Wertepy 2008: Wrażenia
Bolą mnie łydki, mięśnie nóg ogólnie, plecy, a właściwie to ten dolny odcinek, ręce, szyja no i oczywiście głowa – z niewyspania i ogólnego zmęczenia. Chyba łatwiej przyjdzie mi wymienić tą część ciała, której udało się wyjść z Wertepów bez żadnego szwanku. Mimo swych ledwie 117 kilometrów pierwsza edycja Adventure Racing Cup okazała się niezwykle wymagająca!
I wcale nie mam na myśli terenu w jakim przyszło nam napierać, ten bowiem niczym nie zaskoczył, było względnie płasko. Tempo tych zawodów natomiast było wręcz zabójcze. No i co tu dużo mówić, czuję się po prostu zajechany. Nawet nie wiem na ile ta nasza walka okazała się skuteczna, chyba zakręciliśmy się w okolicach 20-stego miejsca. Wczoraj napisałem, że mimo wszystko jestem zadowolony z tej pozycji i chyba rzeczywiście tak jest. Oczywiście nie mam zamiaru ściemniać i napisać Wam, że strata 4 godzin do Speleo to nic takiego (czas zwycięzców to 8 godzin…), bo tak nie jest.
Wertepy dały mi odpowiedź na to gdzie znajduje się moje miejsce w szeregu, no i niestety trochę mi brakuje do przednich miejsc, ostatnie starty zdają się potwierdzać moją przynależność do grupy średniaków. Nie mam więc problemów z kończeniem zawodów, ale o imponujących wynikach również mogę zapomnieć. Taka sytuacja ma swoje dobre i złe strony. Plus jest taki, że już tak nie napinam się przed zawodami, dzięki czemu później nie ma rozczarowania, wiem na co mogę liczyć i na tyle napieram. Minus jest taki, że ja cały czas liczę na coś więcej niż tylko kończenie rajdów!
Potraciliśmy nieco minut na rolkach (moja beznadziejna jazda!) i kajaku (ale akurat z tego etapu byliśmy zadowoleni), to z tych konkurencji technicznych. Trasa generalnie była łatwa nawigacyjnie, ale nie przeszkodziło to nam stracić na błędach około godziny. Same duperele, a tu za wcześnie odbiliśmy, a tu za późno, ech… Z tego, co ewentualnie łatwo można by jeszcze nadrobić to na pewno brak w pewnych momentach takiego „spręża”. Generalnie staraliśmy się napierać na tyle na ile było sił, ale czasem zdarzało nam się nieco odpuszczać. Podsumowując te wszystkie straty wychodzą jakieś 2 godziny, czyli to, co powiedzmy można by łatwo wyeliminować. Reszta to para w nogach, której nam zwyczajnie jeszcze sporo brakuje.
Ja osobiście jestem zadowolony z tego, że udało mi się przełamać na etapie 18km biegu, czułem się podle, nogi miałem ciężkie, a mimo to zmuszałem się do ciągłego wysiłku. W czym wielka zasługa Piotrka, którego oddalające się plecy stanowiły skuteczną motywację 😉 . Czułem (i nadal tak jest), że brakuje mi właśnie takiego przełamania, napierania mimo bólu, czasem zwyczajnie trzeba zacisnąć zęby i zapier… do przodu! Tu o tyle można było sobie pozwolić na taką wyniszczającą taktykę, że praktycznie co kilkadziesiąt minut następowała zmiana etapu. Jeśli wyprułem się na biegu to chwilę potem miałem szansę odpocząć na rowerze itd.
No i to byłoby na tyle luźnych wrażeń z trasy, więcej przemyśleń z Wertepów spodziewajcie się za kilka dni – relacja już w drodze!



ktora miejscowka w koncu Kuerti? 🙂 skoro byly te 2h to urwania to powinniscie przy nastepnej okazji zblizyc sie do tej perfekcji…
Witam. Świetny blog. Trafiłem na niego ze stronki NONSTOP. Ciekawi mnie czy ktoś z komentujących albo nawet ty wybiera się na Harpagana. W sumie to nie jest typowy AR, ale i tak można się pobawić. Jak coś to ja będę na trasie pieszej. Pozdrawiam.
Sebas,
Nawet nie wiem, na stronie z wynikami był mały bajzel i ciężko powiedzieć, zresztą nie interesuje mnie to za bardzo, bardziej patrzę na czas – 4 godziny w plecy, a to bardzo słabo 🙂 .
Gasky,
Witam i dziękuje 🙂 . Na pewno sporo osób czytających PK4 będzie na Harpie, ja również zastanawiam się nad startem (albo Tatry? Co wybrać? 🙂 ), setka odpada, ale może mieszana? W końcu trzeba wyrównać rachunki z tą przeklętą dla mnie trasą, 2 podejścia, 2 razy blisko podium i 2 razy katastrofa w końcówce (raz spóźniam się na metę, a w drugim starcie gubię kartę startową…).
Czytam Cię ciągle.
I podoba mi się konstruktywna krytyka samego siebie.
Kiedy Wanda R., moja absolutna idolka o niezachwianej pozycji wśród innych idoli ;), wiedziała, że nie może mimo ogromnego wysiłku osiągnąć czegoś w danej dyscyplinie – porzucała ją. Nie robisz tak i to mi się podoba. Oby tak dalej! A wyniki same przyjdą 🙂
Pzdr, ao.
Parvata,
Hmm.. Nie wiem za wiele o Wandzie Rutkiewicz (zapamiętałem 😉 ), ale z Twojego krótkiego opisu wynika, że musiała to być osoba ponadprzeciętna, taka z tych które robią wielkie rzeczy.
Ja w sobie nie widzę takiego potencjału, robię to co lubię i dopóki sprawia mi to przyjemność nie mam zamiaru tego zaniechać, nawet jeśli zdarzać się będą słabsze momenty, jak ten teraz, czy kilka wcześniejszych bolesnych dla mnie porażek.
Ambicje mam wielkie, przyznaje, ale trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Inaczej prosta droga do wiecznej frustracji…
Poza tym, chyba w każdym z nas, mimo niepowodzeń gdzieś głęboko tkwi wiara, w to że musi nam się udać, nie zawsze jesteśmy świadomi tego wewnętrznego powera, ale to inny problem.
Pozdrawiam!
apropos, jak wygladal ten trail running? fakstycznie bieg terenem? pofaldowany? etc
Sebas,
Jutro bądź pojutrze wrzucę relację z Wertepów..
Teraz napiszę tylko tyle, że mi się podobało. Zwłaszcza błotnista końcówka, jakieś 300 metrów biegu po kostki w wodzie, ekstra!
Na marszoblogu trochę więcej o samym Trail Runningu.