Góry no image

Opublikowany 12 maja 2008 | autor Grzegorz Łuczko

11

Rumunia 2008 cz. 1

„A więc tak to wygląda?”. Siedzę właśnie w pociągu do Przemyśla i zastanawiam się nad prostotą tego wszystkiego, przecież jeszcze kilka dni temu nie mogłem spać po nocach, a teraz ot tak sobie siedzę i czekam na to, co przyniesie przyszłość. Cały ten lęk, który mnie prześladował od jakiegoś czasu został za zamkniętymi drzwiami. Jakie to wszystko jest cudownie proste, wystarczy wsiąść do pociągu… Może nawet byle jakiego?

Przez Polskę…

Największym wyzwaniem w wyprawie do Rumunii był dla mnie sam dojazd. Perspektywa około 60 godzin, które miałem spędzić w podróży nie wyglądała zbyt zachęcająco, jednocześnie było coś pociągającego w pokonaniu kolejnej granicy, do tej pory moja najdłuższa jazda trwała 20 godzin – ledwie 20 godzin! Trasę do Przemyśla przespałem, na tyle ile można mówić o śnie w niewygodnym fotelu. Około południa w sobotę stanąłem na peronie po drugiej stronie Polski. To właśnie od tego momentu naprawdę zacząć miała się moja wyprawa w terra incognita. Do Medyki dotarłem busikiem wypchanym po brzegi turystami, którzy podobnie jak ja zmierzali na podbój Wschodu oraz lokalnymi cwaniaczkiami, dla których granica była tylko miejscem pracy i niczym więcej.

Granica

Samo przejście tego odludnego miejsca (czy wszystkie granice muszę leżeć na „końcach świata”?) to dość ciekawe doświadczenie. Mimo że dopiero mieliśmy koniec kwietnia słońce prażyło niemiłosiernie, stałem w tej kolejce i obserwowałem miejscowe „mrówki” ich małe (z mojej perspektywy) problemy, że dziś stoi ten a ten, a ten przecież to straszny chu… Czas płynął a cała kolejka z wolna przesuwała się w stronę małych drzwiczek przed już ukraińskim budynkiem odprawy paszportowej. Ściśnięty pomiędzy spocone i nagrzane słońcem ciała współtowarzyszy mej wędrówki z wolna, nawet nie tyle, co przesuwałem się, co prześlizgiwałem coraz to dalej i dalej. Tak chyba właśnie musi przesuwać się lodowiec…

Wreszcie jestem! Z miejsca me oczy atakuje wszędobylska cyrylica, której ni w ząb nie rozumiem. Nieco oszołomiony ruszam naprzód, byle dalej od tego skupiska ludzi, które zostawiłem za sobą. Następnym celem na mojej drodze był Lwów, tym samym rozpocząć miałem prawdziwą wędrówkę w świecie, w którym jak straszył mnie znajomy przed wyjazdem, transport trzeba sobie samemu załatwić. Jak się później okażę to wcale nie było takie trudne! Wsiadłem w marszrutkę i za 14 hrywień popędziłem w kierunku Lwowa.

Lwów

Wysiadłem z busa tuż obok monumentalnego budynku dworca głównego. Było ciepłe sobotnie popołudnie a ja z niedowierzaniem rozglądałem się wokół. To taka myśl „o kurdę! Ja naprawdę tutaj jestem!”. Człowiek nie jest jeszcze oswojony ze swoją sytuacją, przecież 20 godzin temu byłem w domu, a teraz tutaj w mitycznym wręcz Lwowie, o którym wcześniej czytałem jedynie w książkach i słyszałem z opowieści. Mentalnie byłem jeszcze w domu, fizycznie skierowałem właśnie swe kroki w miasto, bez planu, bez żadnych opisów, ruszyłem tam gdzie ujrzałem coś interesującego. Być może jeśli chodzi o „zwiedzanie” jestem ekstremistą. Już samo to słowo budzi we mnie szczerą odrazę. Z niesmakiem przyglądałem się tym wszystkim wycieczkom, które oprowadzał przewodnik, „czujecie” to porównanie? Przewodnik to pasterz, a turyści to bydło, które wypasa. Ta sama bezmyślność i ta sama beznadziejna powtarzalność. Szur, szur, szur, stop! Zdjęcia i kilka słów komentarza. Szur, szur, stop! Zdjęcie… Równie dobrze ci ludzie mogliby obejrzeć sobie film na video…

A więc jestem turystycznym ekstremistą. Z początku miasto nie zachwyciło mnie. Owszem było coś niesamowitego w tym wszystkim, ale może bardziej na zasadzie nowości, czegoś nieznanego. Dopiero z czasem zacząłem odkrywać piękno Lwowa. Opuściłem główną arterię miasta i zagłębiłem się w tysiącu urokliwych uliczek starego miasta (ale czy cały Lwów to nie jedno wielkie stare miasto?!) i przepadłem na amen! Zwyczajnie się zgubiłem, nie miałem planu miasta, żadnych opisów, niczego, po prostu chłonąłem to, co pojawiało się przed moimi oczyma. Im dłużej błądziłem w tych wszystkich przesmykach, zaułkach tym bardziej Lwów zaczynał mi się podobać. Gdzieś w jakiejś uliczce zauważyłem wejście do ormiańskiego kościółka. Z zewnątrz daleko było mu do tych najokazalszych zabytków i budowli, jednak ten powiew egoztyki, który krył się za tym sformułowaniem „ormiański kościół” nakazał mi wręcz wejść do środka. Trwała akurat msza, a może to były „zwyczajne” modły? Kilkunastu osobowa grupa wiernych oddawała się śpiewnym modłom. Wyszedłem oczarowany.

Bo Lwów to czarujące miasto. Mieszanka wschodniej egzotyki, folkloru z historią, której świadectwo oglądać możemy w całym mieście. Podobało mi się to, że w tramwajach bilety sprzedają panie przypobrane w babcine fartuchy, podobało mi się to, że bilet na tramwaj kosztuje tylko 35 kopiejek, a prędkość z jaką porusza się pojazd przypomina turystyczne kolejki do pokazywania miasta, podobało mi się to, że jakiś facet zatrzymał się na środku skrzyżowania, żeby wysadzić kolegę, przez co ruch został na chwilę wsztrzymany, ale nikt się tym nie przejął… Podobało mi się to, że obok wypasionych Hummerów i najnowszych modelów Mercedesów jak gdyby nigdy nic stoją stare jak świat moskwicze i wołgi, pomiędzy, którymi przechadzają się równie wiekowe babuleńki… Gdy tak przyglądałem się temu wszystkiemu pożerając Big Maca w świątyni globalnej „takosamości” pomyślałem, że świat się kurczy, niedługo wszystko będzie takie samo i nie będzie trzeba ruszać się z domu, bo i po co? Ten widok, który ujrzę za rogiem domu będzie tym samym widokiem, który ujrzę tysiąc kilometrów dalej… Mam jednak nadzieje, że proces unifikacji potrwa jeszcze trochę i będzie mi dane obejrzeć wszystkie cuda tego świata… A przynajmniej większość z nich.

Na Suczawę!

Lwów mnie pochłonął, opuszczałem go szczerze zachwycony. Kolejnym przystankiem w drodze do Rumunii były Czerniowce, większe miasto usytuowane niedaleko granicy z Rumunią. Z kupnem biletu na szczęście nie było najmniejszych problemów, a ostrzegano mnie, że takowe mogą się pojawić. Wybrałem sobie dość niefortunny termin wyjazdu – prawosławna Ukraina świetowała Wielkanoc. Podróż na Ukrainę składa się z mniejszych i większych szoków kulturowych. Wagon z otwartymi przedziałami do spania tzw. plackartnyj to szok z tych średniego kalibru. Jednak uroki podróży w tego typu wagonie odkrywać miałem dopiero w drodze powrotnej, tymczasem czym prędzej wyłozyłem się na swoim miejscu, żeby urwać jak najwięcej snu, drugiej już nocy z kolei, którą spędzić miałem w pociągu.

W Czerniowcach wylądowałem o 3:50 nad ranem. Po cichu liczyłem na to, że znajdę jakąś grupkę Polaków, z którą będę mógł się zabrać dalej w kierunku Suczawy, jednak moje nadzieje okazały się płonne. Zostałem sam na peronie, nie licząc miejscowych, którzy zresztą szybko wynieśli się z dworca. Pokręciłem się trochę zdezorientowany i w końcu podjechałem taxi pod dworzec autobusowy. W Czerniowcach czekał mnie właśnie najtrudniejszy odcinek podróży, to właśnie tutaj miałem sobie „załatwić” transport dalej. Ponoć był jakiś autobus, ale jak się później okazało nie kursował w niedzielę… Było jeszcze ciemno, ale dość ciepło. Do świtu postanowiłem poczekać po drugiej stronie dworca, na całkiem przytulnej ławeczce. W pobliżu nie było nikogo, patrzyłem w niebo i czekałem na świt.

Gdy dowiedziałem się, że autobusu nie ma sytuacja zaczęła robić się nieciekawa. Ponoć taryfiarze sami mieli zaczepiać podróżnych z propozycjami dojazdu do Suczawy, mi jednak nikt nic nie proponował. Nawet przemknęła mi wtedy myśl, „a może wracać do domu? To chyba nie dla mnie…”. Szybko jednak stwierdziłem, że to głupie. W końcu odważyłem zapytać się jednego z przewoźników, później drugiego i w końcu udało się – połowiczny to był sukces bo dojechać miałem tylko do Siretu, czyli granicy ukraińsko – rumuńskiej. Początkowo kierowca zarządał 100 hrywień, stargowałem do 75 – zgodził się – wsiadłem do samochodu i byłem pewien, że i tak nieźle mnie skroił. Cóż, będzie nauczka na przyszłość. 6 rano w niedzielę. Droga w kierunku Rumunii była zupełnie pusta. Wokół pusty, nieco pagórkowaty teren a w samochodzie ukraińskie (a może rumuńskie?) disco. Poczułem się jak we śnie, tak właśnie sobie wyobrażałem potencjalną podróż taksówką w tych stronach, zmęczony życiem facet za kółkiem i disco leniwie sączace się z głośników.

Surrealistyczna taxi

Po 40 kilometrach bylismy na miejscu, usłyszałem trzask zamykanych drzwi i koślawe „good luck” na do widzenia. Może jeszcze śniłem? Jeśli tak to musiał być wyjątkowo surrealistyczny sen, jak zwykle na granicy powitała mnie zupełna pustka, jakby ktoś wyczyścił odkurzaczem okoliczny teren. No i ta cisza o 6 rano w niedzielę. Gdzieś niedaleko przelaciało stado wron, „kra, kra, kra”. Pomyślałem, że tak musi wyglądać koniec świata… A na domiar złego owo przejście było tylko samochodowe, a ja przecież na pieszo, z plecakiem. Na szczęście sympatyczny pogranicznik ulitował się nade mną, choć z początku mówił coś o przejściu kilkadziesiąt kilometrów dalej, ale tak zupełnie bez przekonania. Poszczęściło mi się, akurat o 6 rano w niedzielę przejście przekraczała niemiecko-rumuńska para, zgodzili się zabrać mnie do Suczawy…

Lubuję się w prozie Stasiuka. Czytałem „Jadąc do Babadag” i byłem zachwycony, no a teraz wysiadłem w tej mitycznej Suczawie, która przewijała się co jakiś czas na kartach jego książki. Suczawa stała się dla mnie czymś magicznym, wyjątkowym, jakimś niesamowitym przejściem do innego świata. W rzeczywistości okazało się, że to miasto jest beznadziejnie przeciętne, brzydkie i ponure. Po ulicach krążą watahy bezpańskich psów, którymi nikt się nie interesuje, a nad miastem górują kominy fabryk. Resztę czasu, który pozostał mi do odjazdu pociągu do Braszowa spędziłem na przydworcowych ławkach obserwując miejscową ludność. Moja podróż wkraczała w decydującą fazę, teraz już powinno być z górki – pozostał tylko przejazd przez Rumunię i wreszcie ruszę w góry!

W kierunku Braszowa

Rumunia na pierwszy rzut oka wydała mi się bardziej europejska niż Ukraina (w końcu są już w Unii!). I drogi lepsze i ludzie jakby tacy bardziej europejscy, tzn. bardziej powściągliwi. Takie były moje pierwsze wrażenia. Przez całą niemalże drogę jechałem w jednym przedziale z dwoma babuleńkami i jednym starszym panem. Jedna z pań co jakiś czas sięgała do torby i ukradkiem podjadała jakieś swoje smakołyki. Pomyślałem, że być może popełniam jakieś straszne pociągowo-obyczajowe faux pas jedząc swoje polskie bułki w tak ordynarny sposób? Interakcja pomiędzy nami sprowadzała się do uśmiechów, ogólnoświatowych gestów i najprostszych słów. Zresztą nie miałem ochoty na rozmowy, może byłem zmęczony już podróżą, a może zwyczajnie wystarczało mi obserwowanie? Po drodze mijaliśmy cygańskie wioski. Był to niezwykły widok. Z jednej strony mocno pociągający, to wszystko było takie kolorowe, ruchliwe i niezorganizowane, ale z drugiej… Było coś przerażającego w tych siedliskach. Odczułem lekki niepokój na myśl, że miałbym się tam znaleźć, taki zupełnie obcy.

Podróż rumuńską koleją to atrakcje, których nie spotkamy w Polsce – przejazdy przez tunele. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się jechać pociągiem przez tunel. To niesamowite uczucie zanurzyć się tak w czeluściach góry, wjechać w ciemność, a niektóre były naprawdę długie! Razem z tunelami pojawiły się pierwsze pagórki i pagóreczki, a później już regularne góry. Serce zaczęło mi mocniej bić, bo o to po prawie dwóch dobach zbliżałem się do celu. Cel, który tak naprawdę zaczął mi się nieco rozmywać, bo jak tu nie zwariować gdy do miejsca startu, tego gdzie wszystko tak naprawdę ma się zacząć zmierzamy 2 dni i 3 noce, a po drodze doświadczyliśmy tyle, że już sam dojazd i powrót byłby niezłą historią do opowiedzenia? Droga jest celem samym w sobie?

O globalizacji słów kilka

W niedzielę o 20 byłem w Braszowie, na przesiadkę na naprawdę już ostatni odcinek drogi (no prawie…) miałem raptem kilka minut – zdążyłem. Wpakowałem się do eleganckiego szynobusa i cały czar prysł! Najpierw ten szynobus, a później usłyszałem dzwonek w komórce, tutaj 2 tysiące pieprzonych kilometrów od domu usłyszałem identyczny sygnał jaki w swojej komórce ma moja matka. Zdenerwowało mnie to. Cała ta egzotyka poszła w cholerę. Pieprzone szynobusy i przeklęte komórki. Pomyślałem, że to beznadziejne, i jeszcze, że globalizacja mówiąc kolokwialnie po prostu „śsie”.

Oczywiście nieco przesadzam, może te wszystkie elementy postępującej globalizacji to taki znany posmak w egzotycznym owocu? Niby znamy ten smak, a przynajmniej nam się tak wydaję, ale sam owoc pozostaje dla nas czymś nieznanym. Wkrótce do „mojego” pociągu, prosto z ciemnej nocy wsiadła grupka młodych chłopaków. Wypisz wymaluj stereotypowa grupka rumuńskich chłopaków, wszyscy opaleni, w obcisłych koszuleczkach (jeden z nich nosił taką z napisem „mafia”) i słuchających rumuńskiego, a może bałkańskiego disco z telefonu komórkowego. W rytmach tej muzyki dojeżdżałem do Sybina, który stać się miał moim miejscem noclegowym na najbliższą noc (a dokładniej sybiński dworzec). Myśl o noclegu na dworcu wydała mi się podejrzenie przyjemna, na swój perwersyjny sposób. Pomyślałem, że chyba zacząłem przyzwyczajać się do życia w drodze, skoro nie przeraża mnie „kibel”
na dworcu…

Noc na dworcu

Około północy rozłożyłem się w kącie dworcowego holu i nieśmiało zacząłem myśleć o śnie. Nie bałem się, lecz gdzieś czułem lekki niepokój, no i ta myśl „a co, jeśli obudzę się bez plecaka?”. Senność jednak wzięła górę nad obawami. Śniłem o bliżej nieokreślonych miejscach, na pewno gdzieś w Polsce. Sen był krótki i przerywany chwilami jawy, owo uczucie gdy otwierałem oczy, a jeszcze śniłem gdzieś tam w Polsce i oglądałem białe ściany dworca w Sabinie – bezcenne. Wszystko mi się zaczęło mieszać. Gdzieś około 3 nad ranem nagle przebudziłem się i zacząłem pośpiesznie pakować, wyszedłem na zewnątrz, obszedłem dworzec dookoła, wracając na swoje legowisko dopiero oprzytomniałem – Grzesiek! Ty wciąż jesteś w Rumunii, a nie w przytulnym domku!

Sybin i „zdjęciowe” refleksje

Rano ruszyłem na obchód miasta. To, że chciałem zobaczyć miasto rozumie się samo przez się, ponadto potrzebowałem jednej bardzo ważnej rzeczy – map! Z domu wybrałem się tylko z czarnobiałym wydrukiem niepełnej mapy Fogaraszy. Potrzebowałem więc porządnej mapy. No i tu się przeliczyłem, w Rumunii również świętowali! Niech ich szlag! Postanowiłem przynajmniej obejrzeć miasto zanim ruszę do Turnu Rosu, skąd rozpocząć miałem wędrówkę w góry. O 6 nad ranem miasto było zupełnie puste. Pusty rynek, puste urokliwe uliczki. Krążyłem tak bez sensu i pstrykałem fotki. Oczywiście bez żadnego planu, zdałem się na los. Ujrzałem więc ładny kościół, może katedrę na rynku, gdzieś na obrzeżach starego miasta kolejny, tym razem nad wyraz piękny kościół. Fotki i kościoły. Czułem, że to moje przekleństwo. Aparat mimo filigranowych rozmiarów i wagi ciążył niemiłosiernie, a nieodparta potrzeba robienia zdjęć była przytłaczająca. Czasem wydaję mi się, że ludzie nie potrafią obejść się bez aparatów. Nie mam tutaj bynajmniej na myśli fotografów amatorów, dla których robienie zdjęć to pasja, ale tych przeciętnych „zwiedzaczy”, owo bydło, jak ich nieładnie przezwałem. Pstryk, pstryk, pstryk. Kolejne zdjęcia to świadectwa, tego że jednak byliśmy w tym miejscu, bo czym byłby nasz wyjazd bez pięknych zdjęć? Może tylko czystym bajaniem, bo kto by nam uwierzył, że to, o czym opowiadamy jest prawdą a nie wytworem naszej wyobraźni?

Turnu Rosu i droga w góry…

Tak rozmyślając zacząłem powoli wracać na stację. O 9 odjechałem ohydnym, obskurnym i totalnie odpychającym lokalnym pociągiem w kierunku Turnu Rosu. Obok mnie siedziała piękna, klasycznie piękna Rumunka. Piękna Rumunka, cały ten syf i ja. No i jeszcze góry – wreszcie ujrzałem ośnieżoną grań Fogaraszy. Otaczający mnie bród i piękna Rumunka zeszły na plan dalszy. W centrum uwagi niepodzielnie panowały od tej chwili góry. Ten śnieg tam na górze nie wyglądał zbyt ciekawie, odczułem ścisk w żołądku na myśl, że wkrótce przyjdzie mi przemierzać te zwały śniegu. Wiedziałem, że czas, który wybrałem na eksplorację tego masywu nie był najlepszym wyborem, wiedziałem, że będzie ciężko, że być może przyjdzie taki moment, że będzie zbyt niebezpiecznie i będzie trzeba zawrócić, wiedziałem to wszystko i wtedy pojawił się lęk…

Turnu Rosu to wieś położona u stóp Fogaraszy. Czas zatrzymał się tam jakieś pięćdziesiąt lat temu. A przynajmniej tak to wszystko wygląda z zewnątrz. Zaraz po wyjściu ze stacji zagubiłem się w wąskich uliczkach, czułem, że doświadczam czegoś z „zupełnie innej bajki”, czegoś co staje się moim udziałem po raz pierwszy, a jednocześnie czułem się niepewnie. Nie tyle, że się bałem, ale właśnie czułem się niepewnie, wkroczyłem na obce terytorium. Czasem mówi się „no coś Ty! Urwałeś się z choinki?”. Tam w Turnu Rosu właśnie tak się poczułem, jak gdybym urwał się z choinki. Po aparat sięgałem z ociąganiem, wiedziałem, że zdjęcia nie będą w stanie oddać tego wszystkiego co widzą moje oczy, ale przede wszystkim odczuwałem wstyd. Wstydziłem się robić zdjęcia tym ludziom, ich domostwom i ich życiu. Wstydziłem, a jednak ukradkiem i z zażenowaniem co rusz robiłem to. Wspomnienia są takie ulotne, a ja chciałem mieć jakąś pamiątkę po tym niesamowitym miejscu…

Środkiem wioski płynął strumyk, podążyłem wzdłuż niego i wkrótce minąłem ostatnie zabudowania, przekroczyłem mostek i znalazłem się w miejscu, do którego zmierzałem przez ostatnie dwie i pół doby. Nie oglądając się za siebie wszedłem na drogę, drogę która wreszcie zaprowadzić miała mnie ku górom…

Koniec części pierwszej… Ciąg dalszy nastąpi.

-> Część druga
-> Część trzecia

PS. Więcej zdjęć znajdziecie w galerii. Zapraszam!

Zobacz również:


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



11 Responses to Rumunia 2008 cz. 1

  1. Mały mówi:

    Wiesz co, walić felietony o których rozmawialiśmy – chłopie Ty zacznij pisać książki 🙂 a już Ci moge powiedzieć, że kupie wszystkie jakie napiszesz :))
    Jak zwykle czyta się rewelacyjnie – czekam na kolejną częsc… 🙂

  2. Kuerti mówi:

    Mały.

    🙂 .

    Na książkę potrzeba więcej przeżyć, może za ileś tam lat… Dzięki za miłe słowo, aż chce się pisać dalej!

    Z racji nagromadzenia różniastych wydarzeń, które mógłbym opisać na blogu w najbliższym czasie zmuszony jestem do podkręcenia tempa, kolejne części ukazywać się będą codziennie. Właśnie wrzucam drugą część Rumuńskiego tryptyku.

    W środę ostatnia partia tekstu. A od piątku, może czwartku ruszam z relacją z Kieratu.

  3. sebas mówi:

    ciekawie sie zaczyna. ile ostatecznie wazyl twoj plecak?

  4. Kuerti mówi:

    Około 17 kilogramów, z tymże miałem 5 kilo żarcia i 1,5 litra wody. Nie wiem jakim sposobem Adam pakuje się na 20 kilogramów?! Co on tam upycha do tego plecaka? Gdybym miał doliczyć namiot to wyszło by mi właśnie około 20kg, no ale ja miałem żarcie na tydzień czasu…

  5. Adam mówi:

    Szybka kalkulacja (zakladajac, ze ide latem, na sobie mam t-shirt, krotkie gacie i buty trek)
    Plecak- 3
    Spiwor- 1,5
    Picie- 3
    Sandaly- o,5
    Menazka+ kubek- 0,5
    Gaz, palnik- o,5
    Polar(kurtka+gacie)- o,5
    Kurtka i gacie membrana- 2
    czolowka, noz- o,5
    koszulki, bielizna- 1
    Chleb- 1
    Jedzenie (sery, konserwy, zupy chinskie)- 1
    Zapychacze (batoniki, czekolada, morele)- 1
    karimata, okulary, apteczka- 0,5
    kije- o,5
    kosmetyczka- o,5
    1/2 namiotu- 1,5
    _____________________
    No i gotowe: 19kg

    Na tydzien latem wychodzi okolo 18-20 kg.
    Jesli chcesz miec wszystko, bo oczywiscie mozna ta liste skrocic o polowe i wtedy zrobi sie 14kg, ale ja wole kosztem paru kilo na garbie podniesc swoj komfort zycia w gorach. Tak samo z piciem- wole zapas niz pragnienie. No, ale kazdy ma swoja taktyke. 🙂
    Pozdrawiam!

  6. Kuerti mówi:

    Adam,

    Dzięki za listę, po zawirowaniach rumuńsko-kieratowo-advenczerowych przedstawię swoją, będą zdjęcia i waga co do grama 😉 .

  7. sebas mówi:

    17kg to naprawde malo 🙂

  8. Dolnoślązak mówi:

    Witaj. Z zainteresowaniem czytam kolejną Twą notkę (właściwie można powiedzieć, że zainspirowany najświeższym wpisem przechodzę do coraz to kolejnych, starszych), jednak tym razem nie mogę powstrzymać się od komentarza 😉 Moje powiązania kolejowe każą mi sprostować kwestię tuneli w Polsce, jakoby ich nie było – krótko mówiąc zapraszam na Dolny Śląsk 😉 Uświadczysz tu tunele na liniach Wrocław – Jelenia Góra – Szklarska Poręba, Wrocław – Kłodzko – Kudowa Zdrój czy najdłuższy tunel kolejowy w Polsce i jeden z dłuższych w Europie (1601 m!) na linii Wałbrzych – Kłodzko (w sumie znajdują się tam aż trzy!). Polecam również artykuł „Tunele kolejowe na Śląsku” http://www.kolej.one.pl/_fervojoj/BIBLIO/OGOLNE/TUNELE.HTM

    Pozdrawiam z Wrocławia!

  9. Kuerti mówi:

    Witam na blogu, Dolnoślązaku!

    Z przyjemnością „odszczekam” te oszczerstwa jakoby w Polsce nie było tunelów kolejowych! Przy okazju wyjazdu na Przejście do Szklarskiej Poręby miałem okazję przjeżdzać przez opisywany przez Ciebie tunel, pomyślałem jednocześnie, że niezłe głupstwa wypisałem przy okazji relacji z wyprawy rumuńskiej 🙂 .

    Swoją drogą to przejazd z Wrocławia do Szklarskiej to atrakcja sama w sobie, pociąg jedzie wolno i jest czas na podziwianie krajobrazów. Ale szczerze mówiąc to drugi raz chciałbym jednak nieco szybciej pokonać tą trasę! 🙂 .

    Pozdrawiam i zapraszam do dalszego komentowania!

  10. Arek mówi:

    Ormiański kościół…no to widziałeś to samo co ja. Też niby msza….te śpiewy……i jasne światło, ale mgliście wpadające przez wysoko umieszczone małe okna. Ja nie chciałem stamtąd wychodzić. Urzekło mnie… Niestety byłem na zorganizowanej wycieczce. W prawdzie dość luźnej, ale jednak. Muszę wrócić do Lwowa. Nie tylko dla tego kościoła, ale jest w czołówce niedosmakowanych spraw…..

  11. Kuerti mówi:

    Arek,

    Witaj na PK4! 🙂 .

    Dlatego ja nie lubię zorganizowanych wycieczek, gdybyś tam był na własną rękę mógłbyś zostać ile zechciałbyś, a tak kolejna atrakcja przecież czeka..

    Podoba mi się to określenie „niedosmakowane sprawy”, może miejsca brzmiałoby ładniej? 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaRobbieSup https://pizdeishn.com/classic/365-goryachie-prikosnoveniya.html - Жесткие эро истории, Лучшие секс истории – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    No images found!
    Try some other hashtag or username
  • ARCHIWA