtą biwakową. Moja przestrzeń życiowa skurczyła się do powierzchni śpiwora, zasunąłem zamki płachty i pogrążony w ciemnościach próbowałem zasnąć. Wiatr nie ustaje. Cały czas wydaje mi się, że ktoś nieustannie szarpie za moje legowisko, a to tylko wiatr… Zwaliłem się do śpiwora tak jak stałem, we wszystkich ciuchach. Nie było jak się przebrać, na zewnątrz zawierucha, w środku przynajmniej jest ciepło. Zaczynam parować, te wszystkie przepocone ciuchy, moje 4 dniowe zmęczenie zaczyna „oddychać”, poza tym jest twardo i cały czas nieprzyjemnie wieje. Co raz zasypiam na chwilę, to budzę się. Z wytęsknieniem czekam na świt…

Odwrót…

Postanowiłem wrócić, później długo będę rozpamiętywał tą decyzję, ale wtedy wydało mi się to najwłaściwszym wyjściem. Nie miałem wody, w nocy dostałem ostro w kość, na dodatek zgubiłem jedną polarową rękawiczkę i zostałem tylko z parę cienkich „biegówek”, a tam wyżej bez rękawiczek byłoby cholernie ciężko… Schodzę. Nieco poniżej miejsca, w którym nocowałem znajduję wodę, nie myślę jednak zbyt logicznie – może to zmęczenie, albo odwodnienie? – i nie napełniam butelki. Nie pytajcie dlaczego, sam nie wiem. Może myślałem, że po paru godzinach będę z powrotem w Turnu Rosu?

Jestem panem gór!

Czuję zimno w ręce. Dopiero po kilkunastu minutach udaje mi się je rozgrzać. Na pierwszym podejściu wychodzi wczorajszy dzień, to zmęczenie i chyba przede wszystkim odwodnienie, ledwo co podchodzę, nie mam kompletnie sił… Myślę nawet czy nie zejść na krechę w dół doliny, ale to jest w zasadzie niemożliwe, prędzej zabiłbym się niż zszedł cało w dolinę. Wracam więc tą samą drogą. Nieopodal widzę chmury zawieszone między kilkoma grzbietami, wyglądają jak górskie jeziorko, cudny widok. Tu gdzie jestem jest jeszcze bardzo zimno, ale na dole widać już słońce. Myślę, że musi im być tam całkiem ciepło podczas gdy ja marznę. Jak tylko sięgnąć okiem przed siebie i za siebie góry. I pustka. Wszechogarniająca pustka w Fogaraszach we wtorek o 5:30 rano. Gdybym miał tłuc się przed te 60 godzin tylko dla tego widoku i tego uczucia wolności nie wahałbym się ani chwili, żeby to powtórzyć. Na te kilka niesamowitych chwil stałem się panem gór. Kroczyłem przez główną grań niczym król. To było wyjątkowe doświadczenie.

Złość

Podniosły nastrój szybko prysnął. Byłem cholernie zły na siebie, że nie zabrałem wody, że zgubiłem rękawiczkę, ale przede wszystkim na to, że zawróciłem. Było mi żal straconej szansy. Chciałem, żeby decyzja o odwrocie wypłynęła z trudności, których nie mógłbym pokonać, a nie z własnej słabości. Przegrałem i byłem tym faktem rozczarowany. Na domiar złego czułem się bardzo słabo. „Czy to jakiś pierdolony rajd? Przecież to jest wycieczka krajoznawcza, kurwa mać, a nie rajd!” kląłem w duchu. Chciałem jak najszybciej zejść z gór, gdzieś odpocząć, nabrać trochę sił. Byłem w kiepskim nastroju, nie bardzo wiedziałem co robić dalej. Plan był taki, żeby w Fogaraszach spędzić co najmniej 3-4 dni. A ja już drugiego dnia wracałem pokonany. Po raz drugi na tej wyprawie pojawiła się myśl o powrocie do domu.

Pamiętam swój pierwszy wyjazd w góry, to było kilka lat temu w Bieszczadach. Byłem sam, choć początkowo mieliśmy jechać ze znajomymi w trójkę, wiadomo, ludzie się wysypali i zostałem sam. Pierwszy raz znalazłem się tak daleko w górach i w dodatku sam. Pamiętam, że strasznie, ale to strasznie chciałem wracać. To było zniewalające uczucie, wręcz paraliżujące. Jakoś jednak przetrwałem i później już się nie powtórzyło, a przynajmniej z taką intensywnością. Teraz również ta myśl o powrocie nie miała takiej siły. Ponadto ubrana była w absurdalny kostium. Przecież ja byłem 2 tysiące kilometrów od domu! 3 dni jazdy! Ta myśl była po prostu absurdalna, chęć na powrót przeszła mi momentalnie.

W Braszowie

Postanowiłem dostać się do Braszowa, a później ruszyć w Bucegi, równie wysokie co Fogarasze, ale o znacznie łagodniejszym charakterze. W Podu Olt wsiadłem w pociąg do miasta. W lokalnych pociągach rumuńskich zaobserwować można ciekawą praktykę. Tam ludzie nie kupują biletów, po prostu wręczają zwitki pieniędzy konduktorowi, który jest niepodzielnym władcą swojego pociągu. Ja kupiłem bilet, ciekawy czy gdybym wręczył mi zawinięty banknot przyjąłby go? Znowu jechałem szynobusem, no i śmierdziałem. To było dość krępujące. No ale co miałem zrobić? W Braszowie wysiadłem ledwo żywy, zupełnie bez życia powłóczyłem nogami i marzyłem o normalnym noclegu, a przede wszystkim prysznicu! Pierwszy hotel, do którego trafiłem miał pokoje, ale za 130 leiów (ok. 130zł), uprzejmie podziękowałem i zapytałem gdzie tu przenocuję w rozsądnej cenie. Dostałem namiar na sympatyczny hotelik „Rolling Stones” i tam spędziłem noc. No i wreszcie się umyłem, po czterech dniach to było naprawdę odświeżające!

Samo miasto początkowo nie zachwyca, trochę rozśmieszył mnie kiczowaty napis a’la Hollywood na okolicznym wzgórzu. Wystarczy jednak wejść na starówkę żeby szybko zmienić zdanie. Braszów nazywają rumuńskim Krakowem, jest w tym nieco przesady, ale z pewnością warto je odwiedzić. Przypomina mi trochę Sybin, stare miasto, wąziutkie uliczki. Może dlatego, że oba miasta leżą niedaleko Fogaraszy? Jedno na wschodnim, drugie na zachodnim ich krańcu. Samotny wyjazd ma to do siebie, że w takich chwilach jak ta, w której wieczorem wyszedłem przejść się po mieście nie ma się do kogo odezwać, nie ma z kim podzielić wrażeń, nie ma z kim napić się piwa. To duży minus takich wyjazdów, tak jak w górach uwielbiam być sam i mi to zupełnie nie przeszkadza tak w mieście wolałbym podróżować z kimś.

Sinaia

Rano kupiłem bilet do Sinai, górskiego kurortu u stóp Bucegów. 45 kilometrową trasę pociąg pokonał w oszałamiającym czasie półtorej godziny. Rumuńskie pociągi są dość wolne, ale przynajmniej przyjeżdżają na czas, możę właśnie dlatego, że są takie wolne? W miasteczku do „obskoczenia” miałem jeden monastyr i 2 zamki. Specjalnie użyłem tego słowa, bo to było zwyczajne „zaliczenie” tych miejsc. Monastyr? O jaki łady, pstryk – mam fotkę, dalej! Tak naprawdę byłem podziębiony po noclegu w górach, bolała mnie głowa i ogólnie czułem się słabo. Po prostu rozkładało mnie. Monastyr choć pięknie wyszedł na zdjęciach nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia, ot miejsce jakich tysiąc na świecie. Nie mogłem wydusić z siebie nic więcej ponad myśl „no ładny”. Lubię czuć miejsca, chłonąć klimat, samo oglądanie mnie nie fascynuje.

Zamek jeden i drugi nieco zaburzył mój stoicki spokój, po prostu oba były bardzo ładne i zrobiły na mnie spore wrażenie. Czas jednak było wrócić tam gdzie czuję się najlepiej, czyli w góry. Miałem wreszcie mapy, i Foagaraszy – na przyszłość i Bucegów – na teraz. Wyciągnąłem kijki i zacząłem podchodzić na parkowe zbocze tuż przy zamku, szło mi to strasznie topornie, nie miałem sił i większych chęci na górskie eskapady. No i ten szlak, na który miałem trafić ale go nie było. Ufnie jednak pomaszerowałem w obranym przez siebie kierunku, w końcu miałem jakieś tam obycie z mapą zdobyte dzięki startom w rajdach przygodowych. No i faktycznie po kilkunastu minutach odnalazłem niebieskie znaczki, ale już po chwili znów je zgubiłem, wkurzyłem się i po prostu zacząłem podchodzić pod stromy stok. Szlak pewnie szedł gdzieś kawałeczek dalej a ja wcieliłem się w rolę Syzyfa, z tą tylko różnicą, że brakowało mi kamienia, który wtoczyć mógłbym na sam szczyt. Wylewałem siódme poty i zastanawiałem się nad swoją głupotą, ale w sumie było mi wszystko jedno. Po kilkudziesięciu minutach byłem już na górze dobrze już rozgrzany.

W Bucegach!

Z ciekawości zmierzyłem sobie tętno na podejściu, powiedzmy, że to było coś ok. 180 uderzeń na minutę. Okazuję się, że przy takiej intensywności objawy przeziębienia przechodzą jak ręką odjął! Czułem się zdrów jak ryba, napieranie lekiem na całe zło? Wyszedłem w okolicach schroniska i znowu zgubiłem szlak. Zaczął padać deszcz, co było nawet przyjemne po tym morderczym podejściu, na którym ostro się zgrzałem. Straciłem w tym miejscu jakieś 30 minut zanim znów się odnalazłem. O Bucegach ktoś napisał, że to są góry dla „ceprów”. Coś w tym jest, stromo jest tylko do 2 tysięcy metrów, a później wypłaszcza się i wędrówka nie stanowi problemu. Gdyby komuś i tego było mało, to na te 2 tysiące może wjechać wyciągiem. Trochę mnie to irytowało, pokonany w Fogaraszach wylądowałem w górach dla „ceprów”, no to ładnie!

Koniec części drugiej… Ciąg dalszy nastąpi.

-> Część pierwsza
-> Część trzecia

PS. Więcej zdjęć znajdziecie w galerii. Zapraszam!

Zobacz również:


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



13 Responses to Rumunia 2008 cz.2

  1. sebas mówi:

    nie powiem, zebym po lekturze tych 2 czesci nie mial checi sie teraz zebrac i ruszyc gdzies przed siebie w pagory… apropos Turnu Rosu, przeklimacik 🙂 chyba tylko zadupia maja juz dzis prawdziwe klimaty

    ps. jak w Fogaraszach bylo z temperatura w nocy na grani? na jakiej wysokosci sie rozlozyles mniej wiecej?

  2. Kuerti mówi:

    Sebas co się nie chwalisz? Widziałem Twój tekst w magazynie RowerTour (głupia nazwa 😉 ). Powiało lekkim ekstrimem 🙂 . Fajny tekst!

    Po ZAT Ci przejdzie na jakiś czas ruszanie się 😀 . No ale nie powiem, żeby spokojnie siedział w domu, ruszyło by się znowu gdzieś w drogę…

    W Fogaraszach spałem na pewno powyżej 2000m, może 2100, może 2200, na pewno w tych widełkach 2000-2200. No i było zimno, przymroziło, nie miałem termometru (a chciałem wziąć jakiś poręczny co by sprawdzić jak się śpiwór sprawdzi w danej temperaturze), ale tak na oko powiem, że kilka stopni mrozu było (2 może 3?).

    W tej temperaturze Marmot Wave III dał sobie radę, było ciepło. Ale czuć było trochę wiatr, nie byłem do końca osłonięty skałą. Generalnie jestem zadowolony, no ale ta waga! 2kg to stanowczo za dużo, chyba będę musiał kupić jeszcze jeden śpiwór, z komfortem do 0, jak najlżejszy, a Marmota zostawić na cięższe warunki.

    Choćby Fogarasze :> . Bo nie ma bata, ja tam wracam.

  3. sebas mówi:

    wschod slonca w Fogaraszach z tymi morzami mgiel w dolinach, krystalicznym ksiezycem, dla mnie esencja gor 🙂 ale nocleg w tych warunkach z wiatrem musial byc ciezki.

    ps. dzieki, w sumie mial byc to tekscik jazdy z klimatem 😉
    ps2. apropos wschodu slonca, co prawda nie ten kaliber, bo Beskidy i cieple lato, ale tez wspominam http://www.rower.com/images/conowego2/wschodSzczebel/album/index.html

  4. sebas mówi:

    ps3. ile dales za Marmota Wave III?

  5. Kuerti mówi:

    Sebas,

    Świetnie zdjęcia! Strasznie klimatycznie prezentują się te mgły o poranku… Ten widok z Fogaraszy, zawieszone chmury to jedno z moich marzeń górskich. Prawie mi się udało je zrealizować, ale czekam na chwilę gdy będę stał gdzieś na szczycie a wokół mnie będzie samo „mleko”… Kurde noclego był ciężki, ale ja po tych doświadczeniach rajdowych nie jestem w stanie obiektywnie ocenić trudności. Inaczej odczuwam zmęczenie, patrzę na nie z innej perspektywy.

    Śpiwór kosztował mnie 360 złotych. Gdyby ważył te 300 gram mniej (z pokrowcem) to byłbym zadowolony, a tak te 300 gram mnie wyprowadza z równowagi 😉

  6. Faalka mówi:

    Kuerti – piszesz rewelacyjnie! 🙂 Czytam z autentyczną ciekawością opisy Twoich zmagań z sobą, z drogą i górami.

    Zgadzam się, co do Suczawy – smutne, dołujące miejsce. Ale za to Fogarasze są przepiękne! Też tam kiedyś wrócę 🙂 Chcieliśmy przespać się na przełęczy przy schronisku (przy Trasie Transfogaraskiej) – w sierniu, więc powinno być całkiem ciepło. Zrezygnowaliśmy, bo się zrobiło mroźnie a już wcześniej przemarzliśmy na wysokości pow. 1000 m.

    Pozdrawiam i życzę szybkiego powrotu na fogaraskie trasy 🙂

  7. Kuerti mówi:

    Faalka,

    Witam i dziękuje. Faalka to od Falki inaczej zwanej Ciri? 🙂 .

    Udało Ci się idealnie opisać mój blog, bo to właśnie takie zapiski ze zmagań ze sobą, z drogą i górami.

    A teraz już na temat:

    Bardzo ładne zdjęcia na Twojej stronie! No i sierpień to inna sprawa niż jeszcze zimowy maj. Akurat Fogarasze mają chyba ostrzejszy klimat niż podobnie wysokie ale łagodniejsze Bucegi, w Fogaraszach było znacznie zimniej.

    Zastanawiałem się czy warto było odwiedzić Sigishoare – po Twoich zdjęciach widzę, że tak! Uwielbiam takie urokliwe wąskie przejścia, no i te kolorowe domki. Będzie co oglądać następnym razem 🙂 .

  8. Faalka mówi:

    Faalka jest od falki ~ czy inaczej mówiąc tyldy. A tylda znajduje się na klawiturze całkiem blisko qwerty 😉 To dłuuga historia 🙂

    Zdjęcia w zdecydowanej większości są autorstwa mojego męża. Moje są właściwie tylko galerie biegowe.

    O mrozie w sierpniu pisałam własnie w tym kontekscie. Maj w Fogaraszach to jeszcze zima. Trzeba mieć zimowe ubrania, dobry śpiwór i namiot.

    Sigishoara jest piękna ale bardzo zatłoczona. Po ulicach przepychają się tłumy turystów. Zdjęcia były robione ok. 5-6 rano, kiedy większość rozsądnych ludzi – na wakacjach – jeszcze śpi 🙂

  9. Faalka mówi:

    Ale Sapkowskiego czytałam. I bardzo się podobało.

  10. Kuerti mówi:

    Faalka,

    Qwerty to całkiem blisko Kuertiego, bo tak w początkowej fazie brzmiała ma ksywka 😉 .

    Sibiu o 6 rano również był pusty, ale Sigishoara wydaje się bardziej kolorowa, żywsza. Przynajmniej na zdjęciach się tak prezentuje.

  11. Adam mówi:

    Tak?! A ja myslalem, ze „Kuerti”, to fonetyczna ewolucja pierwotnego „Qwerty”.. 🙂

  12. Kuerti mówi:

    Dokładnie jest tak jak piszesz Adam, trochę się zamotałem 😉

  13. Faalka mówi:

    cyt.: „Qwerty to całkiem blisko Kuertiego, bo tak w początkowej fazie brzmiała ma ksywka”

    Tak też właśnie pomyślałam 🙂
    Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaRobbieSup https://pizdeishn.com/classic/365-goryachie-prikosnoveniya.html - Жесткие эро истории, Лучшие секс истории – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA