Adventure Racing no image

Opublikowany 21 sierpnia 2009 | autor Grzegorz Łuczko

28

Rajd Wisły: Informacja zwrotna

Informacja zwrotna. Porażka, niepowodzenie to informacja zwrotna. W gruncie rzeczy to mogłoby być wręcz idiotycznie proste – podejmujemy pewne działania, które mają doprowadzić nas do celu, efekty tych działań są jednocześnie podpowiedziami czy idziemy we właściwym kierunku. Jeśli tak nie trzeba nic zmieniać, jeśli nie, to znak, że potrzebna nam korekta. W rajdach byłoby to jeszcze prostsze. Trening – przygotowania – start. Start to informacja zwrotna, widać co poszło nie tak, co należy po poprawić. Mam przed sobą kartkę z notatnika z wypisanymi 13 punktami – to moje podpowiedzi, które uzyskałem na rajdzie Wisły. Oto one (relacja będzie, ale później, aktualnie brak mi weny na tworzenie pięknych historii z niczego 😉 ):

1. Weź się, kurwa mać, za rolki!

Tu będzie krótko, bo nie ma co się rozpisywać. Tylko dla pamięci sobie powtórzę: weź się, kurwa mać, za rolki!

2. Zabieraj więcej picia na trasę!

Po części (Petro twierdzi, że to przede wszystkim brak obycia w górach, nie będę oponował…) w tym tkwi przyczyna mojej beznadziejnej formy – odwodniłem się na pierwszym etapie. Założenie było takie, że te 13km zrobimy szybko – powiedzmy w półtorej, do dwóch godzin. No tak, ale… ganianie z jednej górki na drugą przy niemiłosiernie palącym słońcu musiało nieco wydłużyć tą zabawę. Zamiast więc szybkiego przebiegu na przepak wróciliśmy dopiero po 2 i pół godzinie. Po 2 zacząłem czuć się już słabo – a później było już tylko gorzej. Szkolny błąd. Wiadomo, chciałem pobiec ten odcinek na lekko, teraz jednak wiem, że z pewnych rzeczy nie można rezygnować. Głupio mi podwójnie, bo już na WSS o mały włos nie załatwiłbym się podobnie, a dwa, przecież prowadziłem ankiety żywieniowe i sam podkreślałem jak ważne jest nawadnianie! Widać jednak, że dopóki człowiek nie nauczy się na własnych błędach to wiedzę teoretyczną ma w głębokim poważaniu…

3. Sama woda to za mało…

Na drugim etapie pieszym bardzo brakowało mi czegoś słodkiego do picia – marzyłem o Istostarze albo Pepsi. Przy dużym wysiłku woda „wymięka”. Mogę powątpiewać w te wszystkie badania przeprowadzane przez Isostara czy PowerRade’a, ale to po prostu czuć. Czujesz, że czegoś Ci brakuje, pijesz wodę, a ta przenika przez Ciebie nie zostawiając żadnych śladów. Na następny raz zabieram znaczne zapasy napojów gazowanych i jakiegoś isostara. Z moją ulubioną Pepsi jest taki problem, że choć faktycznie czuję się po niej znacznie lepiej, zdarza się, że po prostu stawia mnie na nogi, „wybudza” z takiego specyficznego „przymulenia” to jednocześnie powoduje dziwne wzdęcia żołądka. Przez jakiś czas po spożyciu ciężko się biegnie. Może ktoś ma patent na tą dolegliwość?

4. Więcej „treściwego” jedzenia!

Ekhm.. ekhm… Moją twarz pokrywa właśnie rumieniec wstydu i zażenowania, no bo jak do ciężkiej cholery mogę wytłumaczyć sobie kolejny prosty, szkolny, idiotyczny, debilny błąd, który popełniłem?! Brak nawadniania, brak odpowiednich napojów, a teraz jeszcze błędy w żywieniu. No ładnie! Na drugim treku przez cały czas czułem się kiepsko – brakowało mi czegoś „kalorycznego” do picia i czegoś porządnego do zjedzenia. Batonów miałem dość, musiałem na siłę je spożywać, marzyłem o porządnej bule z serem i kiełbasą. Następnym razem to się już nie powtórzy!

5. Przepaki przygotowane na różne okazje

Nie chodzi mi bynajmniej o uprzednie przygotowanie sobie śpiwora na wypadek wycofu… Raczej o sytuację w stylu – zakładam przed startem, że rajd potrwa X godzin, natomiast w trakcie okazuje się, że owszem rajd potrwa X godzin ale razy dwa. Taki obrót spraw występuje dość często – zwłaszcza w imprezach górskich. Trzeba być przygotowanym na taką możliwość – zostawić sobie więcej żarcia, picia itd.

6. Odpowiedni ubiór!

Na pierwszym biegu było mi za ciepło. Bynajmniej nie mam na myśli li tylko słońca, ale i fatalnie dobranego ubioru. Miałem na sobie Dobsomy i koszulkę z długim rękawem, co przy tak dużej intensywności poruszania się i temperaturze wokół nie było zbyt dobrym wyborem…

7. Logistyka – odpowiednio wcześniej

Noclegi, dojazdy, schematy tras itd. Oczywiście wszystko na ostatnią chwilę – pół biedy jak nocleg jest w bazie, na sali gimnastycznej itp. gorzej gdy samemu trzeba sobie szukać lokum. W przypadku rajdu Wisły tak właśnie było. Może to nie jest kluczowa sprawa, ale spokojna głowa przed startem, w czasie dojazdu to mniej stresu, którego nigdy za mało. A co do schematu trasy, gdybym wcześniej mu się przyjrzał to zabrałbym dwie pary butów, a tak musiałem wozić ze sobą Salomony na drugi trek… Ech!

8. Wymienić napęd w rowerze

Jednak manetki i przerzutka Shimano nie współpracują zbyt dobrze z kasetą i łańcuchem od Srama. To nie jest naglący problem, mogę jeździć w miarę komfortowo, ale na przyszłość będzie trzeba zająć się tą sprawą – na przyszłość czyli wtedy kiedy zajeżdzę obecny zestaw.

9. Kupić amortyzator do roweru

Sprawa nieco bardziej na czasie niż wymiana napędu. W ciągu najbliższych tygodni mam zamiar stać się szczęśliwym posiadaczem nowego amora – przyznam się, że nie chciało mi się wertować tysiąca stron internetowych i polegać na opinii nieznanych mi ludzi. Poprosiłem Kaziga o rekomendację, a ten zdecydowanie polecił mi Rebę SL – zaufam jego osądowi i będę polował właśnie na ten amortyzator. Jeśli ktoś ma jakieś uwagi chętnie posłucham!

10. Biegać w lekkich butach

Znów popsioczę na Salomony, ciężkie są skubańce 🙂 . Następnym razem na tak krótkie odcinki będę brał jakieś leciutkie biegówki, nieważne czy góry, czy nie – lubię swoje buty treningowe!

11. Częściej jeździć w góry!

To akurat nie jest zupełnie zależne ode mnie, niemniej będę o tym pamiętał. Co tu dużo mówić, bez przygotowania siłowego z gór ciężko coś powalczyć na tak wymagających rajdach jak ten w Wiśle…

12. Wprowadzić trening stricte pod góry

Mój pomysł na dziś to bieganie po schodach. Podbiegi i biegi w drugim zakresie chyba nie mają bezpośredniego przełożenia na bieganie po górach. Zresztą, tu nawet nie chodzi o bieganie, a zwyczajne podchodzenie – nie jestem przyzwyczajony do pokonywania takich stromizn pod górę! Z tych wszystkich ćwiczeń, które robiłem nabliższe podejściom w górach jest skip, czyli wysokie unoszenie kolan. Teraz zamiast raz w tygodniu robić siłę biegową (zwykle podbiegi, skipy i wieloskoki) do planu włącze bieganie po schodach, niestety nie mam wysokiego budynku „pod ręką”. Zmuszony będę więc do wykonywania monotonnych powtórzeń. Nie mam jednak nic do stracenia, tych kilka tygodni mogę się przemęczyć, a jak nie będzie efektów to najwyżej zrezygnuję z tego dość ekstremalnego środka treningowego…

13. Ustalić schemat jedzenia i picia przed i po starcie

Nie wiem jak u Was, ale dla mnie ten czas przed i po startowy jest wyłomem w rutynie dnia codziennego. Już nawet nie chodzi o to, że na zawody trzeba dojechać i wrócić, co samo w sobie burzy codzienny porządek, ale o stan mentalny. Chciałbym to jakoś sobie uporządkować, wprowadzając stałe, w miarę możliwości schematy żywieniowe. Krótko mówiąc, chciałbym wypracować pewien schemat działania przed i po starcie, sekwencję działań, która przygotuje mnie do startu i później pomoże jak najszybciej wrócić do formy po zawodach. Odżywianie i nawadnianie zajmą zaszczytne miejsce w tym schemacie.

Podsumowanie

Jak widać popełniłem wiele błędów – tych mniejszych i tych większych. Chyba za mocno w ostatnim czasie skoncentrowałem się na samym treningu, a zaniedbałem aspekt logistyczny, aspekt planowania, przygotowań itd. Ktoś powiedział (to był Kazig, o ile dobrze pamiętam), że w takim rajdzie jak ten w Wiśle wszystko musi być dopiętę na ostatni guzik. U nas, a przede wszystkim u mnie jak widać tak nie było – a w czasie zawodów wszystko wychodzi… Sprawa jest prosta, mam gotowy materiał do analizy i czas na eliminacje tych wszystkich błędów.

Problem w tym, że gdyby to wszystko było takie proste to wszyscy bylibyśmy bliscy ideału, bo przecież każdy dzień daje nam informacje zwrotne na temat tego kim jesteśmy, wiele rzeczy nam się nie podoba, wiemy co musimy zmienić, a jednak tego nie robimy. Dlaczego? Może dlatego, że jesteśmy po prostu cholernie niedoskonali (mógłbym rozpisać się na ten temat, bo przecież te wszystkie błędy to są moi starzy znajomi, znamy się od lat i… i właśnie, może już się przyzwyczailiśmy do siebie, polubiliśmy się i tak ciężko nam się pożegnać?)? Na tym niepokojącym wniosku poprzestanę, czekam na Waszą litanie błędów, nie wstydźcie się! 😉 .


O autorze

Tu pojawi się kiedyś jakiś błyskotliwy tekst. Będzie genialny, w kilku krótkich zdaniach opisze osobę autora przedstawiając go w najpiękniejszym świetle idealnego, czerwcowego, słonecznego poranka. Tymczasem jest zima i z kreatywnością u mnie słabiuśko!



28 Responses to Rajd Wisły: Informacja zwrotna

  1. Krolisek mówi:

    Moje dotychczasowe błędy:
    – skurcze z wychłodzenia – łydki, za krótkie gacie 3/4
    – mix żywieniowy, po którym bardzo źle się biegło.

    Jak na dwa (krótkie) rajdy, to całkiem niezła lista. Nowości przede mną.

    Ps. Czy Ty tam nie masz jakiś klifów do biegania pod górę? Coś mi się tak kojarzy z pocztówek znad morza 😉

  2. Kuerti mówi:

    Jakby mnie jakiś strażnik złapał na bieganiu po klifach to pewnie bym się pożegnał z nowym amorkiem 😉 .

    Niezła lista? Moja obejmuje 13 pozycji, u Ciebie ledwie 2 i to takie mniejszego kalibru 🙂 . U mnie np. musiałem nieco zrewidować poglądy nt. jedzenia, po dwóch intensywnych startach podczas Włóczykija i WSS okazało się, że sprawdzone zestawy przestały działać. Potrzebowałem czegoś lekkiego, szybko wchłanialnego. Zupełne przeciwieństwo tego, czego potrzeba było mi na Wiśle.

    Wniosek jest taki, że trzeba być przygotowanym na różne okazje 🙂 .

  3. jasiekpol mówi:

    Fajna ta lista, ale jak przyjdzie do roboty, to się znajdą wymówki. Rolki to proponuje już od jutra, i to najlepiej zacząć z kijami do treku ( prawie jak narciarstwo biegowe. Rower – jak się sam nie nauczysz serwisować to zawsze będziesz cinko pierdział w temacie. Góry, wystarczy chęć, schody, kulochwyt, jakaś górka z dużą ilością piachu i wiele powtórek – i tak qrwa do zajebania.

  4. Kuerti mówi:

    Otóż to, wymówki… Ale inaczej sprawa wygląda z tym co zapisane, a z tym co tylko w głowie. Może łatwiej będzie mi się zmobilizować do pracy mając wszystko ładnie wypisane? 🙂

    Co to jest kulochwyt? Pierwsze słyszę…

    A na górce z piachem robić podbiegi czy skipy, o których pisałem w tekście?

  5. jasiekpol mówi:

    Mam u siebie taką starą strzelnicę, nie używaną gdzie z piasku był usypany element do chwytania kulek, jest dość spory, 20 metrów wysokości, podbiegi po piasku to masakra.

  6. Krolisek mówi:

    Grzesiu, jak będę miała za sobą więcej startów, to lista mi się wydłuży na pewno.

    A ten kulochwyt z Siedlec to chyba pamiętam… 😉 nawet z rowerami musieliśmy się tam wtarabanić rok temu.

  7. Petro mówi:

    A nie możesz biegać na tę górkę (wydmę, klif) szlakiem (nie pamiętam koloru) na wschód z Międzyzdrojów? Z tego co pamiętam z ZMP tam jest całkiem fajny teren krosowy i dość konkretna ta górka.
    A uwaga o niekompatybilności napędu raczej nie jest specjalnie naukowo podbudowana 😉 Co nie zmienia faktu, że mógłbyś co nieco zdemontować, umyć, nasmarować i ew. wymienić.
    A ja właśnie się wybieram po adapter do hamulca 😉 Na mazowieckich piachach też się jednak czasem przydaje pohamować 😉

  8. Paweł mówi:

    Mnie się coś zdaję Grzesiek, że nie dałeś sobie odpocząć przed startem a potem jeszcze zmęczony podróżą stanąłeś na starcie. Możesz napisać jak wyglądał twój ostatni tydzień przed startem od strony treningowej?

    Schody to myślę, że nie jest dobry pomysł. Twardo, łatwiej się potknąć. Może lepiej kilkumetrowa górka? Najlepiej piaszczysta. coś tam powinieneś mieć koło siebie.

    Co do żywienia to w pełni się zgadzam. Na rzeźniku załatwiły mnie w połowie właśnie same batoniki i żele. Odżyłem dopiero, gdy zjadłem na przepaku porządne kanapki.

  9. Konrad mówi:

    Bieganie po schodach gorąco polecam. Byle tylko nie przegiąć z częstotliwością:) Jest to mój najczęstszy trening w zimie, kiedy pokrywa śnieżna jest zbyt duża żeby biegać po lesie.
    Nawet teraz, kiedy często bywam w górach, to przygotowując się do Przejścia i tak dokładam do treningów bieganie po schodach.

    Co do treściwego jedzenia to masz rację. Na Wiśle na trekkingu nieco przez przypadek wyszedł mi wariant okrężny na jeden z punktów, ale dzięki temu miałem możliwość zjeść w nocy talerz pysznego bograczu, po prostu pycha, a jak przyjemnie się później napierało 🙂

  10. Kuerti mówi:

    Paweł,

    Ostatni tydzień wyglądał tak:

    Pn – wolne
    Wt – 45min bieg owb1
    Śr – 1h30 min rower
    Cz – 45 min bieg owb1
    Pi – wolne

    Czyli względnie luźno, bez akcentów itd. Inna sprawa czy nie przesadziłem w tygodniu poprzedzającym start, w środę zrobiłem godzinę tempa na rowerze, zmęczył mnie ten trening, doszedłem do siebie dopiero na sobotni drugi zakres.. A to przecież też mocny akcent. Wygląda na to, że macie z Adamem rację, mogłem nie być dostatecznie wypoczęty, tak to jest jak człowiek chce aż za mocno!

    Konrad,

    Witaj na PK4! 🙂

    Dwa pytania:

    1. Ile biegasz po tych schodach?
    2. Co to jest ten bogracz?!?! 🙂

  11. Konrad mówi:

    Po schodach biegam obecnie 0,5h raz na dwa tygodnie, zimą biegałem 3-4 h na miesiąc. Biegam boso na piętro i z powrotem. Trochę to monotonne i niekorzystnie wpływa na układ nerwowy domowników 🙂

    A bogracz to sycąca zupa gulaszowa, z mięsem, ziemniakami, papryką. Chyba wywodzi się z Węgier.

  12. Adamo mówi:

    Blad zywieniowy i za szybkie tempo jest bardzo czesto przyczyna porazki. Nawet przy najlepszej formie.
    Jest bardzo cienka granica miedzy optymalnym uzupelnianiem elektrolitow i pozywienia a przejedzeniem albo zbyt malym dostarczaniem kalorii.
    Slodzone napoje pozwalaja ciagle dostarczac weglowodanow koniecznych!!! do spalania tluszczy.
    2-3 godzinny bieg mozna pojechac na zapasie glikogenu. Pozniej juz trzeba jesc.
    Co do Pepsi to nic wiecej jak pozyteczna sacharoza – cukier i (wlasnie) kofeina. Niestety mamy do tego gaz i kwas fosforowy ktore sa juz niedobre. Stad klopoty zoladkowe.
    Potrzebe kofeiny mozna by zalatwic odrobina tabletki dla kierowcow lub podobnymi specyfikami rowniez zawierajacymi kofeine ale czy przypadkiem nie jest juz to doping? Nawet kofeina w ilosci zawartej w butelce Pepsi?
    Trzeba by sprawdzic.
    Pozostaja wiec weglowodany w gotowych izotonikach – drogie. Albo wlasne mieszanki na bazie sokow, wody mineralnej i cukrow – prostych – glukoza – fruktoza i zlozonych- dwucukry – sacharoza i dalej maltodekstryny. Dobre sa tez na bazie miodu (dawniej tez kisielu).
    Ja czesto na rowerze mam i slodkie napoje i sama wode. Czesto przeslodzenie powoduje problemy w zoladku. Woda tez jest najlepiej i najszybcej!!! wchlaniana.
    Ale kiedy na trasie pojawi sie „uczucie ssania” jest juz za pozno. Trezba zwolnic i na sile naladowac sie plynami i cukrami

    Co do sprzetu to sam ostatnio doswiadczylem co znaczy slaby amor w gorach. Pod gore tracimy na sredniej predkosci a z gorki tracimy klocki hamulcowe 😉 bo slaby amor zle wbiera nierownosci 🙂

    Co do treningu na gory to liczy sie psychika.
    Trzeba te gory kiedys zobaczyc i troche w nich pobyc. Nie atakowac wiwlokilometrowych podjazdow za ostro na poczatku, wybierac male przelozenia itd. Liczy sie tez technika jazdy.
    Jesli chodzi o sam trening wydolnosciowy trzeba wlaczyc podjazdy i podbiegi. Podjazd musi miec przynajmniej kilometr i byc stromy. Moze byc asfalt gdzie latwiej kontrolowac wysilek.
    Podbiegi tez musza byc dlugie. Ogolnie musza zapewniac 2-4 minutowy wysilek w trzeciej strefie a wiec nad progiem przemian tlenowo-mleczanowych.
    Do tego sila na silowni i w terenie.
    Zwracam roznice pomiedzy sila typu skipy itd. na krotkim podbiegu a wbieganiem na dlugi podbieg.
    To pierwsze pomaga na ulicy i w typowych biegach, drugie buduje typowo gorska wytrzymalosc.
    Polecam „Biblia treningu kolarza górskiego”
    Moim zdaniem solidna ksiazka. Nie maja tego ksiazki Skarzynskiego (ale w zasadzie jedyne na ryku) dot. biegania bo oferuja wylacznie jeden schemat (do tego wzasadzie biegi uliczne) zamiast szerokiej bazy i wiedzy.
    Z biegania po schdach bym zrezygnowal. O ile pamietam nawet nad morzem jest sporo pofadowanego terenu gdzie wystepuja ostre skarpy itp a to wzmacnia psychike lepiej i jest blizej natury.

    Podsumowujac. W pewnym momencie dochodzimy do etapu na ktorym nie wystarczy uprawiac wysilek fizyczny ale TRENOWAC.
    A jest to roznica.
    Rajdowcy nie lubia asfaltow, ograniczen itp ale dalszy rozoj bez wprowadzenia typowego treningu kolarskiego/biegowego jest juz bardzo ciezki. A to wymga pracy a jak nazwa wskazuje praca nie jest przyjemnoscia 🙂
    Wolimy fun zamiast zylowania czasow. Ale na pewnym etapie zeby miec fun na zawodach trzeba miec harowke na treningach.
    Dlatego tez niektorym tak ciezko jest zniesc bieg na 10 km gdzie caly czas musi bolec. W triathlonie nawet olimpiskim boli caly czas. nawet wiecej niz na 200 km rowerem.
    i ten bol trezba zaakceptowac na coraz bardziej wyzylowanych czasach rajdowych bedac na pewnym juz wysokim etapie wydolnosci organizmu

  13. Kuerti mówi:

    Adam,

    Dzięki za treściwy komentarz!

    Masz jakieś przepisy na domowe izotoniki? Ja zapisałem sobie kilka, na razie poprzestałem na testowaniu jednego (w dodatku w niedokładnych proporcjach) i jestem średnio zadowolony.

    Skipy. Hmm, a mi się wydawało, że skip pomaga przy podejściach, a z kolei podbiegi budują ogólną siłę. Głowy jednak nie dam sobie uciąć, przede wszystkim muszę robić SB regularnie. 2 miesiące treningów tego elementu na pewno nie wystarczą…

    Co do końcówki Twojego komentarza, myślę, że my rajdowcy nadal jesteśmy na etapie pomiędzy przygodą a wyczynem (o wiele bliżej nam do przygody). Nie sądze, żeby kiedyś miało się do diametrialnie zmienić, oczywiście będą pojawiać się jednostki ambitne, którym zależeć będzie na wyniku i pójdą drogą ściśle ukierunkowanego treningu, większość jednak po prostu dobrze się bawi.

    Mimo wielu podobieństw do biegania, mtb, szosy, czy triatlonu rajdy mają swoją „specyficzną specyfikę”. Podczas biegu na 10 kilometrów nie spotkasz piechurów, podczas rajdu „turyści” mieszają się ze „ścigantami”, tak było, jest i pewnie będzie. Podoba mi się to, bo każdy znajdzie coś dla siebie.

    Ciekawi mnie gdzie Tobie bliżej, do „race” czy „adventure”? Pomysł na start w WSS świadczyć może o tym drugim 🙂 .

  14. Adamo mówi:

    >>Masz jakieś przepisy na domowe izotoniki?

    Kiedys na treningi po prostu woda+cukier+cytryna
    lub kompot Mamy :)+banan lub Mars (wtedy te batony wchodzily 🙂 na rynku jako jedyne 🙂 a na zawody Isostar. Poczatek lat 90tych inne czasy inne cenny :)inne mozliwosci.
    Poszukaj tez na bieganie.pl lub na biegajznami
    Teraz sok + woda zabierane na wyjazdy maje cecharakter WB1/WB2 lub „wyczyn krajoznawczy” 🙂 (srednia HR zdecydowanie blisko gornej strefy tlenowej) z podchodzeniem do HRmax.

    >>Skipy. Hmm, a mi się wydawało, że skip pomaga przy podejściach, a z kolei podbiegi budują ogólną siłę.

    Moim zdaniem podbiegi (dlugie) dokladnie tak jak piszesz.
    Skipy itd pozwalaja wyrabiac/izolowac miesnie specyficzne dla biegania. Idealne specyficzny trening dla „ulicznikow” kropka nad i dla rajdowcow. Do tego duzy wplyw na poprawe techniki!!! (Patrz Skarzynski)
    Na rowerze podjazdy jako element treningu sa jeszcze wazniejsze!!!
    >>Co do końcówki Twojego komentarza, myślę, że my rajdowcy nadal jesteśmy na etapie pomiędzy przygodą a wyczynem (o wiele bliżej nam do przygody).

    Tak bylo i niestety nadal jest w triathlonie
    Startuja razem mlodzi, starzy i kobiety. Rozpietosc czasow na mecie olbrzymia.

    >>Nie sądze, żeby kiedyś miało się do diametrialnie zmienić, oczywiście będą pojawiać się jednostki ambitne, którym zależeć będzie na wyniku i pójdą drogą ściśle ukierunkowanego treningu, większość jednak po prostu dobrze się bawi.

    Dokladnie tak. Jest to niestety smutne bo triathlon w Polsce nadal nie wyszedl z fazy niemowlecej i obawiam sie, ze tak bedzie z rajdami.
    Czy na glownych rajdach na swiecie gdzie idzie kupe kasy od sponsorow jest zabawa? Oni przekroczyli juz etap fun.
    Podobnie na lokalnych zawodach w triathlonie w Niemczech czy Czechach poziom jest/byl juz bardzo wysoki. Inna kultura sportowa 🙁 tych narodow

    >>Mimo wielu podobieństw do biegania, mtb, szosy, czy triatlonu rajdy mają swoją “specyficzną specyfikę”.
    Dokladnie ale Ty i inni juz zaszliscie dalej jak napisales
    „oczywiście będą pojawiać się jednostki ambitne” 🙂 i musisz trenowac profesjonalnie 😉 co juz w duzym stopniu robisz. Konkurencja bedzie rosla.

    >>Ciekawi mnie gdzie Tobie bliżej, do “race” czy “adventure”? Pomysł na start w WSS świadczyć może o tym drugim.

    Jesli chodzi o skale wysilku to albo fun albo sciganie czyli albo nie stratuje i spedzam czas w gorach/w lesie itp nawet robiac duzy wysilek
    dla siebie + radosc z poznawania okolicy albo chce sie zmierzyc z soba i innymi a wtedy solidnie szykuje forme i startuje na zawodach.
    Jak widac to drugie na razie mi nie wyszlo.

    Co do race lub adventure forma maratonu na orientacje stala sie na poczatku roku dla mnie odkryciem (Wloczykij) i z checia poprobowal bym maratonu biegowego lub rowerowego na orientacje. Na marginesie dodam, ze jako dzieciak startowalem w InO 🙂
    Stad polaczenie starych pasji w nowej formie.
    Rajdy sa dla mnie troche udziwnione i przekombinowane np. rolki…Do tego koniecznosc startu w zespole.

    Jeszcze raz przeczytalem Twoje pytanie i co ciekawe maraton na orientacje jest dla mnie zdecydowanie juz wyscigiem (race).
    Przygoda to np wyjazd na trekking w gory gdzie liczy sie fun ktory wymaga zmeczenia.
    Tam gdzie walcze z rywalami i czasem to race 🙂 Tutaj przyjemnosc lub zawod moze byc dobiero na mecie. W trakcie glownie jest bol (i chwila frajdy kiedy mija sie rywala lub jak piszecie widzi wschod slonca)

  15. Kuerti mówi:

    Adam,

    A dlaczego niestety? Czy fakt, że sport jest przede wszystkim zabawą jest czymś złym? Domyślam się, że chodzi Ci o rozwój dyscypliny, a ta bez przejścia w profi stać będzie w miejscu. Ale patrząc z perspektywy takich ludzi jak ja – mimo wszystko traktuję rajdy jako hobby, mam jakieś tam ambicje, które wymuszają niejako na mnie stosunkowo intensywny trening i pewną dawkę poświęcenia, ale nadal to tylko hobby, którego uprawianie samo w sobie przynosi dużo frajdy – to nie jest taki zły obrót spraw.

    Wyższa kultura sportowa. Myślę, że mamy tutaj jeszcze wiele do zrobienia, nadal jest zbyt wielu ludzi, którzy dziwnie patrzą na biegających, na tych, którzy dla własnej satysfakcji potrzebują się zmęczyć. Jest cholernie duża praca do zrobienia u podstaw. Podejście do sportu, do wysiłku, do samodoskonalenia się itd. Ciężko o ambitne podejście gdy tak wielu deprecjonuje sam fakt podejmowania wysiłku. I tutaj wychodzi plus „nie profi” charakteru rajdów – wystartować w setce może każdy, spójrz na listy startowe Harpagana (masy młodzieży, harcerzy, militarystów) czy Kieratu (turyści górscy). To nie są sportowcy! To ludzie, którzy kochają przyrodę, aktwyny wypoczynek, ale niekoniecznie sport.

    W triatlonie czy biegach ulicznych uczestnikami są biegacze – amatorzy. W rajdach nie ma takiej wstępnej selekcji, nie trzeba biegać, trenować, żeby wystartować. Wielu tak zaczyna. Ja sam zaczynałem od marszów. Po czasie chciałem być coraz lepszy, a co zrobić, żeby być lepszym? Trzeba się ruszac! Biegać, trenować, czytać, zdobywać wiedzę, wymieniać się dosiadczeniami z innymi uczestnikami, poznawać siebie, zmieniać podejście itd. Wielu jest takich jak ja – zaczynamy od zainteresowania przygodą a kończymy na marzeniach czy realizacji tych marzeń o wyczynie (na takim poziomie na jaki nas stać). To właśnie z tych ludzi rekrutują się później najlepsi – zdaje się, że Paweł Dybek w młodości objechał Europę autostopem, nie zdziwiłbym się gdyby to właśnie był ten moment, od którego wszystko się zaczęło.

    No i to jest fajne, część osób pozostanie na etapie przygody, a ci którzy odkryli w sobie ducha rywalizacji i takiej niepohamowanej myśli o byciu coraz lepszym w te klocki będą się ścigać. Miejsca starczy więc dla każdego.

    Co do Twojego podejścia. Widzę w nim zasadniczy problem – bo jeśli rajdy na orientację traktujesz jako ściganie się i startujesz tylko dobrze przygotowany to tracisz możliwość zbierania doświadczeń. Rajd to nie jest bieg na x kilometrów. Nie da się porównać setki czy rajdu takiego jak w Wiśle do treningów, które robisz na co dzień. Jest za dużo zmiennych, które dopiero w toku nauki (poprzez starty) jesteś w stanie opanować. Na Twoim miejscu „zmiękczyłbym” nieco swoje podejście i po prostu zaczął startować, nawet niezbyt dobrze przygotowany. Zbierzesz doswiadczenie i po kilku startach będziesz wiedział czego oczekiwać od siebie. Myślę, że dopiero wtedy to będzie dobry moment, żeby postawić sprawę tak zdecydowanie, albo, albo.

  16. Adamo mówi:

    Kuerti

    Prawie w 100% zgadzam sie z Toba 🙂
    Nie sugeruje, ze wszyscy musza robic wyczyn. Wlasnie fajne to jest na zachodzie, ze sa zawody dla wszystkich te duze i te lokalne. U nas czesto poczatkujacy nie mial gdzie wystartowac bo musial miec licencje itd itp.
    Swietnie stalo sie w polskim MTB gdzie od zawodow rodzinnych poprzez rajdy wyscigi mamy zawody pucharowe a na koncu Maje Włoszczowska :). Przewiduje, ze nie jeden medal bedzimy zdobywali.
    Rozumiem, ze wiekszosc obecnie traktuje rajdy jako przyjemnosc/przygode. Gdybym jej nie mial tez bym kiedys nie trenowal codzinnie. Ale jest tu juz pewna subtelna roznica. Nie kazdy trening w deszczu byl fajny. Ogolnie bylo fajnie…jak lezalo sie w wannie 😉 albo wiosna zbieralo sie owoce zimowej pracy. Dokladnie pracy.
    Podsumowujac jesli tylko przygoda trenujmy tyle aby w zdrowiu ukonczyc zawody lub z satysfakcja zejsc na ktoryms kilometrze pokonujac wlasne granice.
    Ale w innym wypadku bedac juz wysoko a Ty wlasnie na tym poziomie jestes NIE DA SIE poprawiac wynikow bez profesjonalnego treningu.
    Najtrudniejsze jest to, ze o ile na poczatku forma rosnie proporcjonalnie do np czasu poswieconego treningowi to pozniej aby poprawic sie o troche pracy trzeba wlozyc wiecej!!!
    Wykonywanie wysilku fizycznego a trening to pojecia rozne.

    „””Trening sportowy

    Trening sportowy to wieloletni, specjalnie zorganizowany proces pedagogiczny, w ramach którego zawodnik uczy się techniki i taktyki swojej dyscypliny i doskonali je, kształtuje sprawność fizyczna, a także cechy wolicjonalne i osobowość oraz nabywa wiedzę na temat prowadzonej przez siebie działalności sportowej. Celem treningu jest optymalizacja funkcji ustroju i rozwinięcie specyficznej adaptacji wysiłkowej, umożliwiającej uzyskiwanie maksymalnych wyników i osiągnięć w uprawianej specjalności ruchowej.”””
    http://209.85.135.132/search?q=cache:Syb6C5q5H0kJ:www.orlikowski.now.pl/pliki/zdjecia/awf_opracowania/TEORIA%2520TRENINGU%2520SPORTOWEGO.doc+%22trening+sportowy%22&cd=1&hl=pl&ct=clnk&gl=pl
    To nie to samo co wykonywanie nawet regularnie wysilku fizycznego.

    Ja na tym poziomie kiedys zrezygnowalem i nie zaluje. W triathlonie nie dalo sie startowac i pojechac na 3 tyg wakacyjna wyprawe. Nie mowiac o pojsciu na koncer/i mpreze itp.
    W rajdach to jest fajne (jak pisales), ze nie zostaly one na razie zzarte poza nieliczna grupa przez wyczynowa sportowa rywalizacje.
    Z tym moim nastawienie do scigania to troche przesadzilem :)Po prostu zalatwilem wiosna kostki tak mocno, ze biegam sporadycznie wcale wiec pozostal mi rower 🙁 I niestety poprawa nie nastepuja tak szybko jak bym chcial. Troche pechowo tez nie podpasowal terminarz.
    Co do doswiadczenia startowego zgodze sie w 100%, ze jest potrzebne szczegolnie w nawigowaniu. Stad czesto staram sie jezdzic w nieznane z mapa.

    Mam nadzieje, ze nie traktujesz moich wpisow jako czepialskich. Chcialbym tylko podyskutowac o metodach treningowych (na roznym stopniu zaawansowania).
    Stad moja sugestia i zacheta do wkroczenia na stopien wyzej.

  17. Kuerti mówi:

    Adam,

    Nie wierzę w bieganie rodem z kolorowych pism, w te wszystkie piękne uśmiechy z okładek. Może jeśli ktoś biega/jeździ tylko wtedy kiedy rzeczywiście ma na to ochotę, bez zaglądania na zegarek, bez stosowania obciążających akcentów itd. to może taki „trening” jest przyjemnością. Ale trening w rozumieniu, które przytaczasz w swoim komentarzu to niestety często „pot, krew i łzy”. Może niedosłownie, ale nie zawsze jest fajnie. Myślę, że nie ma co nad tym faktem ubolewać, to po prostu część gry. Stały element.

    Dopiero w pewnym momencie przychodzi myśl, ile jesteśmy w stanie poświęcić? Czyli to, co napisałeś o swoich własnych doświadczeniach, o tym z czego trzeba zrezygnować. Rajdy dlatego mnie tak pociągają bo mogę jednocześnie trenować względnie „podręcznikowo”, ale i łączyć pracę na treningach z wycieczkami w góry, z sakwami na rowerze. No i to jest chyba miejsce, w którym się zatrzymam. Nie chcę wychylać się mocniej w stronę super profi treningu i tak dalej.

    Oczywiście, że nie traktuję Twoich komentarzy jako czepialskich. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę robić wyniki to muszę trenować z głową i używając Twojej terminologii – „wejść na stopień wyżej”. Nie zawsze jednak udaje mi się to wprowadzić w życie, choćby dlatego, że co to znaczy trenować z głową? Bazuję tylko na tym, co wyczytałem w książkach, internecie, na rozmowach ze znajomymi, którym pewne elementy wychodzą oraz na własnych doświadczeniach. Nie jestem ekspertem, mogę się mylić i zdarza mi się to badzo często, niestety… Metodą prób i błędów próbuje jednak posuwać się cały czas naprzód.

  18. Krolisek mówi:

    Temat-rzeka 😉 ostatnio często myślę o tym, pomimo że granica pomiędzy przyjemnością ze startów a bólem jest jeszcze daleko przede mną (chociaż kto wie? może nie aż tak daleko). Wydaje mi się, że to trochę kwestia tego, jak chcemy wykorzystać swój potencjał. Jest mnóstwo osób bardzo dobrze wytrenowanych, które startują tylko dla przyjemności w imprezach dla nich łatwych. Nie biorą się za IM albo długie rajdy, traktując to wszystko tylko jako zabawę i odskocznię od codzienności. Takie podejście jest moim zdaniem ok. Można sobie podnosić poprzeczkę, ale robiąc to wszystko amatorsko dojdzie się do pewnej granicy. No ale co się liczy? Wynik czy fun?
    Jak to określił Grzesiek „profi trening” może być na dłuższą metę zbyt obciążający, nie tylko dla organizmu, ale i psychicznie. Poczytajcie jakikolwiek wywiad z profesjonalnym biegaczem (wczoraj wpadł mi w ręce wywiad z Michałem Kaczmarkiem w Bieganiu). Czy sport zawodowy nie jest chory? Całe życie wg schematu, podporządkowane datom startów. Tam nie ma miejsca na żadne spontaniczne zachcianki.

  19. Kuerti mówi:

    http://www.sport.pl/zimowe/1,79225,6331813,6000_kalorii_dziennie___Justyny_Kowalczyk_droga_po.html

    Kiedyś ktoś podawał linka do tego tekstu, ale to jest jeden z tych artykułów, do których wraca się po kilka razy.

    Ja myślę, że można bawić się w rajdy i omijając ból, eliminując znaczną część przyjemności – tylko czy to nadal będzie rajd, rajd przygodowy? Moim zdaniem niewygody wpisane są w definicje tej zabawy. Ale można bawić się inaczej, setki są kasujące, ale start na 50km może być samą przyjemnością, tak samo jak udział w krótkim rajdzie i nastawienie „run for fun”.

    Z własnego doświadczenia ja widzę to tak: generalnie rajdy są obciążąjące fizycznie i na początku pojawiające się trudności związane są z wysoką ceną wejścia w dyscyplinę. Z czasem jednak wytrenowanie przychodzi (nie trzeba nawet „trenować”, wystarczy startować i po prostu „ruszać się”) i zostając na tym samym pułapie co na początku można ominąć ból. Problem jednak w momencie kiedy w głowie pojawi się myśl o ściganiu, tu już nie ma zmiłuj. Będzie bolało, i na treningach i na zawodach.

    Co się liczy, wynik czy fun? To chyba z tych naszych fundamentalnych pytań, no nie? Zaraz po „a po co to w ogóle?”. Ma ktoś pomysł na więcej takich „obowiązkowych” pytań każdego rajdowca? Dla mnie nigdy nie było tak, że liczył się tylko wynik. Zawsze chodziło i chodzi o fun, problem natomiast w tym, że częścią mojego funu jest też dobry wynik, czy pokonanie jakiejś kolejnej bariery.

    W tym treningu profi najgorszy jest chyba brak przyzwolenia na spontaniczność, o której pisała Ulka, oraz to, że trzeba odmówić sobie wielu rzeczy powszechnie uważanych za przyjemne. Nie mam nic przeciwko odmawianiu sobie czegoś, na rzecz przyszłych korzyści, ale co jeśli w pewnym momencie człowiek czuje, że jego życie stało się jednym wielkim wyrzeczeniem? Pół biedy jeśli za tym idzie wielka kasa, sława, rekordy, medale… Ale co jeśli ktoś bardzo mocno się stara a wyników nie ma?

  20. Adamo mówi:

    Kuerti,
    Ja tez „Nie wierzę w bieganie rodem z kolorowych pism (…)” 🙂

    Wroce jeszcze do ilosci pracy treningowej a formy z tego wynikajacej.

    W moim przedostatnim sezonie w triathlonie pomimo, ze wykonalem 2 razy wiecej pracy niz w ostatnim osiagnalem ok 5% lepszy czas. (Raczej w ostatnim sezonie wykonalem dwa razy mniej pracy:))Miejsce na mecie tez tylko troche ale jednak bylo gorsze.
    5% roznicy na 100tce to wychodząc od 15 godz az 45 minut!!! Decyduje np. o byc a nie byc na pudle.
    I wlasnie o to chodzi. Niby 45 minut a decyduje o kolejnosci. I co najwazniejsze poprawa o te 45 minut czesto oznacza np. podwojenie nakladu pracy.

    Troche jestem cwaniak 😉 bo polecam innym aby trenowali wiecej a sam mam opory przed poswieceniem czegos (bo nic nie ma za darmo) w imie jakiegos wyniku 🙂

    Tak to jest ze przy najlepszych zdolnosciach, wiedzy i prakyce decydujac sie na zdobycie wysokiego miejsca/wyniku musimy miec swiadomosc ogromu pracy i poswiecenia. I kazdy pewnie zdjae sobie z tego doskonale sprawe

  21. Adamo mówi:

    Na koniec chcialbym jeszcze uscislic kwestie
    „(…)musimy miec swiadomosc ogromu pracy i poswiecenia”
    Dochodzenie do optymalnej zyciowej formy to wieloletni proces.
    Ponadto forma budowana malymi rocznymi kroczkami bedzie bardziej optymalna niz ogrom pracy i poswiecen wykonany w trakcie 1-2 sezonow.
    Bedzie to tez zdrowsze i mniej ryzykowne (kontuzje) dlatego warto zachowac umiar.

  22. Kuerti mówi:

    Adam,

    Pytanie czy wybuch formy w 2 sezonie byłby możliwy bez ogromu pracy wykonanej rok wcześniej?

    Przypomniał mi się pewien cytat:

    „Lubię myśleć o sobie jako o artyście, a życie porównywać do dzieła sztuki, którego jestem autorem. Każda chwila oznacza tworzenie, a tworzenie ma nieograniczony potencjał. Mogę działać zgodnie z utartymi przyzwyczajeniami, a mogę również wykorzystać inne sposoby, próbować czegoś nowego, odmiennego i prawdopodobnie bardziej opłacalnego. Każda chwila oferuje nową sposobność i nową decyzję. Uczestniczymy w cudownej grze, tworzymy wspaniałe dzieło sztuki.”

    Shakti Gawain.

    Bardzo podoba mi się takie spojrzenie i właśnie w taki sposób staram się (staram się, słowo klucz) podchodzić do życia. Myślę, że nieśmiało (nie chciałbym, żeby zabrzmiało to zbyt górnolotnie) można przyrównać nas do rzeźbiarzy, którzy z materiału, którym jest nasze własne ciało i psychika próbujemy wyrzeźbić dzieło sztuki.

    Nie wielu uda się ta sztuka, ale części z nas uda się wyrzeźbić jeśli nie arcydzieło, to przynajmniej coś niezmiernie praktycznego.

    A jeszcze co do zaleceń trenowania więcej, każdy musi we własnym zakresie odpowiedzieć sobie na pytanie jakie ma oczekiwania, a później spróbować to „wyrzeźbić”, posługując się powyższą metaforą 🙂 .

  23. Adamo mówi:

    Widze, ze sprowokowalem Cie do poswiecenia calego wpisu na temat jaki dyskutujemy.
    Bardzo podoba mi sie to porownanie z rzeźbiarzem 🙂
    Ma przed soba kilkutonowy blok skalny. Musi naostrzyc dluta, wspinac sie na rusztowanie.
    Pracuje w pyle, na dloniach pojawiaja sie odciski…
    Artysta? Alez oczywiscie…ale za kazda rzezba stoi rowniez praca – czesto nudna i nuzaca – na przyklad przy wstepnym odlupywaniu blokow skalnych 🙂

  24. Kg mówi:

    Kuerti, dzisiaj jeździliśmy na rolkach i się zastanawialiśmy czy byłeś na nich rano, czy może też właśnie jeździsz, albo że skończyłeś, albo że jutro masz w planie. Co Ty na to? 🙂 Jak było?

  25. Kuerti mówi:

    Adam,

    A mi się podoba Twoja drobna modyfikacja tej metafory, rzemieślnik zamiast artysty?

    Kazig,

    Ale się przyczepili do mnie o te rolki! Ulka też 🙂 . Dzięki 🙂 ale na chwilę obecną rolki zostawiam sobie na lepsze czasy, to nie jest dla mnie dobry okres na łapanie kolejnej sroki za ogon 🙁 .

  26. TMS_racer mówi:

    >> Może ktoś ma patent na tą dolegliwość?

    Proponuję Pepsi rozcieńcz wodą – jak na mój gust Pepsi jest zdecydowanie za mocne. W razie czego, po wypiciu weź rennie, manti albo inny lek na zgagę, wystarczy jedna tabletka. Ja często łykam przed codziennym wybieganiem, które robię po całym dniu (nie lubię jak mnie na treningu zarzuca kwasem).

  27. Kuerti mówi:

    TMS_racer

    Witaj na PK4 🙂 .

    Rozcieńczanie odpada, niesmakuje mi taka mieszanka. Pomysł z rennie itp. wydaje się ciekawy, ale czy jeśli wzdęcia pojawiają się po kilku minutach od spożycia to czy to coś pomoże?

    Dawno nie robiłem długich wybiegań to i zapomniałem o tej przypadłości, o której napisałeś (a zdarza mi się to tylko na długich wybieganiach) – ja mam tak samo! Niezbyt przyjemne… Tabletka tuż przed biegiem pomoże? Czy brać ją nieco wcześniej?

  28. TMS_racer mówi:

    >> Tabletka tuż przed biegiem pomoże?

    Tak, tuż przed biegiem, po zażyciu przez 15-20 min niczego nie jedz i staraj się nie popijać.

    W razie czego, możesz sobie zabrać na trening zapasową (zauważyłem że kiedy jestem bardziej zakwaszony, po 50-60 minutach napierania „kwas kontratakuje”).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Back to Top ↑
  • TUTAJ PRACUJĘ

  • FACEBOOK

  • OSTATNIE KOMENTARZE

    • Avatar użytkownikaGryHazardowe Gorąco polecam tę książkę. Bardzo pomocne są metosy wysyłku. – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaAnka Interesująca książka, dzięki za fajny artykuł wiem już co szukać w księgarni. pozdrawiam – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaKrzysztof ze wsi Świetny start, wielkie gratulacje!!! – WIĘCEJ
    • Avatar użytkownikaBorman Co to jest Power Bomba? – WIĘCEJ
    • Older »
  • INSTAGRAM

  • ARCHIWA