InO no image

Opublikowany 22 września 2010 | autor Grzegorz Łuczko

26

Jesienne Trudy: Relacja

„Nosz kurwa mać! Pieprzona ambona!”. Wypadłem z lasu, który przeczesywałem w poszukiwaniu ambony i szóstego punktu kontrolnego i natknąłem się na Jakuba Woronę. Biegł w przeciwną stronę, obejrzał się niepewnie i pobiegł dalej. „No to ładnie”, pomyślałem, on już ma szóstkę, a ja czeszę ten las bez sensu. Spojrzałem na mapę i zacząłem kombinować – jestem gdzieś blisko, cholernie blisko! Minąłem spore skrzyżowanie? Minąłem. Ale coś się tu, kurwa mać, nie zgadza! Robię małe kółko po okolicznych przecinkach i znów wracam w to samo miejsce, bez punktu. Widziałem jakąś ambonę, ale ona była na otwartym terenie, a przecież punkt stoi w lesie! Czas ucieka a ja zaczynam tracić grunt pod nogami. Poleciałem na ambonę, na tę na otwartej przestrzeni, rozglądam się wokół i nic. Punktu jak nie było, tak nie ma…

Bielkowo

Początek był niezły. Ubrałem się na lekko – krótkie getry, długa, ale cienka koszulka, buff na głowę, mały plecaczek pożyczony od Piotrka Szaciłowskiego (Piotrek wspólnie z Andrzejem Buchajewiczem wygrali trasę na 100km), Brooksy Cascadie na nogi i w drogę! To miał być mój powrót do startów po 3 miesiącach przerwy. Czułem ekscytację, już od dawna nie mogłem doczekać się tego startu. Brakowało mi tej adrenaliny, walki z czasem, z samym sobą i innymi zawodnikami. Zacząłem jednak spokojnie. Względnie spokojnie. Do pokonania mieliśmy 50 kilometrów i 10 punktów kontrolnych – scorelauf, czyli sami wybieraliśmy kolejność ich podbijania.

Zacząłem od PK2 – przede mną biegł Kuba Worona. Nie oglądałem się za siebie – miałem robić swoje i nie patrzeć na innych. Dwójkę podbijam po 15 minutach. Bez problemu namierzam początek wąwozu. Celowałem w czas w okolicach 5-6h. Ambitnie. Dopiero niedawno zacząłem normalnie trenować, ale chciałem się sprawdzić. Poczuć tę nutkę szaleństwa – rzucić się na coś bez pewności, czy jestem w stanie podołać wyzwaniu. Nie lubię kalkulacji, może dlatego z takim trudem przychodzi mi trzymanie się sztywnych planów treningowych?

Punkt numer sześć – pieprzona ambona

Znów robię rundkę po okolicy. Nie działam racjonalnie – zamiast wrócić do ostatniego pewnego miejsca krążę po okolicy niczym sęp wypatrujący swej ofiary. To bez sensu – przez tę przerwę w startach straciłem „czucie” mapy, wypadłem z rytmu, stąd ten głupi błąd. Zrezygnowany wracam do „mojej” ambony, rozglądam się po okolicy i… ja pierdolę! Podbijam punkt i staram się nie myśleć o straconych minutach. Straciłem tutaj jakieś 15, może 20 minut. Ten fakt łamie nieco moją psychę, ale z drugiej strony wstępują we mnie nowe siły – lepiej gonić, niż być ściganym. Podkręcam tempo i ruszam w kierunku kolejnego punktu.

Po 20 minutach wpadam na brzeg Płoni, przeskakuję tę niewielką rzeczkę i wracam z powrotem – z podbitym punktem. Mój pościg trwa. Przeszła mi złość za błądzenie przy poprzednim PK – przyjechałem tu na trening, co się więc będę niepotrzebnie denerwował? Powoli zaczyna ogarniać mnie obsesja związana ze startem w UTMB w kolejnym roku – nie tylko na każdy start, ale i na codzienne treningi patrzę z perspektywy udziału w tym kultowym biegu. Jesienne Trudy miały być odpowiedzią na pytanie jaki jest mój punkt wyjścia po okresie prawie 3 miesięcznego roztrenowania, miały dać mi odpowiedź, w którym miejscu się znajduję na drodze ku UTMB…

Zagubiona autostrada

Siódemka również nie sprawia mi problemów. Gorzej zapowiada się kolejny przelot, trzeba jakoś przeprawić się przez autostradę, a później albo przebiec przez peryferia Szczecina, albo napierać przy szosie. Wybieram ten pierwszy wariant. Świerszczu, budowniczy trasy, był na tyle przebiegły, że zakrył białą plamą przelot przez Szczecin. Nic to, pomyślałem i wpakowałem się w tę Terrę Incognitę, jak się bawić, to na całego. Poleciałem na czuja w kierunku PK9. Mieszkałem kilka lat temu w okolicach PK9, ale nie znałem tego rejonu zbyt dobrze. Teraz żałuję, że nie pobiegałem więcej po Puszczy Bukowej, tereny tutaj są po prostu wspaniałe!

Dobiegłem do stacji Zdroje, wiedziałem że stąd już jest niedaleko – pokręciłem się po uliczkach i wypadłem tuż pod punktem widokowym, na którym zlokalizowany miał być PK. Od startu mijała 3 godzina, a w nogach miałem 30 kilometrów. Na górze konsternacja, punktu nie ma. Nie mogłem się pomylić, miejsce było oczywiste. W czasie, gdy dzwoniłem do Wojtka, organizatora Jesiennych Trudów, nadjechała obsługa PK, uff! Jestem pierwszy, musiałem więc gdzieś po drodze wyprzedzić Kubę. Podbiłem punkt i heja do przodu.

Przeprawa przez Puszczę

Tempo miałem bardzo mocne, chyba jeszcze nigdy nie biegłem tak szybko podczas zawodów na takim dystansie. Nie byłem wcale wybiegany (w sobotę przed startem zrobiłem 17km wybieganie, najdłuższe od pół roku…), a jednak napierało mi się świetnie. Czyżby ta nonszalancja w doborze tempa miała ujść mi płazem? Na bukowych górkach musiałem nieco zwolnić, nie miałem już tyle sił, żeby podbiegać pod całkiem spore wzniesienia. Wbiłem się na niebieski szlak, który doprowadził mnie prawie pod sam punkt. PK10 był dość oczywisty, stał pod liniami wysokiego napięcia. Mapa trochę szwankowała w tym miejscu, ale trudno przegapić wielgachne linie, zamiast zastanawiać się co jest grane, po prostu pobiegłem przed siebie na kompas. Po chwili podbiłem PK.

Kryzysy, pewność siebie i Coca Cola

Rozorany pas ziemi pod liniami nie był idealnym podłożem do biegu, ale lepsze to niż cięcie przez las w poszukiwaniu jakiejś drogi. Wkrótce zresztą wypadłem na wygodną leśną drogę, dobiegłem nią do Binowa i… i kupiłem Colę! Musiałem się czymś ratować, sił zaczęło ubywać, w nogach miałem już prawie 40 kilometrów, a do mety jeszcze daleko. Pamiętam jak na Grassorze dwie małe butelki Pepsi postawiły mnie na nogi. Wlokłem się za Piotrkiem (tym samym, który pożyczył mi plecak) resztkami sił i czekałem na najgorsze. Wtedy trafiliśmy do jakiegoś baru na wsi, wpadłem tam ledwo żywy, wlałem w siebie prawie pół litra zimnej Pepsi i kryzys jak ręką odjął! Momentalnie poczułem się lepiej, może to kofeina, albo cukier znajdujący się w tym napoju? Nie wiem, ale pomogło!

Pod Binowem nie było ze mną tak źle – maraton pokonałem w 4 godziny i 35 minut – ale zauważalnie zacząłem zwalniać. W dodatku trasa nie była wcale łatwa, wymagający teren, miejscami czujna nawigacja i ciekawe przeloty. Nie, to z pewnością nie były łatwe zawody. Od samego początku ciekaw byłem jak będzie mi się biegło samotnie. Lubię biegać sam – czasem z wygody, bo nie muszę się na nikogo oglądać, a czasem po prostu z lenistwa, a może zwyczajnego strachu? Bieg z mocniejszym partnerem to zawsze obawa, że nie dam rady, że nie sprawdzę się. Ten rok na pewno pomógł mi w znacznym stopniu przełamać tę obawę.

Przełamałem się podczas startów z Piotrkiem na Włóczykiju i Grassorze oraz na Rzeźniku, którego skończyłem wspólnie z Marcinem (Sahibem). Okazało się, że mogę biegać razem z mocniejszymi od siebie partnerami i wcale nie będę ich spowalniał. To były cholernie wartościowe starty, które z pewnością sprawiły, że stałem się lepszym zawodnikiem, bardziej pewnym siebie. Start w Jesiennych Trudach miał dać mi odpowiedź, ile z tej pewności siebie zostało? Czekałem na moment kryzysu, chwilę, w której nie będzie nikogo przede mną, żadnych „pleców”, za którymi musiałbym gonić.

Nurtowało mnie pytanie, czy będę w stanie sam wykrzesać z siebie dodatkowe siły, te ukryte pokłady rezerw, które drzemią w każdym z nas. Start z mocniejszym partnerem to taka podróż w głąb siebie w poszukiwaniu tych rezerw. Szczególnie pamiętam tegorocznego Grassora, gdzie naprawdę musiałem dać z siebie wszystko, żeby utrzymać tempo Piotrka. Takie rzeczy zostają w pamięci – a przynajmniej miałem taką nadzieję. Jestem w trakcie lektury książki Jacka Danielsa „Bieganie metodą Danielsa”, napisał on, że dużo łatwiej jest powrócić na raz osiągnięty poziom, niż dojść do niego po raz pierwszy.

Wydaje się, że to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego niektórzy zawodnicy nawet bez regularnego treningu są w stanie robić dobre wyniki. Po prostu oni już „tam byli” – w sensie, osiągnęli pewien poziom. Może to kwestia psychiki? Myślę, że to dobry trop – przynajmniej bazując na własnym doświadczeniu jestem przekonany, że psychika, nastawienie i pewność siebie odgrywają tutaj kluczową rolę.

Kiedy koniec?

O dziwo, kryzys jako taki nie nadszedł. Oczywiście nie miałem sił już biec cały czas, ale do marszu przechodziłem rzadko. Zmęczenie osiągnęło stały poziom, wydawało mi się, że mógłbym utrzymać to tempo poruszania się jeszcze przez wiele godzin. Tymczasem jednak musiałem zwolnić. Przelot z PK3 do PK5 był dość problematyczny. Pokręciłem się trochę po lesie, trochę bez sensu. Zamiast wrócić na dobrze przebieżną drogę, zagłębiłem się w lesie. A później całe te zawody zaczęły mi się już nieco dłużyć. Zawsze przychodzi taki moment – im później, tym lepiej, ale prawie zawsze to uczucie jest obecne – „długo jeszcze?”.

Nieco zrezygnowany zbliżałem się do piątki, a ta wcale nie była oczywista. Skrzyżowanie przecinek. Próbuję namierzyć „moją” przecinkę, ale nie mogę jej znaleźć. Biegnę więc dalej. Spróbuję od innej strony, pomyślałem. Niby coś jest, jakby przecina. Widzę nawet, że ktoś tędy przechodził. Patrzę na kompas i ruszam przed siebie, na azymut. Coś jest, jakby skrzyżowanie, ale punktu nie ma! Kręcę się pośrodku niczego i ogarnia mnie coraz większa frustracja, tak blisko mety, a ja nie mogę znaleźć tego pieprzonego punktu!

W końcu postanawiam namierzyć się z jakiegoś pewnego miejsca, „pewne miejsce” okazuje się być punktem kontrolnym! Uff! Jestem już w domu, do mety jeszcze tylko prosty asfaltowy przelot i jeden PK po drodze. Podbiegam po asfalcie w kierunku PK4. Wieje silny wiatr, ale jest dość ciepło. Skok w bok po punkt i znów jestem na asfalcie, do mety już naprawdę niedaleko. Chciałem pobiec końcówkę mocno, ale brakuje mi sił. Podbiegam więc tylko i z nadzieją wypatruję Bielkowa.

Na metę wpadam po 7 godzinach i 16 minutach. Przebiegłem 64 kilometry.

Podsumowanie

Rozpisałem się, wybaczcie, ale dawno nie pisałem relacji z zawodów, a uwielbiam to robić! Druga rzecz, ludzie startujcie na 50tkach! Rozumiem, że dla piechura pokonanie 50 kilometrów to żaden wyczyn i powód do chwały i jak już startować na 100 kilometrów, ale jeśli ktoś z Was ma trochę zacięcia sportowego, to start na krótszej trasie będzie idealnym wyborem! Wiecie dlaczego startuje na 50tkach? Nie, wcale nie zależy mi na tych wygranych 😉 – startuje bo dystans 50-60-70 kilometrów jestem w stanie pokonać w mocnym tempie, pokonując całą trasę na wysokich obrotach. Przestało mnie interesować samo kończenie imprez (tych, które wiem, że skończę), chcę się ścigać, jeśli nie z innymi, mocniejszymi kolegami, to przynajmniej sam ze sobą (to znaczy, że chcę wycisnąć z siebie maks, a tego bez odpowiedniego treningu i doświadczenia, nie da się zrobić). Krótsze trasy są doskonałym treningiem nawigacji oraz pomagają wypracować wytrzymałość i szybkość, które przydadzą się później w startach na dłuższym dystansie.

Tak naprawdę odpowiedzią na pytanie, na ile mnie stać, będzie bieg na 116km w ramach Praskiej Stówki w grudniu. I to jest właśnie mój cel na resztę tego roku!

Zdjęcie: Szymon Szkudlarek


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



26 Responses to Jesienne Trudy: Relacja

  1. Sabinchen mówi:

    Miło się czyta radosne relacje ;). Cóż, pozostaje tylko pozazdrościć formy, bo jeżeli to jest forma, którą masz po kilku miesiącach względnego nietrenowania, to aż strach pomyśleć, jak będziesz śmigał po kilku miesiącach normalnych treningów.
    Sama ostatnio nawet przekonałam się do 50-tek, zaliczając w ostatnim czasie dwie. Na łemkowskim oriencie zupełnie się pogubiłam, za to 50-tkę na lokalnej ‚setce po łódzku’ zrobiłam prawie całą biegiem, osiągając fajny jak dla siebie czas.

  2. Dla mnie Trudy mialy byc wyjsciem rekreacyjnym ze wzgledu na Achillesa i celem bylo zmieszczenie sie w czasie. A co do trasy to:
    Las na mapie przy ambonie byl, ale widac bylo ze ta mapa tez jakas taka chyba starsza i bez problemu tam trafilismy nie zwracajac szczegolnej uwagi na las – wszystkie przecinki sie zgadzaly.
    My wybralismy wariant odwrotny. Punkty 1,6,2 zostawilismy na koniec bo sie wydawaly latwiejsze i droga pomiedzy nimi byla prosta.
    Najwiecej problemow sprawila nam 3 do ktorej w Twoim wariancie bylo latwiej trafic, a my przez chaszczowanie troche wyszlismy dalej i stracilismy tam ok. godziny. Potem historia sie powtorzyla przy 7, gdzie biegly dwie linie wysokiego napiecia z czerwonego szlaku na czarny – tam tez nam zeszlo ze 40 min.
    Odnosnie autostrady to przebijalismy sie wzdluż niej przecinajac tylko czarny, zielony i czerwony szlak. Mielismy to szczescie ze wielokrotnie tam bylismy i znalismy szczegolnie szlak niebieski przechodzacy przez Kijewo.
    Dobrze startowac w znanym sobie terenie :).
    Miedzy 3 a 8 bylo mile przejscie przez chaszcze tez miedzy czarnym i zielonym szlakiem.
    Calosc trasy bardzo ladna.
    Skoro byles w Binowie na koli (a piwa tam juz tez kiedys kupowalem :)) to musiales z 10 skoczyc na czerwony szlak ktory wiedzie dosc szeroka droga i do 8 pewnie szybko sie uwinales.
    Gratuluje wygranej.
    Pozdro

  3. Cinek mówi:

    Gratulacje Grzegorz!
    Ja długo się biłem z myślami czy wystartować w Jesiennych Trudach, jednak wybrałem inny wariant na weekend: Przegląd filmów górskich w Lądku Zdrój! W poniedziałek już wylatywałem do Afganu, a przegląd co by nie mówić był trochę mniej męczący:)
    Pozdrawiam

  4. Adamo mówi:

    Jesli chodzi o glupie bledy to ja bylem chyba najlepszy kierujac sie z punktu widokowego nad Szmaragdowym od razu na PK8. Nie wiem jakim cudem ktos mi schowal na mapie PK10 – pojawil sie on znowu kilka km przed meta przy rowniez negatywowym PK4. Tym sposobem juz po niecalych 10 godzinach dane mi bylo odpoczywac i pluc sobie w brode 🙂
    Ambona byla prosta jesli namierzalo sie ja troche dluzsza trasa schodzac z szosy choc tez na poczatku jej widok wydawal sie zbyt oczywisty.
    Rowniez udalo mi sie pozwiedzac biala plame.
    Z racji pomylki i udania sie z pkt widokowego od razu na PK8 mialem okazje po latach odwiedzic kilka atrakcji G Bukowych: glazy, piekne wawozy, lacznie ze zdobyciem „szczytu” Bukowiec 149 m n.p.m 🙂 i zaprzyjaznieniem sie z dzikami prowadzacymi warchlaki (tetno = 194)
    Nawet pomyslalem sobie wtedy jaka fajna trase wymyslili Organizatorzy 😀
    Podsumowujac, fajnie postawione PK w G Bukowych w ktorych dawno juz nie bylem a ktore zawsze warto odwiedzic.

  5. Michał mówi:

    Po przeczytaniu takiej relacji człowiek ma o wiele większą motywację do treningów. Gratuluję!!!

  6. Kuerti mówi:

    Sabina,

    Tak, to był radosny start, napisałem więc i radosną relację 🙂 . Sam zastanawiam się jak to z moją formą będzie w grudniu, jestem dobrej myśli, biega mi się lepiej niż kiedykolwiek – wskoczyłem na całkiem solidny tygodniowy kilometraż ok. 70km, który stopniowo będę zwiększał do 80-90km. Nigdy tyle nie biegałem, ale jeśli teraz jestem w stanie przebiec ponad 60km, to co będzie po takiej zaprawie 🙂 .

    A jaki czas miałaś? 🙂 . Co prawda dawno nie startowałem na setkę, ale wiem, że nie trzeba trenować na co dzień takich dystansów, jakie chce się później przebiegać na zawodach. Dlatego moim zdaniem lepiej jest wystartować kilka razy w roku na dystansie ok. 50km i zrobić jedną, czy dwie mocne setki, niż startować w kilku. Po ukończeniu kilku setek, każda kolejna już nie wiele daje… Bo i co mogłaby dać? Może tylko doświadczenie, bo formę fizycznę lepiej zbudować na codziennym treningu.

    Szymon,

    Witaj na PK4! Pozwoliłem sobie wykorzystać jedno z Twoich zdjęć 🙂 .

    Z tym lasem przy ambonie.. no cóż, po prostu rozpędziłem się, nie do końca kontrolowałe mapę i klops! Tak jak napisałem w relacji, w moim przypadku wyszedł brak obycia z mapą, w tym roku stanowczo za rzadko nawigowałem!

    PK3 – rzeczywiście od zachodu było łatwiej ją namierzyć, ale i od wschodu wystarczyło zlokalizować przepust, cofnąć się nieco i w miejscu gdzie szlak delikatnie odchodził na północ wejść w las, tak właśnie namierzyłem ten punkt. Przy PK7 były jakieś linie? Może chodziło Ci o 10tkę? Teraz tak patrzę na ten przelot z PK10 na PK3 i widzę, że zrobiłem błąd, trzeba było cofnąć się z 10tki na północ i polecieć na trójkę czarnym szlakiem, niepotrzebnie spadłem do Binowa.. no, ale Cola była wyśmienita 😉 . Aha, z PK10 pobiegłem wzdłuż linii, do zielonego, Binowo, dalej niebieski i odbiłem na czarny.

    Gratuluję drugiego miejsca!

    Cinek,

    Szkoda, że nie przyjechałeś! A tam w Afganistanie masz gdzie trenować?

    Adamo,

    Grunt to się dobrze bawić 😉 .

    Michał,

    Dzięki! Mnie ostatnio mocno nakręca ta książka Danielsa (polecam!), no i wizja startu pod Pragą plus dobra forma na początek przygotowań – to wszystko daje mi mega kopa do treningów 🙂 .

  7. Michał mówi:

    Hmmm, może samemu tak jak Ty przerzucę się troszkę na 50-ki… Zaczynam trenować pod kątem ultramaratonów, kto wie, może za rok, za dwa też pojadę na UTMB. Ale pierw chciałbym ukończyć m.in. tak jak Ty Bieg Rzeźnika. Jeszcze raz gratuluję i dziekuję za motywację do treningu:)

  8. rocha mówi:

    Po prostu relacja – fajnie się przed zapiątkiem czyta. Powinienem jechać teraz w Izery z folią kubełkową i abizolem, ale padł alternator… Dobrze, że choć relacja z Trudów nie padła…

  9. Kristof mówi:

    Energetyczna relacja i POTWORNA przewaga nad „konkurencją” (dla nie znających wyników dodam, że kolejna osoba po Kuertim dotarła do mety po 4h z okładem!!!) Piękny come-back 🙂

  10. Kuerti mówi:

    Relacja „energetyczna” bo i wreszcie chyba już do końca i na amen pożegnałem się z marudzeniem! Oczywiście łatwo to pisać, gdy forma dopisuje. Wczoraj przebiegłem 20km w tempie 4:51, powiedzmy, że to moje tempo maratońskie, jako prognostyk przed Poznaniem i próbą nabiegania 3:30 – po prostu świetnie! A to przecież dopiero początek przygotowań, do Pragi jeszcze całe 2 miesiące 🙂 .

    Michał,

    50tki jako trening pod ultra są rewelacyjne! Myślę, że kończenie kolejnych setek, w pewnym momencie, przestaje przynosić nam korzyści. W ogóle wreszcie dociera do mnie ta porada, którą słyszałem od starszych i bardziej doświadczonych kolegów – jak jesteś młody, to biegaj krótki dystans. Kiedyś myślałem sobie, że nie, to nie dla mnie, ja lubię ultra, naprawdę długi dystans i tylko to sprawia mi frajdę. I rzeczywiście, dalej się tego trzymam, nie robić czegoś wbrew sobie – ale okazało się, że wkręciłem się w to krótsze bieganie, do tego stopnia, że ostatnio rozglądałem się w kalendarzu biegów za startami na… 1 i 3km 🙂 .

    Rzeźnik. Piękne zawody, naprawdę warto tam pojechać, trudno porównać ten bieg, do innych rozgrywanych w Polsce. Chcę tam wrócić za rok.

    Rocha,

    Folia kubełkowa i abizol.. hmm.. to jakiś szyfr 😉 .

    Kristof,

    Dzięki. Rzeczywiście konkurencja nie dopisała… Przyznam, że to trochę mnie zniechęca do kolejnych startów na tym dystansie. Przydałaby się mocniejsza stawka zawodników…

  11. Kg mówi:

    Kuerti a co ze sklepem

  12. Kuerti mówi:

    Start planowany jest na okolice maratonu poznańskiego, czyli ok. 10 października. Zły jestem na tę obsuwę, ale nic nie mogę zrobić, programiści dopiero zaczną kodowanie od tego tygodnia…

    Oczywiście umieszczę stosowny wpis przed startem 🙂 .

  13. Kuerti:
    Byla linia sredniego napiecia niedaleko PK7 (700m). Przechodzila ona w lini wschod-zachod przez szlaki czerwony i czarny.
    PK4 czytam od dluzszego czasu :), a zdjecie – nie ma sprawy. Lubie chodzic z aparatem.

  14. Sabinchen mówi:

    Ostatnio zmieniłam sposób postrzegania treningów i w pełni podzielam Twoje zdanie: na treningach trzeba biegać dystanse przynajmniej zbliżone do tych na zawodach. Teraz miałam sporo startów, w sumie skupiałam się nad poprawieniem roweru, co się udało. Wydawało się, że bieganie zaniedbałam, tygodniowy kilometraż bez zawodów był jakiś śmieszny (25 km?), tymczasem na zawodach biega mi się rewelacyjnie. Czas na setce po łódzku: TP 50 w 5h 43 min., orientacja jednak banalna. Aż głupio sie przyznac, ale nigdy wcześniej tyle nie pokonałam biegiem. Marszem i owszem, nawet sporo więcej, ale marsz to inny wysiłek…

  15. Adamo mówi:

    Sabinchen,
    Jezeli oprocz 25km biegu/tydz poswiecilas sporo rowerowi to nie ma sie co dziwic, ze jest forma biegowa.
    Starty biegane daly akcenty a rower ogolna baze.
    Jednakze o ile bieganie w intensywnosciach zdecydowanie ponizej progu beztlenowego mozna ksztaltowac ogolna objetoscia wielodyscyplinowa to przy szybkim bieganiu na ulicy juz tak sie nie da. A czym krotszy dystans tym wiecej trzeba czasu spedzac w okolicach planowanych predkosci.
    To w kontekscie planowanych przez Kuertiego 3h30 na maratonie

  16. Maciej mówi:

    Brawo Grzesiek,

    Ja Danielsa mam, ale nie czytałem jeszcze. Czytam teraz Skarżyńskiego. Był u nas w ERGO na spotkaniu. Jego zdaniem jazda na rowerze nie pomoże biegaczowi być lepszym biegaczem, ale…bieganie pozwoli rowerzyście być lepszym rowerzystą.

    Mam nadzieję, że Twój entuzjazm jest zaraźliwy 🙂

    Pozdrawiam i gratuluję kolejnego sukcesu !

  17. Adamo mówi:

    ->Maciej

    Nie zgodze sie do konca ze Skarzynskim. Na przykladzie duathlonistow i triathlonistow widac, ze sprawa nie jest prosta.
    Z biegacza o wysokiej szczuplej sylwetce rzadko zrobi sie dobrego kolarza. Kolarstwo ma duzy komponent silowy. Kolarstwo rowniez wybacza pewne braki anatomiczne, ktore ograniczaja biegowo.
    Na mecie maratonu czolowka wyglada w zasadzie tak samo pod wzgledem budowy. Na TdF jest juz troche inaczej.
    Moim zdaniem rower to swietny sposob do ksztaltowania wytrzymalosci w biegach (a raczej juz marszobiegach i swinskich truchtach) rajdowych.
    We wszystkich biegach gdzie jestesmy w strefie zdecydowanie tlenowej i biegniemy technika ograniczona wytrzymalosciowa podbudowa rowerowa plusuje.
    Oczywiscie, ze nic nie zastapi biegania ale rower jest swietnym sposobem na zrobienie treningu przy odciazeniu ukladu ruchu, w trakcie drobnych kontuzji.
    Patrzac na plany triathlonistow latwo zaobserwowac, ze przy stosunkowo malej ilosci biegania (z tym ze tresciwego) uzyskuja niezle wyniki w bieganiu.
    Typowo na bieganie w treningu do IM poswieca sie 25% czasu treningowego
    p.s. warto dodac ze na rowerze nastepuje dosyc znaczne skrocenie np miesnia 2glowego dlatego obowiazkowe jest solidne rozciaganie

  18. Kuerti mówi:

    Sabina,

    Świetny czas! Ja podczas Trudów celowałem w podobny, ale okazało się, że było znacznie ciężej niż rok temu. A i sam trochę tych kilometrów sobie dołożyłem.

    Z tym bieganiem na treningach podobnych dystansów.. bazując na własnym doświadczeniu, to nie jest konieczne, jeśli biegasz po 8-10km, ale masz doświadczenia z długim dystansem, to możesz zrobić fajny wynik na trasie 50-60-70km. Ale jeśli chcesz zrobić naprawdę fajny wynik i nie umierać na zawodach, to jak najbardziej przydają się długie wybiegania.

    Co do roweru jako treningu uzupełniającego…

    U mnie rower świetnie sprawdzał się zawsze jako trening uzupełniający do startów w górach. Teraz chcę jeździć przynajmniej raz na tydzień na rowerze, żeby.. nie zapomnieć jak to się robi i dorzucić trochę bazy tlenowej, którą zrobię nie obciążając tak organizmu jak podczas biegania.

  19. biegacz mówi:

    witam serdecznie,
    jestem wielkim fanem Twojej strony, jak również biegaczem i kolarzem, śledzę relacje z Twoich biegów już drugi rok, i co najmniej od roku zbieram się do napisania maila w temacie przekleństw na Twoim blogu. rozumiem że przez publikację takowych chcesz zwiększyć „dramaturgię” wydarzeń, niemniej jednak miej świadomość że dla sporego grona ludzi czytających Twój blog, przekleństwa te (np. cytuję: „kurwa mać”, w co trzecim zdaniu), zaczynają kłuć w oczy, mało tego – wśród co bardziej obytych czytelników zaczynają sprawiać wrażenie prymitywności autora. proszę o ustosunkowanie się do mojej uwagi, dziękuję i pozdrawiam

  20. Kuerti mówi:

    Witaj na PK4, Biegaczu!

    Najpierw nieco statystyki, z ciekawości przejrzałem 3 ostatnie relacje, i tak, na 6 tysięcy 123 słowa, które napisałem (Rzeźnik, Grassor oraz Jesienne Trudy) użyłem 8 przekleństw, więc zarzut o używanie sformułowania w co trzecim zdaniu odpada.

    Nie wiem czy rzeczywiście kilkukrotne użycie wulgaryzmu (zauważ, że używam ich tylko w relacjach, później napiszę dlaczego) sprawia wrażenie mojej prymitywności, Twój komentarz jest pierwszym w tej sprawie, a przecież bloga prowadzę już dobrych kilka lat.

    Dlaczego używam wulgaryzmów? Nie, wcale nie dla zwiększenia dramaturgii. Pisząc relacje zawsze staram się oddać to, co dzieje się na trasie. A podczas długotrwałego wysiłku dzieją się różne rzeczy, nie zawsze jest przyjemnie. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę specyfikę dyscypliny jaką są rajdy, przede wszystkim chodzi mi o wpadki nawigacyjne, które potrafią skutecznie zgasić zapał i motywację do dalszego napierania.

    Staram się pisać, tak żebyś czytając później moje wspomnienia z trasy mógł wczuć się w moją rolę i mógł przeżyć to, co ja, oczywiście na tyle, na ile pozwala mi to mój „talent” pisarski. I jeśli na trasie byłem zły i „wkurwiony”, a takie stany się zdarzają, to chcę, aby czytelnicy również poczuli to. Wulgaryzm w tym momencie służy wzmocnieniu przekazu.

    Zauważ, że w zasadzie nie używam ich podczas pisania zwyczajnych tekstów, tak samo jak i na co dzień zostawiam sobie ich użycie tylko na wyjątkowe okazje.

    Ciekaw jestem opinii innych czytelników, może rzeczywiście to bardzo razi?

    PS. Podczas pisania kolejnej relacji, a ta już niedługo, w niedzielę biegnę maraton w Poznaniu, zwrócę uwagę na te wulgaryzmy.

  21. Maciej mówi:

    Grzegorz,

    Spoko luz.
    Moim zdaniem, od czasu do czasu, można…jeżeli oddaje to stan ducha w momencie czasu, który opisujesz.

    Powodzenia na biegu.

    Pozdr..
    M.

  22. rocha mówi:

    Dołączam się do wspólnych treningów. Dobrze byłoby uruchomić jakąś platformę komunikacyjną :).
    W kazdym razie często biegam we Wrocławiu, JG, Głogowie i w przestrzeni między Świeradowem a linią jezior Złotnickim i Leśniańskim.

  23. borman mówi:

    Wstępnie na ostatni weekend października mamy zaplanowany wypad w Góry Kamienne/Wałbrzyskie.
    Z JG to zaledwie godzinka autem :). To ma być, jak już napisał Grzesiek, wycieczka biegowa z elementami turystyki, przynajmniej jeśli chodzi o Góry Sowie (kompleks Riese). W Górach Kamiennych też jest masa ciekawych miejsc (same góry są bardzo urokliwe, szczególnie jesienią), które przy okazji treningu można odwiedzić. Takie są założenia, co z tego wyniknie i czy ta forma nie przeistoczy się w inną bardziej zorganizowaną, życie pokarze.

  24. biegacz mówi:

    Witam Kuerti,
    dziękuję za szybką odpowiedź z Twojej strony, z tym „co trzecim zdaniem” może rzeczywiście przesadziłem. sam jestem jak już napisałem: kolarzem, biegaczem i turystą górskim – namiotowcem (to ostatnie najbardziej, najwięcej i najczęściej, pierwsze dwie dyscypliny bardziej amatorsko), i też nie jestem świętoszkiem – często zdarza mi się używać różnych tzw. niecenzuralnych zwrotów, niemniej jednak naprawdę kłują mnie w oczy te używane na Twoim blogu, który śledzę codziennie, jest w moim zestawie stron startowych, i niejako z powodu dużej atrakcyjności dziedziny jak i przede wszystkim opisów – masz we mnie Swojego Wielkiego Fana 🙂
    ps. mieszkam w okolicy Ulanowa, w którym miałeś przyjemność gościć w tym roku 🙂

  25. Kuerti mówi:

    Biegacz,

    Dzięki za miłe słowa.

    Nie mogę Ci obiecać, że nie będę używał wulgaryzmów, bo – nie napiszę, że taki mam styl 😉 , ale czasem tylko w ten sposób można oddać to, co działo się na trasie. Tak jak słusznie zauważył Maciej, chodzi o oddanie stanu ducha na daną chwilę.

    Mam bardzo dobre wspomnienia z Ulanowa! 🙂 .

  26. Kuerti mówi:

    Rocha, Borman,

    No to mamy już 3 osobową ekipę 🙂 . Ktoś jeszcze się podłączy?

    A platforma do komunikacji powstanie, cierpliwości 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikadownload Hello, for all time i used to check website posts here early in the daylight, since i enjoy to gain... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikabeautifulbabyshowerinvitations First, we have to keep in mind, the purpose of the law Ideally, I do understand the psychological aspects of... – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikapurplebabyshowerinvitations.com Are these those experimental ones that keep going missing? – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaTears of Time I visit every day some websites and blogs to read content, however this web site offers feature based writing. – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

    • Kierownik wrci po dwch latach na t sam tras cortinatrailhellip
    • Jak mija Wam majwka?  Pogoda dopisuje? nbrteam buja sihellip
    • Ju za kilka godzin pmaratoskie kombo poznan warszawa NorBeRt yczyhellip
    • nbrteam zbiera siy na jutrzejszy zimowyultramaratonkarkonoski Jutro 53 km pohellip
    • Bunkry s i jest fajnie  trailrunning mountains karkonosze runninghellip
    • Zimowy Ultramaraton Karkonoski ju za trzy tygodnie! A tymczasem kolejnyhellip
  • ARCHIWA